czwartek, 7 listopada 2019

Recenzja „Dalej jest noc” czyli IPN kontra historyk Grabowski i inni eksperci.


Awantura  o recenzje  napisane  przez historyków z IPN   na   temat   warsztatu historycznego i  uczciwości naukowej  l  związanych z Centrum Badań nad Zagładą Żydów z Instytutu  Filozofii  i Socjologii  Polskiej Akademii Nauk -   autorów pracy pt.   „Dalej  jest.  Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”  przetoczyła się w lutym –marcu  2019 r. i  szczęśliwie dla autorów produktu została    przykryta  w mediach  przez takie ważne wydarzenia jak wystąpienie Jażdżewskiego na UW, awaria   czyszczalni  ścieków „Czajka”  czy wreszcie kampanią wyborczą.  

Główny  sponsor  dzieła „Dalej jest noc” czyli  pobożny minister Gowin, odetchnął z ulgą i  wybiera poduszki, na których położy się w drzwiach swego wysokiego i dobrze płatnego urzędu  w celu obrony nauczania  przedmiotu o nazwie „gender” na polskich państwowych uniwersytetach.

A tymczasem  odpowiedzi na zarzuty postawione w głównej recenzji  czyli w opracowaniu „Korekta  obrazu? Refleksje  źródłoznawcze wokół książki „Dalej jest noc . Losy  Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, t.1-2 red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Warszawa 2018  -  pozostały na poziomie ogólnikowych  wykrętów, braku odpowiedzi (profesor Szurek) lub sprowadziły się do  ataku personalnego   na  IPN jako instytucję  państwową i na autora recenzji  dr Tomasza Domańskiego z kieleckiego IPN.

Kwintesencją tej metody przez atak   był  wpis  w języku angielskim  Jana Zbigniewa Grabowskiego z dnia 26 lutego 2019 r.   na Facebooku,   który  podał też Tysol na swojej stronie internetowej, również w wersji angielskiej: „…Nasza  książka “Noc bez końca” stała się obecnie obiektem  brutalnego/złośliwego/nikczemnego  ataku  zaaranżowanego  przez nacjonalistów  z Polskiego Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) – państwowej instytucji z  nielimitowanymi środkami publicznymi do dyspozycji.  W  uzgodniony i zaplanowany  sposób Instytut opublikował  serię  nieszczerych  i oszczerczych   omówień  naszej pracy. Autor głównego omówienia/recenzji opublikowanego ( w kilku językach )przez IPN , pewien / jakiś dr. Domanski nie ma pozycji, nie ma wiarygodności  i nie ma widocznego  doświadczenia na polu studiów o Holocauście”.

To  protekcjonalne, niegrzeczne czy raczej bezczelne  nazwanie dr Tomasza Domańskiego „jakimś dr Domanskim” przypomniało mi  stalinowskie i polskojęzyczne gazety, które w podobnym stylu   pisały i piszą  o św. Janie Pawle II (   papież Wojtyła)  czy o Prymasie  kardynale Stefanie Wyszyńskim   ( Wyszyński) .  

Co  ciekawe,  pan  Jan  Grabowski  doktor  habilitowany nie zaatakował personalnie w tym  gorącym wpisie  Facebooku doktora   Piotra  Gontarczyka  za jego   artykuł   pt. „Między nauką a mistyfikacją, czyli o naturze piśmiennictwa prof. Jana Grabowskiego na podstawie casusu wsi Wrotnów i Międzyleś powiatu węgrowskiego” zamieszczony w Glaukopisie nr 36 (str. 313-323).  A jest  to bardzo ciekawe 10 stron na temat „historycznych technik badawczych  i prezentacyjnych” pana doktora habilitowanego Jana Grabowskiego.

Bo rozumiem, że milczenie na temat trzech innych recenzji  książki  „Dalej jest  noc”  tj. Tomasza Roguskiego  Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, red. Barbara Engelking i Jan Grabowski” zamieszczony w Glaukopisie nr 36 (str. 335-356), Romana Gieronia „Próby przetrwania zagłady w powiecie bocheńskim. Refleksje po lekturze artykułu Dagmary Swałtek-Niewińskiej” – zamieszczony w „Zeszytach Historycznych WiN-u” nr 47/2018 str. 95-108 i  Dawida Golika Nowatorska noc. Kilka uwag na marginesie artykułu Karoliny Panz,  zamieszczone w  „Zeszytach  Historycznych  WiN-u” nr 47/2018, s. 109-134  - nie zasługiwały nawet na słowo komentarza.

Do  wpisu na  Facebooku   z  dnia  26 lutego 2019 r.  dr habilitowanego Jana Grabowskiego  warto   dodać  jego  oświadczenie zamieszczone  na stronie  internetowej   Centrum Badań nad Zagładą Żydów  Instytutu  Filozofii  i Socjologii PAN  (bez daty)   pt. „Odpowiedź na recenzję Tomasza Domańskiego pt. Korekta obrazu? Refleksje  źródłoznawcze wokół książki „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” , t.1-2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowki , Warszawa 2018” („Polish – Jewish Studies” IPN, Warszawa 2019)  w serii odpowiedzi na recenzję dr Domańskiego pt. „Nieudana „Korekta Obrazu” Odpowiedzi redaktorów tomów oraz autorów poszczególnych rozdziałów na broszurę autorstwa dr. Tomasza Domańskiego pt . Korekta obrazu? Refleksje źródłoznawcze wokół  książki „Dalej jest   noc”.

Otóż w tym oświadczeniu  dr. hab.  Jana Grabowskiego  zwraca uwagę oskarżenie  dr Tomasza Domańskiego  o  praktyki jak następuje:”… Wśród wielu innych źródeł informacji, na które powołuje się dr Domański, można też natrafić na prace niejakiego Marka Paula. Problem w tym – o czym wie każdy badacz obeznany z historiografią Holokaustu – że Mark Paul nie istnieje. Jest to pseudonim autora (lub autorów) broszur wypełnionych antysemickimi kliszami i stereotypami, które od lat są dostępne w internecie. Niestety, dr Domański najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z tego, że powoływanie się na antysemickie broszury w recenzji naukowej pracy poświęconej historii Zagłady nie wystawia ani jemu, ani zatrudniającej go instytucji najlepszego świadectwa….”.

Mocna rzecz. Z tym, że w recenzji  dr Tomasza Domańskiego  na 72 stronach znaleźć można 212 odnośników do źródeł, ale żadne z nich nie jest pracą  jakiegoś Marka Paula.  

 Są za to odnośniki do zeznań świadków z procesów, zeznań ocalonych Żydów,  tekstów uzasadnień wyroków sądowych i generalnie akt sądowych.  

 Co tak przestraszyło  pana dr habilitowanego  Jana  Grabowskiego  w tekście  dr  Tomasza Domańskiego, że mu przypisał korzystanie do recenzji  z prac  jakiegoś   Marka Paula.  Kiedy chodziło tylko i źródła, na których oparte są teksty zespołu: Jan Grabowski, Barbara Engelking, Jean Charles Szurek,  Anna Zapalec, Karolina Panz, Alina Skibińska , Dagmara Swałtek –Niewińska, Tomasz  Frydel.

W tych okolicznościach przyrody nie powinien zdziwić  wniosek  zawarty na końcu  cytowanej wyżej  odpowiedzi  Jana Grabowskiego :”…  Kończąc: Recenzja dr. Domańskiego ma jednak pewną wartość – gdy już na porządku dziennym stanie sprawa przyszłości IPN, tekst ten powinien się znaleźć wśród materiałów dowodowych przemawiających za likwidacją tej instytucji….”.

Wobec takich wniosków  nie pozostaje nic   innego  jak zaprezentować  kilka bardzo konkretnych i mocno osadzonych w źródłach ustaleń  dr Tomasza Domańskiego. Co ja mówię  - „pewnego dr Domańskiego”. A może „jakiegoś dr Domańskiego”.

A więc przejdźmy do „meritumu”.  Na początek uwaga, że dla pełnej jasności  technik naukowych zespołu    prof. Engelking i dr hab. Grabowskiego  nie będziemy się skupiać  na kwestach takich , jak wskazany we Wstępie  do recenzji  rozdźwięk między  stanem faktycznym a deklaracją autorów, iż  korzystali w swojej pracy  wszelkich możliwych źródeł i to w różnych językach.

 Tymczasem na stronie 27 dr Domański pisze:”… Autorzy podkreślają wykorzystanie źródeł wytworzonych w wielu językach z archiwów: „polskich, izraelskich, amerykańskich, niemieckich, ukraińskich, białoruskich i rosyjskich” (t. 1, s. 19–20). Jak zapewniają, uwzględniono relacje i wspomnienia ocalałych, dokumentację wytworzoną przez Polskie Państwo Podziemne, dokumentację władz okupacyjnych, dokumentację Żydowskiej Samopomocy Społecznej, wojenną i powojenną  dokumentację sądową oraz różnego rodzaju normatywy itp.. Inna rzecz, że redaktorzy nie wspominają we Wstępie o wykorzystaniu dokumentów żydowskiej administracji niektórych gett (Rad Starszych – Judenratów), jak na przykład z Krakowa oraz Lwowa, o czym łatwo się przekonać, sięgając chociażby do bibliografii (t. 2, s. 658).(…)
Nawet w odniesieniu do dystryktu krakowskiego, którego dotyczy niemal połowa omawianej pracy, nie uwzględniono znacznej ilości materiałów dostępnych w Polsce w Archiwum IPN oraz w Archiwum Narodowym w Krakowie. Nie wykorzystano nawet szeregu relacji zgromadzonych w Archiwum Żydowskiego Instytutu (…). Anna Zapalec, która część opracowania swojego „powiatu” poświęciła okupacji sowieckiej z lat 1939–1941, pominęła relacje Polaków wywiezionych w głąb ZSRR, którzy następnie trafili do armii generała Władysława Andersa (obecnie zdeponowane w Instytucie Hoovera na Uniwersytecie Stanforda w USA). 
Nie wykorzystano zupełnie materiałów z Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich z licznego zbioru rękopisów, nie podano, czy kwerenda była tam w ogóle prowadzona. W przypadku powiatu biłgorajskiego nie sięgnięto do szeregu materiałów z zasobu Archiwum Państwowego w Lublinie. Braki źródłowe dotyczą również spraw detalicznych, tylko pozornie o marginalnym znaczeniu…”.

Dzięki  takiemu „całościowemu” podejściu do źródeł  pan dr hab. Jan Grabowski :”… mógł  autorytatywnie  zapewniać  czytelnika ,  że np. ksiądz kanonik Kazimierz Czarkowski z Węgrowa jest jedynym świadkiem, który opisuje zajęcie tego miasta w 1939 r. przez wojska sowieckie i powitanie ich przez ludność żydowską (t. 1, s. 396–397). Tymczasem informacje o okolicznościach wkroczenia wojsk sowieckich i wydarzeniach z tym związanych w tym regionie, a także w samym Węgrowie, pojawiają się w co najmniej trzech innych relacjach – Jadwigi Górskiej (Gołdy Ryby), Wiesława Piórkowskiego i Marka Gajewskiego znajdujących się w zbiorach Yad Vashem oraz Archiwum Historii Mówionej…”.

Do innych ciekawostek metodologicznych można zaliczyć  zwyczaj  tzw. ekstrapolacji  czyli przypisywania  określonych zachowań  czy cech całej  społeczności na podstawie   jednego, dwóch przypadków. 

Przytrafiło  się to m.in. panu profesorowi Jean –Charlesowi Szurkowi, jak możemy  przeczytać na str. 30 recenzji dr Domańskiego:”…  dokonał generalnej oceny postawy sołtysów wobec zarządzeń chwytania i doprowadzania Żydów na posterunki policji: „Niektórzy – pisał – wprowadzali niemieckie rozkazy w życie z gorliwością. Liczne procesy wszczęte na podstawie dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. obrazują częste przypadki podporządkowania się sołtysów »Judenjagd«,
Kontynuację podobnego sposobu postępowania odnajdujemy we fragmencie tekstu, w którym nierzadko podporządkowania aktywnego i interesownego. Inni wydawali się niewzruszeni we wprowadzaniu w życie reguł okupanta”(…) Bowiem Szurek pisząc o „licznych procesach” i „częstych przypadkach” jako dowód omówił w rozdziale (t. 1, s. 606–611) dwa procesy z dekretu sierpniowego. Kreśląc generalną tezę o podporządkowaniu się sołtysów Judenjagd, autor nie przedstawił żadnych wyliczeń czy danych statystycznych: ani liczby przeanalizowanych procesów („sierpniówek”), ani zapadłych wyroków. Nawet nie kusi się o odpowiedź na pytanie, jaką liczbę sołtysów postawiono przed powojennymi sądami w stosunku do ogólnej liczby sołtysów w omawianym przez niego powiecie. Nie interesuje go poziom samodzielności sołtysów w tych działaniach i kontekst sytuacyjny…”.

Podobnie ta metoda wnioskowania  spodobała się pani Karolinie Panz, która :’W kwestii udziału chłopów w egzekwowaniu niemieckich zarządzeń antyżydowskich w powiecie nowotarskim na podstawie dwóch relacji Karolina Panz wyciąga wnioski generalne. Konstatuje: „Z dostępnych mi źródeł wyraźnie wynika, że jesienią 1942 r. na obszarze Kreis Neumarkt kluczową rolę w metodycznym wyłapywaniu ofiar w górskich lasach odegrały 31 zorganizowane dwunastoosobowe straże chłopskie i podszywające się pod nie nieformalne bandy, tworzone przez znających się młodych wyrostków” (t. 2, s. 290). Zapomniała, że lasy przeczesywali także funkcjonariusze niemieckich formacji mundurowych: policji „granatowej” i Forstschutzkommando (Straży Leśnej). 

 Innym razem napisała: „Ukrywających się w lasach i stodołach Żydów z Podhala denuncjowali i chwytali zazwyczaj polscy chłopi i policjanci granatowi”. Tak jakby granatowa policja nie była jedną ze zbrojnych służb pod kontrolą niemiecką, często bezwzględnie egzekwujących niemieckie nakazy wobec ludności (t. 2, s. 317–318)69.
 Nie pisze też, jak ma się świadomość istnienia wspomnianych przez nią konfidentów, obserwujących postawy ludności wobec niemieckich zarządzeń, do zachowań chłopów obawiających się represji….”. (str 30-31 recenzji).

Maksymalną kreatywność w wykorzystania   źródeł dla przypisania Polakom udziału w eksterminacji Żydów wykazała  pani Anna Zapalec autorka opisująca tzw. „powiat” złoczowski.    

Wg niej  np.  :”… Wyjątkowo negatywną rolę [w Holokauście] odegrali też policjanci (byli wśród nich także Polacy) służący w Złoczowie w Policji Kryminalnej [Krimminalpolizei], z których część prawdopodobnie przyjęła volkslistę” (podkr. – TD)(…)

Sama przyznaje: „Niestety podczas kwerendy, poza protokołami przesłuchań podczas śledztw prowadzonych po wojnie, nie odnalazłam żadnej innej szczegółowej dokumentacji kancelaryjnej Kripo w Złoczowie, która dokładniej przybliżałaby tę sprawę (t. 1, s. 743). Jedyne, co odnalazła, to informacje o aktywności Niemca (!) Otto Zikmunda. W takiej sytuacji budzi co najmniej zdziwienie, że autorka, choć nie wymieniła nawet jednego konkretnego przypadku negatywnej postawy funkcjonariuszy Kripo ze Złoczowa innej narodowości niż niemiecka, czuje się upoważniona do jednoznacznych sądów.  
W sytuacji braku źródeł bądź ich nieznajomości nie wystarczy jedynie analogia z innymi terenami GG (t. 1, s. 743), by ogłaszać tak jednoznaczne i „precyzyjne” konstatacje na temat „przebadanego” obszaru. Takie metody przy mimo wszystko pobocznej sprawie każą zachować tym większy dystans w przypadku innych „ustaleń badawczych”. (str. 31 recenzji).

Innym ciekawym  „zjawiskiem naukowym”  jest   pomniejszanie udziału Niemców w zbrodniach na Żydach.  Nawet, jeśli  to związane jest  z  manipulowaniem przy źródłach.

I tak  kolejno:

- dr hab. Jan Grabowski  w opisie najścia na gospodarstwo Ratyńskich   we wsi Ziomaki w powiecie węgrowskim pisze co następuje: „…23 sierpnia 1943 r. w gospodarstwie Wiktora Ratyńskiego nie pojawili się żandarmi, ani Wehrmacht, lecz komendant posterunku PP w Grębkowie Czesław Kurkowski w towarzystwie jeszcze jednego granatowego policjanta” [podkr. – TD] (t. 1, s. 493). Grabowski dodaje, że policjanci „uzbrojeni” byli w donos…”.  Jednakże  jak pisze  dr Domański :”… ”.  

Tymczasem w oryginale tego zeznania Ratyński mówi jednoznacznie o przyjeździe właśnie żandarmów z policją. Ten fragment Grabowski najwyraźniej świadomie pomija. Ratyński zeznał: „Do mego zabudowania we wsi Ziomaki gm. Wyszków przyszło 9 osób narodowości żydowskiej, którzy się przechowywali w moim zabudowaniu. W dniu 23 sierpnia 1943 r. do mego zabudowania przyjechali żandarmi wraz z policją z posterunku Grębków na czele z komendantem Kurkowskim z kartką w ręku napisane mieli ile osób znajduje się i gdzie są przechowywani mnie w tym czasie w domu nie było byłem na polu bo pojechałem moczyć len” [podkr. – TD] (t. 1, s. 493). 
Trudno uznać to za rzetelny stosunek do źródła. Nie wiadomo, dlaczego potem Grabowski dodaje informację o późniejszym przyjeździe żandarmów („Wkrótce potem do Ratyńskiego zajechali niemieccy żandarmi. Ani Kurkowski, ani żandarmi nie mieli jednak ochoty wchodzić do obory i tam szukać Żydów” (t. 1, s. 493)….”.  ( str. 35  recenzji )    

-  pani  Dagmara  Swałtek Niewińska  w sprawie   okoliczności wysiedleń Żydów z Bochni i Wieliczki i działań  granatowego policjanta  Bronisława Filipowskiego :”… definitywnie stwierdziła, że Filipowski zastrzelił w Zabierzowie nieznanego z nazwiska żydowskiego mężczyznę oraz zasugerowała, że jego zeznania złożone podczas powojennego procesu, jakoby uczestnicząc w akcjach wysiedleńczych w Bochni i Wieliczce, nie strzelał do Żydów, były „mało wiarygodne”(…) Sąd Okręgowy w Krakowie sprawcą postrzelenia i bezpośrednio zabójstwa uznał żandarma Zeissa – „Niemca, kata/bandytę” (który miał zastrzelić także policjanta Dziubę za niewykonanie rozkazu), nie zaś Filipowskiego . Z tekstu książki nie dowiadujemy się, w oparciu o jakie materiały autorka uznała, że to faktycznie Filipowski zastrzelił Żyda w Zabierzowie. Przywołała tylko omówione wyżej akta procesowe…”.


-  dr  hab. Dariusz  Libionka pisze  o sytuacji Żydów w Proszowicach powiat miechowski po wejściu Niemców  w 1939 r.  na podstawie relacji   Żyda Meira Goldsteina :’… Nasi ‘kochani Polacy’« – relacjonował po wojnie Meir Goldstein – wskazywali miejsca, gdzie potajemnie modlili się Żydzi, powyciągali Żydów w tałesach na rynek i kazali im zamiatać ulice. Niemcy to filmowali, gdy »nasi goje dokuczali Żydom okropnie«” (t. 2, s. 48) 

 Tymczasem  tekst  relacji  Meira Goldsteina brzmi:”… Wojna wybuchła przed żydowskim Nowym Rokiem, przed Rosz Haszana. I my nie modliliśmy się więcej w bóźnicy tylko w prywatnych mieszkaniach, położonych w podwórkach. I wtedy przyszli nasi »kochani Polacy«, […] – i pokazywali Niemcom, gdzie się modlimy, a Niemcy, powynajdywali i powyciągali Żydów w tałesach i powyprowadzali Żydów na Rynek i na Targowisko, tak zwane i tam kazali im zamiatać ulice. I robili zdjęcia i śmiali się – nasi »goje« i dokuczali Żydom okropnie. Chcę powiedzieć, że Polacy pokazywali, że się cieszą z tego, że dokucza się Żydom. Byli wprawdzie też tacy, którzy przynieśli trochę wody i dali się napić ale na ogół drażnili się oni z Żydami”…”.  (str  37-39  recenzji ),

- prof. Jean Charles  Szurek  opisuje  wysiedlenie Żydów z Adamowa w październiku  1942 r.  na podstawie relacji  Rubina  Rosenberga z 1945 r. :’ Rubin Rosenberg z Adamowa, mający w 1945 r. 17 lat, opowiada: »Żydów wydawali też Polacy. Pomagali oni w walce z Żydami po lasach. Była to akcja likwidacyjna«” (t. 1, s. 610). (…) „z jednej strony polscy chłopi byli niebezpieczni we wspólnym działaniu przeciwko Żydom, z drugiej zaś stanowili równie duże zagrożenie indywidualnie […]” (t. 1, s. 610) . 

Tymczasem relacja  Rubina Rosenberga ma treść następującą: „…20 października 1942 r. było wysiedlenie [z Adamowa]. Wszyscy uciekli do lasu by walczyć z Niemcami. Nawet milicja żydowska uciekła. W mieście znaleziono wtedy 30-tu. Pierwszego dnia Ukraińcy i żandarmeria otoczyli miasto. Wypędzili ludzi na rynek. Strzelali za byle co. Judenrat miał wskazywać schrony, ale uciekł do lasu. Dwóch Żydów, którzy nie pracowali w Judenracie dobrowolnie zgłosiło się do wydawania schronów. Tych Ukraińcy potem też zabili. Żydów wydawali też Polacy. Pomagali oni w walce z Żydami po lasach. Była to akcja likwidacyjna. (Pierwsza akcja przed tym, gdy pewna kobieta polska przypadkiem wznieciła pożar, który ogarnął cały Adamów, Polacy mieli podejrzenie na Żydów – partyzantów) [wszystkie podkr. – TD]”  ( str. 42-43 recenzji).  

Poza  pomniejszaniem  udziału Niemców  w prześladowaniu Żydów  autorzy  niejednokrotnie dopuszczali  się  również pomniejszania udziału  policji żydowskiej i Judenratów  ale za to mogli  do sprawców „dopisać  Polaka”.

I tak  „granatowego „ dopisał” pan dr Libionka  w przypadku  nękania  małżeństwa Kisielów, którzy we wsi Karczowice gmina Kozłów  ukrywali Żydów w okresie listopad 1942 –styczeń 1945. Oto jego relacja wg recenzji dr Tomasza  Domańskiego :”… Żandarmeria i granatowi dwukrotnie przeprowadzali rewizję, ale niczego nie znaleźli [podkr. – TD]...”.  

 Tymczasem relacja pana Kisiela jest następująca:”… Najbliższy posterunek policji polskiej i niemieckiej był w Kozłowie. Niemniej były u mnie rewizje. Szukali u mnie dwa razy bardzo dokładnie policjanci niemieccy, ale niczego nie znaleźli [podkr. – TD]…”.(Str. 46 recenzji)

Z  kolei  pani Dagmara Swałtek Niewińska  specyficznie opisuje  akcję wykrywania i otwierania bunkrów  ukrywających się Żydów w getcie w Bochni we wrześniu 1943 r. twórczo wykorzystując akta sprawy Samuela Fritscha   z policji żydowskiej.  Jak relacjonowała  :”…Grupy poszukujące ukrytych Żydów składały się z kilku osób, zwykle policjanta niemieckiego, kilku policjantów polskich oraz często osoby zatrudnionej do wyważania drzwi. Tę ostatnią funkcję pełnił pod przymusem m.in. rusznikarz Karol Goss w czasie trzeciej akcji likwidacyjnej we wrześniu 1943 r. Swoją najbliższą rodzinę stracił w pierwszej akcji. W trakcie ostatniej akcji otworzył na rozkaz Niemców 30–40 bunkrów” (t. 2, s. 563–564).)

Dr Tomasz Domański zwraca uwagę, że  :’… Tymczasem w zeznaniach Goss mówił jedynie: „Otwierałem bunkry, może 30 lub 40”161 i wskazał osoby, które jego zdaniem zdradziły miejsca ukrycia się Żydów. Byli to dwaj odemani: Kalfus i Zucker..”  A więc byli to jedynie dwaj policjanci żydowscy.

Jak wynika z akt sprawy  Samuela Fritscha, który został w 1947 r. skazany na 7 lat:”… Sąd zwrócił uwagę na pozytywną rolę oskarżonego w wielu sytuacjach, niemniej był bardzo krytyczny przy ocenie konkretnych działań we wrześniu 1943 r. Rozkaz do wykrywania bunkrów wydali oczywiście Niemcy, natomiast bezpośrednio realizacją niemieckich zarządzeń zajmowali się odemani. Oni bowiem byli lepiej zorientowani w sposobach ukrywania się i budowy skrytek. Ich działania np. w przypadku bunkra Schanzerów polegały m.in. na zrywaniu podłóg. Siekierami wyrąbali wejście. Oddali wówczas w ręce niemieckich oprawców pięć osób z rodziny Schanzerów. Z kolei tylko w przypadku bunkra Weinfeldów „żydowscy policjanci” ujawnili około 45 osób. W tych działaniach, jak stwierdzał sąd, „udział brali wyłącznie członkowie żydowskiej policji porządkowej”…”.  (str 59 recenzji) .

Pani Dagmara  Swałtek Niewińska korzystała z akt, których sygnaturę podała w swoim opracowaniu, ale  napisała to, co napisała. Że do getta w Bochni aby otwierać ukryte bunkry żydowskie wchodziła policja granatowa.

W  dziele „Dalej jest noc” zasadniczo też, jeśli to było możliwe , unikano  dostrzegania udziału Judenratów w eksterminacji Żydów.

I tak np. dr hab. Dariusz Libionka w opisie wysiedlenia  Żydów z Wolbromia pisze  co następuje: :”…W nocy miasteczko [Wolbrom] zostało otoczone przez cztery oddziału Baudienstu, policję granatową i strażaków. Nikt nie spał »bo już wcześniej mówiono o wysiedleniu i cały tydzień siedziało się na walizkach«” (t. 2, s. 81…”.

A tymczasem   relacja Henryka Harsteina, z której twórczo skorzystał dr hab. Libionka zaczyna się  od : „…Dnia 5 września nad ranem Judenrat kazał ludziom zebrać się w Rynku. Nikt nie spał poprzedniej nocy, bo już mówiono o wysiedleniu i cały tydzień siedziało się na walizkach…”. (str. 60-61 recenzji).

Podobnie   wykasowała udział Judenratu z życia uciekinierki żydowskiej Mari Cukier z getta ze Złoczowa pani Anna Zapalec.  Pisze ona co następuje:”… Takim miejscem, gdzie skłaniano się do pomocy na rzecz Żydów, był szpital miejski. Tam właśnie pomoc otrzymała Maria Cukier, mieszkanka Zborowa, która wyskoczyła z wagonu deportacyjnego w pobliżu Złoczowa, a w czasie skoku została postrzelona. Zraniona dotarła do Złoczowa i opatrzono ją dopiero w miejskim szpitalu” (t. 1, s. 741..”
Natomiast  pełna relacja   ucieczki i szukania schronienia Marii Cukier  brzmi następująco: „…Około 10 km za Złoczowem, wyskoczyłam w biegu z pociągu. Niemiec z jednego z następnych wagonów, strzelił do mnie z rewolweru i zranił w prawy bok. Kula utkwiła niezbyt głęboko pod skórą. Doczołgałam się spowrotem do Złoczowa. Tu spotkałam Żydów noszących opaski. Dwaj Żydzi pomogli mi dostać się do Judenratu. Prezes Judenratu odmówił pomocy lekarskiej, gdyż nie miałam pieniędzy (torba z pieniędzmi została w pociągu). Uważał, że mój złoty łańcuszek nie pokryje kosztów zabiegu. Wyszłam rozgoryczona i usiadłam na chodniku. Dwie nieznajome Polki zaniosły mnie do szpitala. W szpitalu przeprowadzono operację – leżałam tam trzy tygodnie [podkr. – TD]…”.

Jak widać,  ustalenia  dr Tomasza Domańskiego nie dotyczą  wyłącznie kwestii metodologicznych jak sprawa „powiatów” i reprezentatywności  „próbki badawczej”, o czym pisał we  Wstępie czy  spraw „kontekstowych” jak zupełny brak Kościoła Katolickiego  w udzielaniu pomocy Żydom po likwidacji gett.

Tu chodzi o prostackie i na dużą skalę manipulowanie źródłami  i relacjami świadków.
W tej kwestii całkowity hard core odkrył  w książce „Dalej jest noc”  pan dr  Piotr Gontarczyk i opisał to w recenzji  w Glaukopisie nr 36  na stronach 313-323.   Chodzi  o sprawę   rolników  Stanisława Łopińskiego i Dionizego Ładosza ze wsi Wrotnów niedaleko Treblinki, których  dr hab. Jan  Grabowski opisuje  następująco :”… Dla  Żydów uciekających z Treblinki wieś Wrotnów, o której pisałem wcześniej, była miejscem niebezpiecznym. Poza wartami chłopskimi i polską policją na uciekinierów czyhali „woluntariusze” , którzy polowaniem na Żydów zajmowali się prawie zawodowo . Ładosz i Łopiński, obaj gospodarze z Wrotnowa, w 1942 r. zasłużyli się w oczach Niemców mordem dokonanym na zbiegłym jeńcu (lub też, jak wówczas mówiono, „niewolniku”) sowieckim…”. ( str 314-315 Glaukopis).  

Podstawą do takich i innych opinii na temat Ładosza i Łopińskiego miały być  akta  z  archiwum dawnego Sądu Wojewódzkiego dla Województwa Warszwskiego     sygnatura GK 318/427 [dalej: AIPN GK, 318/427.
 
Pan dr Piotr  Gontarczyk pisze:”… Przede wszystkim jednak trzeba stwierdzić, że wiele szczegółowo opisywanych przez autora elementów sprawy – „polowanie na Żydów”, starosta Gramss wyprawiający Łopińskiego i Ładosza zaopatrzonych w „żelazny list” i karabiny do ochrony wioski „przed bandytami i Żydami”, to, że chodzili oni „za Żydami i Ruskimi”, a przede wszystkim całe to rabowanie, mordowanie i denuncjowanie Żydów „pod wodzą Ładosza i Łopińskiego” – nie znajduje wiarygodnego potwierdzenia w aktach wykorzystanej przez autora sprawy. (…)Przywoła-nie źródła mającego potwierdzać zasadność tych słów wygląda następująco: AIPN GK 318/427, zeznanie Jana Kosowskiego, 9 VI 1950 r., k. 281–28316.

Kłopot polega na tym, że najwcześniejszą datą znajdującą się w tych aktach jest rok 1952 (a nie 1950), sprawa ma tylko 238 kart (nie ma więc kart 281–283), a przede wszystkim żaden Jan Kosowski nie pojawia się w sprawie. Po dłuższych poszukiwaniach udało się ustalić, że taki dokument znajduje się w zupełniej innej sprawie, dotyczącej samoobrony chłopskiej ze wsi Międzyleś. Protokół przesłuchania Jana Kosowskiego z 9 czerwca 1950 r. liczy jedną stronę i nie daje żadnych podstaw do pisania o „wolontariuszach, którzy polo-waniem zajmowali się prawie zawodowo”…”.

Czyli  dr hab. Jan Grabowski całą swoją filipikę przeciwko  dwóm rolnikom z Wrotnowa jako „wolontariuszom Holocaustu” z  bronią daną przez Niemców w garści, żeby „polować na Żydów” – opiera na NIEISTNIEJĄCYCH stronach istniejących akt i na zeznaniu z 1952 r. przyczepionych do akt sprawy  z 1950 r.

Wszystkie te historie o wycieraniu   gumką z zeznań świadków  a to Niemców a to policji żydowskiej czy Judenratów  w procesie eksterminacji Żydów a dopisywaniu, jeśli „zabrakło” jako uczestników – polskich granatowych policjantów albo Baudienstu  są więcej niż żałosne i zawstydzające każdego człowieka , który liczy na uczciwość w nauce.  Natomiast powoływanie się na nieistniejące strony akt sprawy i zeznanie rzekomego świadka z jeszcze innej sprawy i to dwa lata późniejszej to już zupełna katastrofa wymagająca  jakichś postępowań dyscyplinarnych  i zakończenia kariery naukowej tych ludzi na  polskich uczelniach.  Co będzie tym łatwiejsze, że panowie  Jan Grabowski , Jean Charles  Szurek i  Tomasz  Frydel  to naukowcy z jakichś zagranicznych uczelni. Chyba z Ottawy w Kanadzie.
Mając na względzie arogancję   a wręcz bezczelność   zwłaszcza   „przywódcy duchowego”    dr hab. Jana Grabowskiego  w sprawie postawionych jemu i jego zespołowi zarzutów,  wszystkim autorom recenzji należą się szczególne podziękowania za wysiłek  włożony w ujawnienie  tych  „usterek”, za które  inni naukowcy  skończyliby swoje kariery nagle i w niesławie.

http://www.holocaustresearch.pl/index.php?show=555

1 komentarz: