poniedziałek, 16 stycznia 2017

Czarny marsz, Nowacka, garść euro czyli bułgarska uczona i Mao.



Watykan jak Pałac Zimowy. Albo Watykan i Polska jest Pałacem Zimowym naszych czasów, które muszą być zdobyte przez siły postępu tego świata.  Ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Takie skojarzenie mnie naszło, kiedy dotarłam do informacji, że w samym środku Imperium Osmańskiego w roku 1876 założony został Robert College, który wykształcił kilkudziesięciu wybitnych Bułgarów, wówczas poddanych tureckich, a którzy niemal bez wyjątku okazali się wybitnymi politykami nowego państwa Bułgaria jeszcze w XX w. Robert College był drugą zagraniczną instytucją edukacyjną założoną poza granicami USA. Pierwszy amerykański college założony został w XIX w Sofii, wówczas Imperium Ottomańskie.
 Jednym z  wybitnych absolwentów amerykańskiego Robert College  był Ivan Peev-Płaczkow, ur. 1864 r.  polityk Partii Ludowej i dwukrotnie minister edukacji w rządach Bułgarii: 1900-1901 i 1912-1913 oraz wieloletni członek Bułgarskiej Akademii Nauk. Bułgarski patriota miał córkę Charitinę Ivanownę , która wyszła za mąż za aspirującego młodzieńca  z klasy średniej z portowego naddunajskiego miasta Łom – pana Todora Tzvatanowa Borowa.  Naprawdę pan Todor  nazywał się Todorov nie Borow. Lub Teodor Pine, jak w bułgarskiej biografii jednego z jego synów. Ta ciekawa żonglerka nazwiskami ojca jest zupełnie nieznana zachodnim wielbicielom jego młodszego syna, słynnego filozofa.
No więc pan Todor Tzvetanow-Borow-Pine  był wybitnym pracownikiem nauki bułgarskiej w zakresie badań literackich zarówno przed II WW jak i w czasach komunizmu i to nawet prominentnym. Oraz szczęśliwym ojcem (dzięki małżonce Charitinie córce ministra w burżuazyjnej monarchii bułgarskiej) dwóch bardzo uzdolnionych synków: starszego -Ivana Todorova – uczonego bułgarskiego w zakresie badań atomowych i uczestnika radzieckiego programu nuklearnego u akademików radzieckich: Nikołaja Nikołajewicza Bogoliubowa, Anatolija Łogunowa i Wiktora Gerszowicza Kaca/Katza. Oraz młodszego ur. w 1939 r. Tzvetana Todorova , który miał studiować język bułgarski i literaturę w Sofii. No a w roku 1963 otrzymał stypendium rządu francuskiego i wyjechał do Paryża aby zrobić doktorat.
Sprawa tego stypendium rządu francuskiego dla członka bułgarskiej najwyższej nomenklatury z bardzo „wrażliwymi” koneksjami z sowieckim programem atomowym jest konsekwentnie przemilczana przez zachodnich biografów pana Todorova.  We francuskiej wiki  jest info, że „musiał uciekać z komunistycznej Bułgarii”.
Pan Tzvetan „musiał uciec” i rząd francuski to docenił, dając mu jeszcze przed zrobieniem doktoratu i uzyskaniem obywatelstwa francuskiego – posadę dyrektora jakiegoś działu w molochu o nazwie Centrum Narodowym Badań Naukowych. W wieku lat 28.  Pan Todorov zrobił rzeczywiście oszałamiającą karierę naukową we Francji , zapewne dzięki temu, że na początku lat 60-tych nauką o nazwie semiologia zajmował się sławny profesor Roland Barthes, wnuczek słynnego oficera armii francuskiej, podróżnika i gubernatora kolonii  francuskiej Wybrzeże Kości Słoniowej, wielki marksista, wielbiciel Sartre,a Stalina, Simone de Beauvoir, Mao Zedonga i semiologii a prywatnie homoseksualista.  
Pierwszym dziełem pana Todorova opublikowanym we Francji było „Théorie de la littérature, textes des formalistes russes” ( Teoria literatury, teksty formalistów rosyjskich) wydane w prestiżowym wydawnictwie Le Seuil w 1965 r. Chłopak miał wtedy lat 26. Od roku 1965 regularnie wydawano mu książkę, głównie w wydawnictwie Le Seuil. W 1981 r. była to książka pt. „Mikhaïl  Bakhtine, Le principe dialogique”.

Michaił Bachtin , bardzo skromny uczony radziecki, zupełnie nieznany na Zachodzie do lat 60-tych urodził się w 1895 r.w  mieście Orzeł w rodzinie pracownika banku z aspiracjami ziemiańskimi. Znaczną część życia spędził z rodzicami w Wilnie i Odessie a zaczął studiować  na Uniwersytecie w Petersburgu w 1913 najprawdopodobniej literaturę i filozofię. M.in. u słynnego profesora Tadeusza Stefana Zielińskiego, który był od 1884 miał tam katedrę a w latach 1907-1908 był dziekanem. Bachtin studiów nie ukończył więc długi czas funkcjonował ze swoimi przemyśleniami na obrzeżach nauki radzieckiej. W latach 1930-1961 mimo, iż cały czas pracował naukowo, wydrukowano mu zaledwie 3 artykuły. Ale za to zaliczył 5 lat zsyłki w Kazachstanie za uczestniczenie w jakichś spotkaniach dyskusyjnych w Leningradzie w roku 1928. I tak  mu się upiekło, bo wyrok opiewał na 5 lat łagru, którego by nie przeżył z uwagi na chorobę, która w 1937 r. zakończyła się amputacją nogi.
 
Do czasów aresztowania dzielił się swoimi przemyśleniami w kółku podobnych entuzjastów z pogranicza filozofii, teorii literatury, estetyki, religii etc, wśród których były znane nazwiska: Walentyn Wołoszynow czy Paweł Miedwiediew. Tuż po odbyciu zsyłki zaczepił się na Wyższej Szkole Pedagogicznej Republiki Mordowii, ale go wyrzucili i wylądował  gdzieś pod Twerem jako nauczyciel w szkole. Jeszcze przed wojną nauka radziecka dała mu szansę w Sekcji Teorii Literatury w Instytucie Literatury Światowej im. Gorkiego w Moskwie a stopień naukowy kandydata nauk uzyskał w 1946 na podstawie pracy „Rabelais w historii realizmu". Oraz etat w katedrze literatury ogólnej w  Wyższym Instytucie Pedagogicznym  Mordowii.
 
W roku 1961 r. nastąpiła rzecz dziwna, bowiem pięciu prominentnych uczonych radzieckich z Instytutu Literatury  Światowej im.  Gorkiego w Moskwie napisało pismo, w którym oświadczają, iż uważają się za naukowych uczniów Michaiła Bachtina z tej Mordowii. Aby przenieść się do Moskwy i opublikować w formie książkowej swoje 2  dzieła:  o Rabelais i o Dostojewskim musiał biedak czekać do roku 1969. Warto zapamiętać tę datę: rok 1969 pierwszy druk dawno napisanych książek Bachtina.
A tymczasem do Paryża w ślad za niezwykle uzdolnionym  „uciekinierem Todorovem” przyjechała w 1965 r. panna Julia Kristeva z Bułgarii. Ona również otrzymała stypendium rządu francuskiego. Pani Julia Kristeva urodziła się w 1941 r. w miasteczku Sliven wg jej biografów w rodzinie chrześcijańskiej i chodziła początkowo do szkoły Sióstr Dominikanek. Ale z jej wywiadu dla jakiejś bułgarskiej dziennikarki wynika, że to ojciec miał być wierzącym chrześcijaninem i w dodatku jakimś „kościelnym księgowym” a matka miała być ateistką i darwinistką. I tatuś miał pani Julii powiedzieć, żeby nie chodziła do kościoła. Bo w Bułgarii od 1944 zainstalował się komunizm.
W życiorysie pani Kristevej jest sporo białych plam bowiem nie wiadomo, czy rodzina wyprowadziła się z miasteczka Sliven, gdzie była katedra prawosławna ale nic nie wiadomo o choćby kaplicy katolickiej a co dopiero o szkole sióstr dominikanek.  
 Po zainstalowaniu komunistów w Bułgarii wszystkie Kościoły chrześcijańskie miały bardzo ciężko, ale Kościół Rzymsko Katolicki miał najciężej, ponieważ w oczach  komunistów był „agentem Watykanu i faszyzmu”.  Na początek w roku 1949 zostali wyrzuceni wszyscy księża i zakonnicy –cudzoziemcy. A następnie  podobnie jak w PRL czy w Chorwacji, komuniści bułgarscy zmontowali co najmniej 3 duże  procesy przeciwko księżom, zakonnikom i wybitnym działaczom katolickim zwłaszcza na początku lat 50-tych.  Lista osób biskupów, księży, zakonników i świeckich aresztowanych tylko w 1952 r. obejmuje 56 osób.
Wyroki śmierci zostały wydane na 6 osób w tym:  
- skazani 3 października 1952 r. , rozstrzelani 11 listopada 1952 r. : biskup ordynariusz nikopolski Eugeniusz Bosilkow, ur. 1900, ojciec Kamen Wiczew Jonkow przełożony seminarium duchownego, ur. 1883 r. ojciec Jozafat Sziszkow asumpcjonista ur. 1884 r., ojciec Paweł Dżidżow r. 1919 r. przełożony seminarium duchownego w Płowdiw,
- ojciec Józef Tonczew skazany 6 czerwca 1952 , wyrok wykonany 23 stycznia 1953,
-  dr Petko Momchilow, lekarz ortopeda i położnik, wyrok wydany 4 grudnia 1952, wyrok wykonany 23 stycznia 1953 r,.
Ponadto w śledztwie został zamordowany tuż po aresztowaniu 1 września 1952 r. ojciec Fortunat Bakalski, ur. 1916 , redaktor katolickiej gazety „Prawda”. Natomiast skazany w dniu 29 października 1952 r.  na 12 lat więzienia biskup Iwan Romanow  ur. 1878 r - zmarł w więzieniu w dniu 8 stycznia 1953 r.
Wyroki na lat 20 więzienia wydano w stosunku do 5 księży, wyroki na lat 15 – 9 skazanych a na 12 lat do 14 lat więzienia – 17 osób, w tym zmarły Biskup Romanow.
Należy pamiętać, że Kościół Rzymsko Katolicki liczył sobie zaledwie kilkadziesiąt tysięcy wiernych (obecnie liczy sobie 74 tysiące – 1% społeczeństwa). Taka ilość wyroków śmierci na księży była relatywnie najwyższa w stosunku do liczby wiernych w krajach komunistycznych. Wg polskiego misjonarza o. Krzysztofa Kurzoka  bułgarska spólnota katolicka poniosła największe straty ludzkie i materialne  od dyktaturą komunistów i wyszła z komunizmu jako – NAJBIEDNIEJSZA wspólnota.
Tak więc skoro zdolnej pannie Julii udało się dostać pod koniec lat 50-tych na sofijski uniwersytet, to raczej nie mogła być z rodziny katolika a mało też prawdopodobne, że z rodziny wierzącego prawosławnego.  A źli ludzie w samej Bułgarii, w tym niejaki pan Nikołaj Frołow pozwolił sobie nawet na sugerowanie, że w tak policyjnej komunistycznej dyktaturze opowieść o tym,  że taka sobie zwyczajna Bułgarka z ulicy (jak się przedstawia na Zachodzie pani Julia ), mogłaby otrzymać pozwolenie na wyjazd za granicę bez szczególnych rodzinnych powiązań z komunistyczną wierchuszką lub szczególnymi powiązaniami z tajnymi służbami/wywiadem – to jest żart. W stolicy państwa Sofii w latach 60-tych był 5 (słownie: pięć) kawiarń a połowa gości to byli tajniacy.

Do tego dochodzi inna ciekawostka. Oto w angielskiej wiki ktoś napisał, że pani Julia Kristeva „była zaznajomiona z dziełem Mikołaja Bachtina przed swoim wyjazdem z Bułgarii”. Czyli przed grudniem 1965 r. A tymczasem dwa dzieła Bachtina zostały wydane w formie książkowej dopiero w 1969 r. Wcześniejsze zaś artykuły, jak napisano w jego biografii , „wszystkie trzy artykuły” zostały wydrukowane na przestrzeni 31 lat między latami 1930-1961. Mikołaj Bachtin był nieznany nawet w świecie naukowym ZSRR do roku 1961.
A tymczasem naukowiec niemiecki dr Hans Harder z Martin –Luther Universitat Halle Wirtenberg pisze, że „sława Bachtina powstała głównie dzięki poznaniu go przez takich postmodernistycznych teoretyków jak naukowiec bułgarska Julia Kristeva, która podobno przedstawiła jego pisma na seminarium Rolanda Barthes’a w Paryżu..”.
Pani Julia lubi opowiadać, jak to wyrwała się do Francji głównie dzięki temu, że nieżyczliwy jej dziekan był nieobecny na uczelni tego dnia, gdy miała zgłosić się do ambasady francuskiej po wizę i kwity na stypendium. Ale na szczęście życzliwy jej zastępca dziekana potajemnie zaprowadził ją do ambasady.
Od siebie mogę dodać, że zapewne oboje z tym „zastępcą dziekana” – przedzierali się do ambasady francuskiej – kanałami. Dla każdego, kto żył w tym ustroju takie opowieści to zwykłe bajki, żeby nie powiedzieć- grube kłamstwa. Aplikacja na stypendium zagraniczne stypendium rządowe była z pewnością rozpatrywana przez parę komisji partyjnych i służby specjalne. Najbardziej przez służby specjalne. I nie zainteresowanie komunistów bułgarskich semiologią i psychoanalizą zadecydowały o pozwoleniu czy raczej – zleceniu magiste Kristevej – wyjazdu do Paryża. Podobnie jak wyjazdu brata faceta, który siedział po uszy w programie atomowym Bułgarii a nawet ZSRR 2 lata wcześniej. No ale.
No a jak już wylądowała w grudniu 1965 r. w Paryżu, to jakoś tak weszła w posiadanie prac naukowych cudzoziemca, którego nikt we Francji a i w Bułgarii – nie znał.

No i pani Julia szybko się wybija na tych seminariach Rolanda Barthesa, który już opiekował się innym „uciekinierem z Bułgarii” panem Tzvetanem Todorowem .   I trafia na miłego Francuza, pana a właściwie towarzysza Jacquesa Sollersa, który wydał książkę i założył pisemko poświęcone literaturze awangardowej o nazwie „Tel Quel’.  No i pani Julia,  ambitna kobieta naukowiec z dalekiej komunistycznej Bułgarii – wchodzi do komitetu redakcyjnego pisemka i szczęśliwie wychodzi za mąż za pana Sollersa. A następnie oboje zaczynają wielbić Mao Zedonga legendarnego pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Chin. Poza tym zajmowała się zgłębianiem psychoanalizy, krytyką poststrukturalistyczną (serio) a zatem i strukturalizmem oraz semiotyką. Oraz feminizmem. Przede wszystkim femizmem. Który w latach 60-tych miał twarz np. Susan Sontag z USA, która podziwiała sztuki teatralne Grotowskiego a szczególnie jego zaciętą nienawiść do Kościoła, którą na jakichś szkockich warsztatach teatralnych – objawiał raczej publicznie. Feministka i , jak mówią towarzysze radzieccy, „lesbianka” Susan Sontag ogłosiła wówczas śmierć białego człowieka. Że jest on odpowiedzialny za wszelkie zło na planecie.
Akurat w tych latach  a dokładnie w 1966 małżonka Mao Zedonga towarzyszka  Jiang Qing oraz trzech innych towarzyszy nazywanych pieszczotliwie „Bandą Czworga” zachęciła komunistyczną młodzież chińską do zwalczenia pozostałości burżuazyjnych przeżytków, w ramach czego wszystkich z wyższym wykształceniem albo wywieźli na wieś do prac rolnych, albo zaszczuli na miejscu a poza tym zajmowali się demolowaniem muzeów, świątyń, kościołów katolickich i bibliotek. Również prywatnych mieszkań.  W ramach tych rozrywek został wyrzucony z okna 4 piętra najstarszy syn jednego z najbardziej zasłużonych chińskich komunistów Deng Xiaopinga – Denga Pufanga, doprowadzając go do urazu kręgosłupa i paraliżu od pasa w dół.  Te zabawy trwały do roku 1976 a wzbudziły zachwyt w pewnych kręgach lewicy francuskiej. Na przykład w pisemku Tel Quel, którego część redakcji a konkretnie tow. Jacques Sollers, tow. Julia Kristeva, tow. Roland Barthes udali się z oficjalną wizytą do ChRL.  Można powiedzieć, że poszli  w ślady „cesarzy lewicy”  Sartre’a i Simone de Beauvori, którzy w  1955 r. odwiedzili Chiny i zrobili wielką furorę.
Po powrocie delegacji pisemko wydało dwa numery specjalne poświęcone Chinom. Pełne zachwytów. Towarzyszka Kristeva miała napisać, że „Mao wyzwolił kobiety” i że „odwieczny problem płci został rozwiązany”. Na pytania o „przemoc” miała odpowiadać, że „nie zauważyła”. Entuzjazm towarzystwa sięgnął takich wyżyn, że sobie zażyczyli takiej samej „rewolucji kulturalnej we Francji”. Trudno się dziwić, skoro, jak pisze zgryźliwie po latach w Le Figaro Guy Sorman 15 października 2007 r. w artykule pod tytułem: „Mao albo dziwna fascynacja francuska sado-marksizmem”, dwaj naprawdę nawiedzeni maoiści Christian Jambet i Guy Ladreau mieli publicznie ogłosić, że:”…Mao jest zmartwychwstałym Chrystusem” a „Czerwona Książeczka napisanymi na nowo Ewangeliami”.
Pozostając w takiej właśnie konwencji myślenia towarzyszka Kristeva  broniła starego chińskiego obyczaju bandażowania stóp kobiecych aby były jak najmniejsze – jako wyrazu WŁADZY kobiet a nie ich – zniewolenia.
Tego typu poglądy i w sumie mętny życiorys z czasów bułgarskich nie tylko nie powstrzymały kariery młodej Bułgarki we Francji ale wręcz je przyspieszyły. I rozszerzyły na USA a potem na inne kraje. Już we wczesnych latach 70-tych była visiting profesorem na Columbia University.  We Francji zdobyła, tak jak Tzvetan Todorow – bardzo prestiżowe posady naukowe – rządowe i w 1997 order Legii Honorowej. Czy za popularyzowanie badań nieznanego wcześniej „uczonego radzieckiego”, który w ramach swoich zainteresowań dziełami Francois Rabelais zajmował się np. średniowiecznym obyczajem zwanym Świętem Głupca? I który ludziom radzieckim uświadomił w ramach edukacji o religiach, że Święto Głupca polegało m.in. na tym, że  „…szczególnie nieokiełznane były owe zabawy niższego kleru na Nowy Rok i w święto Bożego Ciała…”.
Mamy zatem apogeum walki władzy komunistycznej z Cerkwią Prawosławną i Kościołem Rzymsko Katolickim a gdzieś tam w Mordowii jakiś cichy niedobity syn bankiera „uwypukla” specyficzne obyczaje średniowieczej katolickiej Francji i jej kleru. Nikt się tym przez kilkadziesiąt lat nie interesuje, bo walka z cerkwią i kościołem jest prowadzona przy użyciu towarzysza Nagana i gułagu. Ale jak przyszły nowe czasy, czasy „konwergencji” i „zbliżenia ustrojów”, to trzeba było tak jakoś subtelniej.
Przydały się bardzo te wszystkie post-nauki, post-filozofie, dekonstrukcje.  Minęły lata. Pani Kristeva w najbardziej mieszczański i burżuazyjny sposób prowadzi praktykę prywatną w zakresie psychoanalizy, jak setki innych pań prowadzi interesy wróżbiarskie i horoskopowe w Paryżu.
I nadal jest ikoną lewicy, wspierającą w potrzebie towarzyszy z dawnych lat. W 2007 ufundowała nagrodę imienia Simone de Beauvoir, co bardzo spodobało się przybranej córce Simone i jej staremu kochankowi Claude’owi Lanzmannowi. Są w jury.
No i w grudniu 2016 laureatkami tej raczej bardzo skromnej nagrody (kwota 10 tysięcy Euro) został tzw. ruch „Ratujmy Kobiety” z Polski, który zorganizował w październiku w kilkunastu miastach Polski tzw. czarny marsz polegający na manifestacjach kobiet żądających liberalizacji ustawy o aborcji a
„tak wogle” „walczących z dyktaturą PiS”. Co wyrażały w różny , czasem obsceniczny i wulgarny sposób, głównie przeciwko PiS i Kościołowi Katolickiemu.
No  i dostały nagrodę „za walkę o wolność i prawa kobiet” od kobitki, która uważała, że prawdziwa wolność kobiet jest w Chinach, gdzie kobiety były przez lata zmuszane do aborcji w przypadku już drugiego dziecka, chyba że pierwsze było dziewczyną. Czyli gorszym dzieckiem.
I ta maoistka i wojująca lewaczka została przyjęta w 2011 r. na audiencji przez Papieża Benedykta XVI jako „intelektualistka” w czasie słynnych spotkań w Asyżu. Jak niezapomniany intelektualista Bauman u Papa Francesco. 
 

sobota, 7 stycznia 2017

Nowy Rok: Soros, tarot w Newsweek i Dӧner Berlin Kebap.



Nowy Rok 2017 nadszedł w mediach wraz ośmioma kartami tarota na okładce znanego w skali globalnej tygodnika The Economist i  z lamentem, sorry, esejem  George’a Sorosa pt. „Open Society needs defending”  na jego blogu. Rzecz jest o zbliżającym się upadku demokracji jako takiej i zbliżającej się dyktaturze w USA. Wielki filantrop  i mega cinkciarz napisał m.in. do następuje: „…Democracy is now in crisis. Even the US, the world’s leading democracy, elected a con artist and would-be dictator as its president…”. Czyli: “Demokracja jest dziś w kryzysie. Nawet w USA wiodąca demokracja świata wybrała naciągacza i kandydata na dyktatora.”
Za to :”…Społeczeństwa otwarte są w kryzysie a różne formy społeczeństw zamkniętych- od faszystowskich dyktatur do państw mafijnych- są w trakcie wzrostu..”.('Open societies are in crisis, and various forms of closed societies – from fascist dictatorships to mafia states – are on the rise.).
To są wielkie stwierdzenia wielkiego człowieka ale cały efekt został popsuty przez przekłamanie w życiorysie. George Soros na początku notki napisał skrót swojej biografii a tam info, że „…W 1947 uciekłem z Węgier , wtedy pod komunistyczną dyktaturą”. Tymczasem młody George udał się w 1947 zupełnie legalnie z tatką Tivadarem Schwarzem, pracownikiem ministerstwa rolnictwa „dyktatury komunistycznej” albo też przedstawicielem USA w ambasadzie szwajcarskiej – na legalnych papierach na Światowy Zjazd Esperantystów. A potem znowu legalnie udał się do Londynu aby rozpocząć studia wyższe. W tym czasie tatko Tivadar objeżdżał kamienice należące przed wojną do teściowej: w Wiedniu  i  Berlinie. No ale to są detale, a media delektowały się przez cały weekend noworoczny zwrotami „con artist” (naciągacz) i „would-be dictator” w odniesieniu do prezydenta elekta USA Donalda Trumpa.
Czyli do elitarnego towarzystwa Victora Orbana i Jarosława Kaczyńskiego – dołączył pan Donald Trump „jeszcze-nie-prezydent”.

Do nas jakoś te rewelacje nie dotarły, a w formie szczątkowej dotarły sygnały o aktywności innego „wielkiego starca polityki USA” Henry Heinza Kissingera lat 93, nazywanego pieszczotliwie przez znaczną część Amerykanów, głównie lewaków: „zbrodniarzem wojennym”.
Otóż stary ale jary pan Henry udzielił   w listopadzie 2016 r.  magazynowi The Atlantic a konkretnie panu Jeffrey’owi Goldbergowi wywiadu, który został opublikowany w grudniu 2016.
Otóż pan Henry Kissinger, zasadniczo republikanin  a w ostatniej kampanii wymieniony jako „przyjaciel Hillary Clinton” po uzyskaniu pewności, że Donald Trump zostanie kolejnym prezydentem USA z ramienia republikanów, pospieszył z wywiadem pod tytułem „Lekcje Henry’ego Kissingera”. W wywiadzie tym jego pierwszym zdaniem było, że „byłem przekonany, że wygra Hillary Clinton” ale już trzecia odpowiedź jest znamienna.
Pytanie brzmiało: „…Czy czuje się pan lepiej myśląc o kompetencji i powadze Trumpa..?” .Odpowiedź nie pozostawiała wątpliwości :”Powinniśmy zaprzestać debatowania o tej kwestii. To jest prezydent –elekt. Musimy dać mu szansę na rozwinięcie jego filozofii..”.
W tym momencie przypomnieli mi się lokalni obrońcy „interesu Ojczyzny” czyli Rychu Petru, Mateusz Kijowski , Schetyna i ta gwiazda, co dostała 10 tysięcy dolców imienia Simonki de Beauvoir, co to jako nauczycielka w liceum żeńskim stręczyła kochankowi nieletnie uczennice z dobrych domów aż skończyło się procesem i zakazem uprawiania zawodu. A, sorry, to feministka była.
Wracając do Henry Kissingera, faceta kreującego politykę zagraniczną za czasów Nixona i Forda, to w maju 2016 r. demokratyczna  administracja prezydenta Obamy a konkretnie Pentagon – uhonorowały „starego zbrodniarza wojennego” , jak nazywają go starzy hippisi.
W lutym 2016 r. kandydaci na kandydatów Bernie Sanders i Hillary Clinton publicznie się o niego pokłócili. W komentarzu do debaty publicznej Bernie Sanders powiedział później:”… Ona mówiła w swojej książce i w tej ostatniej debacie, że otrzymała aprobatę, wsparcie i porady Henry;ego Kissingera. Muszę powiedzieć, że uważam to za absolutnie niesamowite, albowiem zawsze wierzyłem, że Henry Kissinger był w historii Stanów Zjednoczonych jednym z najbardziej destrukcyjnych sekretarzy stanu..”.
Nie będziemy się wypowiadać, czy był destrukcyjny, ale że był i jest gorliwy to widać. Szczegółnie na linii Waszyngton – Pekin i Waszyngton – Moskwa. Podobno w ostatnich latach był, poza Stevenem Seagalem,  i panem Rexem Tillersonem z Exxon Mobil, najczęściej odwiedzającym Władymira Władymirowicza – znanym Amerykaninem. Nie licząc prezesa Tillersona. No i 2 grudnia 2016 r. Henry lat 93 wsiadł do samolotu, poleciał szybko do Pekinu, zrobił sobie zdjęcie z prezydentem Xi, a już 6 grudnia dreptał do windy w Trump Tower. I nie pojechał jako „wysłannik Trumpa” tylko jako jeden z liderów jakiegoś „Towarzystwa Przyjaźni Amerykańsko- Chińskiej” założonego wieki temu jeszcze przez Rockefellera.
Tak więc opowieści gazety  niemieckiej Bildt o „mianowaniu Kissingera na doradcę Trumpa” , powtarzanej uporczywie nad Wisłą mogą być tego samego gatunku, co opowieści Bildta o godzinie śmierci śp. Łukasza Urbana. Jak podał dziennik brytyjski The Independent z 27 grudnia 2016 r. w artykule pt.: „Henry Kissinger has „advised Donald Trump to akcept” Crimea as part od Russia” ( Henry Kissinger „doradził Donaldowi Trumpowi aby ten zaakceptował” Krym jako część Rosji), to właśnie tabloid Der Bildt miał produkować takie przemyślenia w artykule pt.:” Kissinger to prevent new Cold War”. ( Kissinger zapobiega Zimnej Wojnie) a w tym w szczególności koncepcję, aby USA uznały Krym jako część Rosji a w zamian wynegocjowały wycofanie  jej „sił militarnych” ze  zrewoltowanych wschodnich terytoriów.
Oczywiście pozostaje złośliwe pytanie, kto jest bardziej wiarygodny jako wróżka: stary Henry twierdzący w wywiadzie opublikowanym w The Atlantic w listopadzie 2016 r. , że Rosja najedzie Łotwę w 2017 r.  czy Der Bildt twierdzący, że Henry łagodzi obyczaje na linii USA –Rosja, oddając jak pan Zagłoba posłowi szwedzkiemu „ukraińskie Niderlandy” – Putinowi. Różnica niewielka jest taka, że istotnie Krym jest w rękach Rosji a pan Henry już niejednego sojusznika USA – skopał ze schodów, że wspomnę Tajwan czy Wietnam Południowy. No ale.

Oczywiście o tych sprawach nie dowiem się od wielkich polskich przywódców politycznych, czy to rządzących, czy z „totalnej opozycji”. Sama myśl, że Mateusz Kijowski może merytorycznie dyskutować na wizji TVN24 z Rychu Petru o koncepcjach Henry Kissingera i ostatnich gestach pożegnalnych prezydenta Obamy – może człowieka przyprawić o ostry atak śmiechu.

U nas są politycy  mający elementarne problemy z  nędznymi fakturami za 90 tysięcy PLN.  I media, które w kwadrans po zabójstwie w Noc Sylwestrową w Ełku 21-letniego zabawowicza zadźganego przez trzech panów „uchodźców” – dały radę odkryć, że Ofiara była „drobnym kryminalistą”, „złodziejem”, „chuliganem” a „rasiści z Ełku rzucali kamieniami w Policję”.  Kiedy pomyślę, ile lat trwa „dziennikarskie śledztwo” w sprawie Smoleńska a ile miesięcy w sprawie okoliczności zabójstwa niejakiej Ewy Tylman, to łza się w oku kręci, że na sylwestrowym kacu dali światu takie bezcenne wiadomości o „okolicznościach sprawy”.
Piszę o tym, bo ta postawa mediów wobec Ofiary sylwestrowej z Ełku w sposób rażący kłóci się z postawą wobec np. czynu Romana Polańskiego albo jakiejś „mamy Madzi”. Czy to wywodzi się ze słynnej szkoły historyczno – informacyjnej burmistrza Biedronia, który „wykrył spalenie czarownicy przez katolików”, którzy okazali się –protestantami?
Ta tragedia w Ełku i medialne kontredanse wokół sprawy oraz ciężka robota medialna gazowni i niejakiego gmurrka wokół „Sylwestra w Cafe Foksal” przywiodła mi przed oczy „dzisiejsze czasy’, kiedy to większość młodych ludzi nie stać zwyczajnie na zabawę sylwestrową na salach tanecznych tylko na ulicy – pod rozgwieżdżonym niebem i tanimi chińskimi ogniami kupionymi na spółkę a beneficjenci III RP – wysiadują w eleganckich lokalach płacąc po kilkaset złotych albo i kilka tysięcy od łebka  i terroryzując przemęczone barmanki i kelnerów.
Gdyby nie działalność takich macherów dziadka Sorosa jak towarzysz Balcerowicz, to może w Ełku działałyby nadal zakłady przetwórcze wybudowane albo „za Niemca”, albo „za Gomułki” albo i „za Gierka”. Dzisiaj nie ma o nich wzmianki nawet u docenta wiki pod hasłem „Ełk” . Tymczasem jeden rozeźlony mieszkaniec umieścił w 2014 r. w Internecie „podsumowanie działalności Lewandowskiego &Balcerowicza” w Ełku w latach 90-tych i jest to po prostu straszne.
Balcerowicz  złamał żelazną zasadę umów – i zmienił poziom odsetek do kredytów wziętych przez państwowe firmy jeszcze w latach 90-tych. W efekcie w Ełku zaduszone zostały przez „odsetki Balcerowicza” takie firmy jak   Eksportowa Spółdzielnia Przetwórstwa Owoców i Warzyw „Frutex” oraz „padli” jej dostawcy (pobrany kredyt – 8 mld starych złotych, w dniu upadłości w 1992 r. – zadłużenie z odsetkami – 138 mld, szacowany majątek – 76 mld, syndyk sprzedał za 22 mld.). Zatrudnienie -500 osób plus nieznana ilość „padniętych dostawców”.
Przetwórstwo lnu zlikwidowano przez „restrukturyzację” i wydzielenie z firmy produkcji lnu w Szczytnie – oddziału w Ełku i przekształcenie go w Przedsiębiorstwo Przemysłu Lniarskiego. Co ciekawe, nikt przed podjęciem decyzji – nie przeprowadził rachunku opłacalności. No i popłynęło kilkaset miejsc pracy plus plantatorzy lnu na 1500 ha.
Do tego dodajmy zlikwidowanie Centrali Rybnej w 1992 r., o której towar pytali ciecia w budce przez telefon starzy klienci jeszcze w roku 1994.
W 1992 r. padła chłodnia państwowa, która miała przechowywać „rezerwy państwowe”. Ale pod rządami Lewandowskiego i Balcerowicza „Polska nie miała żadnych rezerw”- przynajmniej w chłodni i mimo wysiłków, aby znaleźć jakichś klientów na własną rękę, chłodnia padła w 1996 r. a wraz z nią rolnicy-dostawcy.
Do tego dodajmy zarządzanie związkowe pod hasłem „gdzie kucharek 6” i znamy losy zakładów futrzarskich (hodowla lisów) oraz Zakłady Mięsne w Ełku, zatrudniające pod koniec 1989 r. ok. 2000 pracowników. Byli „zagraniczni inwestorzy’ i był „obcy kapitał” – skończyło się na Chińczykach w 2013 r.   
O tych firmach nie przeczyta się u docenta wiki pod hasłem „Ełk”. Hasło „Gospodarka” to jest jeden akapit informujący o tym, że w Ełku znajduje się „podstrefa Suwalskiej Strefy Ekonomicznej” a w niej „…Reprezentowany jest kapitał polski, austriacki, szwajcarski, koreański i tajwański.”. Poza strefą działają zakłady mięsne założone w 1907 r.  Ale za to w 2012 r. „otwarta został Park Naukowo –Technologiczny”. Jak się tu nie cieszyć. Prezydent od trzech kadencji odnawia miasto, może nadejdzie ta cała Via Baltica no i przecież Ełk to centrum przemysłu turystycznego Mazur. Dwa jeziora, rzeczka, hotele, restauracje, kebaby.

 I w luksusowych samochodach przejeżdżają do  „swoich posiadłości” różne „gwiazdy filmu i telewizji”.  Jak choćby pan Krzysztof Daukszewicz, który w dawnych niesłusznych czasach był jakimś kaowcem w Szczytnie ale się szęśliwie w córce samego Kreczmara Jana i od razu tak mu się talent satyryczny wyostrzył, że został gwiazdą kabaretów, gwiazdą Szkła Kontaktowego TVN24 oraz unikalnym,  monopolistycznym użytkownikiem jeziora Kośno, obwołanym „najdroższym jeziorem dla rybaków”. Bo pan Daukszewicz, który ma potrzebę sarkastycznego wypowiadania się na temat tego ciemnego polskiego ludu, narzucił najwyższe stawki za pozwolenie na łowienie ryb.

Ta informacja o zachowaniu „właścicieli III RP” ma kluczowe znaczenie na tych terenach, bo Mazury to jednocześnie – kraina byłych PGR-ów i związanej z nimi wszechogarniającej biedy. To tam królowały „kredyty –chwilówki” oraz sklepiki obwoźne i „sprzedaż na zeszyt” a niejednokrotnie dzieci nie miały na bilet na dojazd do średniej szkoły. Teraz mają, bo zły PiS i demoniczna minister Rachwalska  uwaliła „przemysł kredytów krótkoterminowych na wysokie odsetki” – czyli mega-lichwę.
 
Podejrzewam, że Rodzice śp. Daniela raczej nie należą do wąskiej kasty „elit warszawsko-mazurskich” tylko to przytłaczającej większości tych, co musieli zmierzyć się ze zwolnieniami grupowymi, strachem o przyszłość i pogardą nowobogackich właścicieli „posiadłości na Mazurach’. A Chłopak zapewne w innych, niesłusznych warunkach, w wieku lat 21 miałby ukończoną jakąś średnią szkołę i od 3 lat pracowałby w jednym z zakładów przemysłowych Ełku albo w jakimś PGR. Miałby narzeczoną i śmiałe plany na przyszłość: listę mieszkaniową na nowy wiek, wyjazd na krótki gastarbeit aby kupić małego fiata i wesele.  Teraz nie będzie nic z tych planów, bo śp. Daniel i tysiące jego rówieśników już dawno przyzwyczaiły się, że dla nich są: śmieciówki, najniższe stawki, zero zabezpieczenia emerytalnego i załapanie się do roboty sezonowej, żeby mieć na używany samochód.   
Może gdyby zapisał się do „organizacji pozarządowej” albo do KOD , to nie wykrwawiłby się od ciosów noży gdzieś na placyku czy jakiejś ulicy w Ełku pod sylwestrowym niebem. Byłby „aktywistą w garniturze”, z szansą na ukończenie „politologii”, „europeistyki” albo innych równie konkretnych specjalności i miałby szansę, bo to był ładny chłopczyk, na zostanie „rzecznikiem prasowym sołtysa” czy innego „Mateusza Kijowskiego Szczytna” czy innego „Ełku”.
Podobno już gazownia, po porzuceniu „wątku Cafe Foksal” zajęła się tajemniczymi zeznaniami policjantek o „ochronie kebabów”. To jest największy fejk tego karnawału. Kebabów nie trzeba będzie „chronić”, bowiem jak podawała na żywo miejscowa telewizja w Ełku – miejscowa ludność będzie kebaby obchodzić szerokim łukiem.
A narodowiec Kowalski przytomnie przypomina i napomina, by się nie dać zwariować i nie popadać w zbiorową histerię, tylko sobie przypomnieć, że panowie Turcy  mieszkają z nami spokojnie od co najmniej lat 80-tych. Nie było z nimi żadnych kłopotów. Przeciwnie. Od czasów towarzysza Gierka rozkwitał niezupełnie oficjalny lecz bardzo korzystny dla obu stron handel polsko-turecki i turecko-polski.  
Akurat dzisiaj Coryllus notką „Nussi ku…wa, Petru premier” przywołał liryczne wspomnienia z mojej jedynej wyprawy handlowej „do wrót Azji” a konkretnie do Salonik, przez Lwów, Bukareszt, tranzytem przez Bułgarię na Kulatę z postojem turystycznym w klasztorze bułgarskim. Powrót przez Jugosławię, Węgry, Czechosłowację i legendarne przejście graniczne w Barwinku. Na kempingu w Salonikach siedziało od maja do października pół biura projektowego z jednego miasta wojewódzkiego i tylko wozili: z Grecji nielegalnie błamy karakułowe z jednego takiego miasteczka a w drugą stronę – z Turcji, też nielegalnie, bawełnę na kilogramy. W wolnych chwilach odpoczywali przed namiotami –willa i pływali w lokalnym morzu. 

W Rumunii ja i moi kumple nie spotkaliśmy nikogo w typie pana Nussi. Handel obejmował: kawę w opakowaniach kilogramowych i pakiety z papierosami – kupowane w polskich Pewexach, więc legalnie oraz wszelkie tanie kosmetyki i lekarstwa oraz kakao z ZSRR, kupione w sklepie sowchozowym za nadliczbowe ruble zarobione we Lwowie. Ze sprzedaży „dżynsów”, „adisasów” oraz wszelkiego rodzaju bielizny damskiej w rozmiarach XXXXL. W Grecji szły kryształy z Polski (szmuglowane), krem dr Aslan dla pań z Rumunii, wagi łazienkowe, ciuchy oraz sprzęt sportowy typu namioty (też szmuglowane).
 
Co to była za rozrywka i sport. Jedna koleżanka z Warszawy, która rozbiła namiot obok nas jeździła starą Warszawą a na tylnym siedzeniu woziła plecak z kartoflami, które zawsze fascynowały greckich celników, więc nie szukali przemyślnie ukrytych siedmiu wielkich kryształów, które szły pewnie po 100 dolarów od sztuki.
Wracając do biznesu kebabowego i jego przyszłości. Te biznesy spokojnie sobie egzystują jako sieciówki Sfinx czy inna Kleopatra albo jakieś indywidualne przedsięwzięcia, bez podtekstów , legalnie zarejestrowane w KRS.
Natomiast ciekawą inicjatywą wydaje się być nowa tajemnicza sieć pod jakże znamienną nazwą: Berlin Döner Kebap. Jest to sieć posiadająca 28 lokali, zlokalizowanych w takich miejscowościach jak: Świnoujście, Międzyzdroje, Szczecin, Słupsk, Gdańsk, Rumia a idąc na południe: Gorzów Wielkopolski, Kalisz, Jelenia Góra. Czyli , jak widać, stare dobre Prusy. W niedługim czasie ma być nowa restauracja w galerii Sudety we Wrocławiu. No i jeszcze w Łodzi. W Generalnym Gubernatorstwie jest w Warszawie i Wołominie. Niebawem ma być tych Berlinów w Polsce – 40. Jest to o tyle ciekawe, że właściciele są tak nieśmiali, że nie podają kontaktu innego jak mejlowy –dla potencjalnych partnerów biznesowych w ramach franszyzy lub dla potencjalnych pracowników. 
Raczej nie wygląda to na biznes turecki, mimo, że kebeby to narodowe danie tureckie i w Niemczech twardo trzymane przez Turków, którzy podobno zarabiają na tym 3,5 mld USD lokali mają tysiące. Więc byłoby zrozumiałe, gdyby w nazwie był choćby jakiś „Istambuł”. Ale „Berlin Kebap” ?
Ciekawe, co na to pan minister Błaszczak.  
Tyle lat wymiany handlowo-gastronomiczno-turystycznej polsko-tureckiej, a tu nagle taka zadyma z nożami i ofiarą śmiertelną, wykreowaną niemal na „winnego zajścia” przez „organizacje pozarządowe”.  I te „dramaty uchodźców w Polsce”, co to się nie mogą „żenić w Białymstoku”, mimo, że „rodzice narzeczonej nie mają nic przeciwko”. A zła Policja Graniczna niszczy delikatne więzi miłości oznajmiając, że narzeczony był w Norwegii na lewych papierach a do Polski też się przeszmuglował.  Jak żyć.
A „Tarot w Newsweek”? Ano słynny tygodnik z filią w Polsce pana Lisa opublikował na Nowy Rok na okładce 8 zmutowanych kart tarota, które pracowicie tłumaczą na youtubie różne wróżki i wróżbici tutejsi. Bardzo rozwojowe wątki tam są, włącznie ze śmiałą tezą jednej wróżki, że to jest „sygnał masonów dla siebie, że już rządzą światem”.  Chciałoby się zapytać: a co na to Pan Bóg.

czwartek, 5 maja 2016

Hillary Clinton, Pamela Churchill, Harrimana podróże do ZSRR i Polska



Kiedy kibicujemy w prawyborach na „kandydata na kandydata na prezydenta państwa” w  Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej USA , pragniemy wywróżyć z urywków wypowiedzi czy życiorysu czworga a dzisiaj już praktycznie trojga graczy – co wybór jednej z nich oznaczać może dla przyszłości Polski, należy chyba zdać sobie sprawę, że w przeciwieństwie do pragmatycznych Czechów często usiłujemy brać nasze marzenia za fakty.  
 
Kandydatka Hilary Clinton weszła do wielkiej polityk, kiedy zdecydowała się wraz z Billem Clintonem  synem człowieka z problemem alkoholowym ze stanu Arkansas -   skorzystać z zaproszenia  państwa Harriman na drinki, kolację oraz wykład z dyskusją (wstęp podobno 25 USD od łebka) w ich domku  3038 N St NW w Georgetown Washington DC.  Adres bardzo ekskluzywny.
Partia Demokratyczna przeżywała  kryzys związany z niemożnością wyrwania się z  legendy sukcesów Roosevelta , starzeniem się przywódców i brakiem nowych kadr i przegrywała wszystkie wybory.
 Zapraszający  to: pani Pamela Harriman w latach 1939-1946  synowa legendarnego Winstona Churchilla (podczas rozwodu zastrzegła sobie zatrzymanie nazwiska Churchill, które miało być jej biletem wstępu  do wszystkich salonów  długo po wojnie) oraz  pan Averell Harriman jej trzeci mąż starszy  o 29 lat, syn ambitnego prezesa linii kolejowych dobrze ożenionego z panną Mary Williamson Averell, córką właściciela banków i zapaloną działaczką na rzecz poprawy rasy ludzkiej przez eugenikę tj. selekcję, sterylizację i „hodowlę nadludzi”. Pani Harriman starsza urodziła pięcioro kandydatów na „nadludzi” a po śmierci męża w 1909 r. dostała do rąk fortunę rzędu 70-100 mln USD, którymi wspierała ową eugenikę (Eugenics rekord Office) wraz z Rockefellerami, aż się zrobił smród w 1944 r. i trochę to doskonalenie zastopowano. Ale dla synów i córek też trochę zostało.
Averell Harriman został czwartym najbogatszym młodzieńcem USA kiedy matka przekazała majątek. Starał się wraz z bratem godnie naśladować ojca, który zbudował imperium kolejowe i spedycyjne ale jego poczynania biznesowe nie były tak spektakularne. Chociaż z naszego punktu widzenia początek miał  ciekawy:  w 1924 r. odbył podróż do Rosji Sowieckiej i konferował z  Lwem  Trockim.  I uzyskał od komunistów koncesje górnicze pt. “Soviet Georgian Manganese Concessions” ( 1925-1928).
Głównie jednak zarządzał firmami założonymi przez ojca zmarłego w 1909 r. Poza  “koncesjami manganowymi w ZSRR” najciekawszą  decyzją biznesową Averella  było połączenie części interesów Harrimanów ze starym bankiem Brown Brothers & Co w roku 1931 i zmiana nazwy na Brown Brothers Harriman &Co, w której senior partnerem pozostał do 1946 r.
Do wejścia do polityki miała pana multimilionera i playboya (hodowla rasowych koni i wyścigi konne, hodowla psów rasowych , ośrodki narciarskie) miała namówić starsza siostra Mary Harriman Rumsey, żona pana Rumseya, rzeźbiarza, którego dziadek też był bankowcem. Pani Rumsey od młodości „kolegowała się” z panienką Eleanor Roosevelt późniejszą prezydentową i która  dostała od Roosevelta posadę w jego pierwszej ekipie New Dealu.  Averell miał się  wkraść w łaski bratanka prezydenta Hala Roosevelta. Szwagierka jego siostry Rumsey wyszła za mąż za Charlesa Goodyera z „tych Goodyerów” , co przybyli do Ameryki z Niderlandów w 1649 r.
Ponieważ jego własne pomysły biznesowe, w tym przedsiębiorstwo transportu morskiego, nie przynosiły zysków a raczej trzeba było do nich dokładać, pozostawił zarabianie niezawodnej firmie Brown Brothers Harriman  &Co.  Warto zwrócić uwagę, że  w firmie Brown Brothers Harriman &Co posiadali  wysokie stanowiska tacy ludzie jak Prescot Bush (też udziałowiec), szczęśliwy ojciec i dziadek Prezydentów USA czy młody i zdolny statystyk Alan Greenspan.
No więc w latach 30-tych Averell Harriman  poprzez układy rodzinne  i towarzyskie wszedł do pracy „na zapleczu”  polityki Roosevelta i jego komunizującej małżonki. Początkowo były to posady w administracji gospodarczej.  Na przykład kiedy Winston Churchill zwrócił się  do USA o pomoc  w czasie Bliztu, Roosevelt  wykreował  go na „specjalnego wysłannika” , który miał wynegocjować warunki „pomocy amerykańskiej”.
W roku 1940 miał lat 49 i dwie dorosłe córki z pierwszego małżeństwa
 i był  ożeniony z panią Marie Norton z pierwszego męża Vanderbiltd Whitney. Kiedy pojawił się w Londynie, okazało się, że w tym bardzo międzynarodowym wówczas mieście najbardziej popularną w towarzystwie  jest synowa premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla pani Pamela  Churchill, córka lorda Digby, wówczas licząca sobie lat 22. Jej popularność opierała się głównie na tym, że podczas nieobecności męża, który jako korespondent wojenny rzadko bywał w Londynie – obdarzała swoją przyjaźnią różnych  panów, głównie amerykańskich generałów.   No i w okolicznościach bombardowania Averell lat 49 i Pamela lat 22 wylądowali w łóżku a miłość kwitła podczas jego „misji” w taki sposób, że sprowadził kochankę „na metę” w oficjalnym charakterze „koleżanki swojej córki”. Romans zakończył się wraz z „misją” a Pamela zajęła się amerykańskim korespondentem Robem Murrowem.
Averell Harriman, mimo zamieszania kilku firm w biznesowe relacje z firmami w Niemczech, bez kłopotu został mianowany w październiku 1943 r. na  ambasadora USA w Moskwie. To był czas pamiętny, bo w marcu 1943 r. Niemcy zdecydowali się nagłośnić sprawę Zbrodni Katyński. A kiedy w 1944 r. Sowieci wzorem Niemców zaprosili „międzynarodowych dziennikarzy” do obejrzenia miejsca zbrodni i przekonywali o winie Niemców, wśród tych dziennikarzy była córka Harrimana, która „kupiła” wszystko i przez całe lata „obstawiała wersję radziecką”. Może przekonał ją osobiście Józef Stalin, który tak był zauroczony ambasadorem Harrimanem, że odbył z nim kilka przejażdżek konnych a na koniec podarował jemu i jego córce – dwa wspaniałe konie z rosyjskich stadnin. Chociaż po 1939 to te konie mogły być polskie.
Kiedy zakończyła się wojna  Pamela nagle znalazła się na lodzie: Winston przestał być premierem, mąż pił  a co gorsza, nie miał zupełnie pieniędzy. Pamela postanowiła  nie dać się  szarzyźnie życia i pożeglowała po rozwodzie wraz z 8-letnim synem do Francji, która wówczas stała się Mekką wszystkich „pięknych i bogatych” z obu stron Atlantyku. I zajęła się tym, na czym znała się najlepiej: postanowiła upolować ważnego– ale tym razem- bogatego  męża.
Wysiłki zostały zakończone połowicznym sukcesem: w końcu lat 40-tych i w latach 50-tych Pamela Churchill stała się luksusową kurtyzaną wg najlepszych wzorców XIX w.,  co potwierdził po latach  jej drugi mąż, szczery do bólu producent teatralny i filmowy Leland Hayward.  W 1948 r. zamieszkała się w Paryżu, gdzie  niejaki Paul Louis Weiler, bogaty przemysłowiec, który miał wręcz kolekcję dzierżaw na najlepsze nieruchomości Paryża i Wersalu i obrzucał ważne kobiety – drogimi prezentami i mieszkaniami – zaoferował jej aż DWA mieszkania luksusowe, w tym jedno w Wersalu.
A jej pierwszy  sponsor Gianni Agnelli podarował jej jeszcze dwupoziomowy apartament przy Place d’Alma. Pamela miała szczery zamiar za niego wyjść za mąż, więc nawet przeszła na katolicyzm.
Ale Gianni chciał się jedynie „zdenazyfikować” a nie żenić z Pamelą. Ożenił się z jakąś włoską księżniczką. Więc przez jakiś czas została kochanką Agi Khana a następnie zaczął utrzymywać ją Elie de Rothschild , zresztą żonaty.  Wszyscy byli bardzo hojni, ale nie mieli zamiaru się żenić z Pamelą mimo że z nazwiskiem Churchill. Byli po prostu zacofani.  Czarę goryczy przelało upokorzenie,  kiedy  ambasada Wielkiej Brytanii w Paryżu – nie umieściła Pameli Churchill na liście gości w trakcie pobytu królowej Elżbiety we Francji.
Zabrała się do USA i zakręciła  koło bardzo dynamicznego producenta teatralnego i filmowego  („Dźwięki muzyki”) Lelanda Haywarda, który miał samolot i marzył o domowym cieple. Bardzo chętnie się z nią ożenił a ona była dobrą żoną w dosłownym tego słowa znaczeniu: siedziała w domu, ordynowała regularne posiłki i czekała z kapciami. Natomiast do historii przeszła jako najgorsza macocha , która podstępnie ograbiła córki zmarłego z biżuterii po matce.
Wszystkie te i inne pikantne szczegóły erotyczne, towarzyskie i polityczne z najwyższych sfer USA i Paryża  można poznać dzięki  książce amerykańskiego dziennikarza Christophera Ogdena, wydanej w Polsce pod tytułem „Życie jak bankiet” (Life of the Party), która w zamyśle miała być oficjalną biografią Pameli Churchill Harriman – ambasador USA we Francji, mianowanej przez prezydenta USA Billa Clintona. Ale autor prosił o podwyżkę a Pamela była sknera, więc z pieśnią na ustach wydał ją bez autoryzacji za to z pikantnymi szczegółami.  Do tego dołączyła się książka pasierbicy  Brooke Hayward pt. „Haywire”, w której opisywała niesamowite wprost intrygi Pameli, aby odseparować troje dzieci (dorosłych) i wnuków od Lelanda i pamiątek po nim nie mówiąc o kasie.
Kiedy została wdową w 1971 r., dawny kochanek z Londynu Averell też  został wdowcem , więc znowu zorganizowała regularne oblężenie towarzyskie , co skończyło się błyskawicznym ślubem, czym cieszyła się nawet rodzina, bo dziadek był smutny.  Miał za sobą usiłowania zostania wielkim człowiekiem polityki amerykańskiej, ale mimo gigantycznych pieniędzy i gigantycznych koneksji załapał się jedynie na stanowisko 48-go gubernatora Nowego Jorku (1955-1958). Dwukrotnie startował w prawyborach na kandydata na kandydata w wyborach prezydenckich w latach 50-tych.

Natomiast był jednym z najbardziej efektywnych ludzi DRUGIEGO PLANU polityki amerykańskiej. I jako ambasador USA w ZSRR (konferencja Jałtańska, konferencja w Poczdamie) i jako ambasador USA w Wielkiej Brytanii  ale też jako wysoki urzędnik USA ds. realizacji Planu Marshalla w Europie. Załapywał się do administracji kolejnych czterech prezydentów, w tym Harrego Trumana ( Sekretarz ds. Handlowych 1946-1948) i Johna F. Kennedy’ego.  I był słynny jako „specjalny wysłannik do spraw”.
I w ten sposób dochodzimy do jednej z wielu   podróży „specjalnego wysłannika Harrimana” oficjalnie dziennikarza -  do ZSRR. Która trwała aż 2 miesiące: maj –czerwiec 1959. O niej nie pisze nic docent wiki.  Przyjechał do Moskwy 13 maja 1959, gdzie „miał wywiad z Mikojanem”, akurat oficjalnie pełniącym rolę wicepremiera ZSRR. Potem Mikojan załatwił mu rozmowę z „ministrem rolnictwa Władimirem Matskiewitschem” i „zastępcą ministra obrony Rodionem Malinowskim”. A potem „dziennikarz Harriman” „wybrał się” w podróż po ZSRR ,podczas której odwiedził Swierdłowsk i Bratsk. Ma nawet zdjęcie z robotnicą pokazującą mu makietę hydroelektrowni czy czegoś takiego. Co naprawdę oglądał i z kim rozmawiał –tak naprawdę mógł wiedzieć ambasador USA w Moskwie a nawet on nie do końca.
Pozycję Harrimana wyznaczał fakt, iż na kolację wydaną przez ambasadora Llewelyna E. Thompsona w dniu 25 czerwca 1959 r. na cześć Harrimana – pojawił się sam I Sekretarz KPZR – Chruszczow. Rozmowy z Chruszczowem, których miało być trochę, zostały opublikowane w magazynie „Time” 13 lipca 1959 r. Panowie mieli rozmawiać m.in. o rozbrojeniu, bombie wodorowej. Towarzysz Chruszczow miał się zwierzyć, iż „idee wyrażone w wykładach George’a Kennana w BBC Reitch w roku 1957 współgrały z jego własnymi”. Tak się składa, że w tych wykładach George Kennan m.in. proponował „niezaangażowanie w Europie Centralnej”. A znowuż „..porażka szczytu w Genewie była spowodowana tym, że Dulles i Eisenhover przyjęli nierealistyczny cel aby zlikwidować Wschodnie Niemcy. Na to my nigdy nie wyrazimy zgody…”.  I Harriman chwali się, jak to  był zapraszany na daczę między Kuncewem a Rublewem, gdzie spacerował sobie z towarzyszami Mikojanem, Kozlovem i Gromyką nad rzekę Moskwę.
W grudniu 1961 r. sowiecki oficer Anatolij Golicyn , „który wybrał wolność” – oskarżył Harrimana, że ten pełniąc funkcję ambasadora USA w ZSRR – był sowieckim szpiegiem. No ale „CIA tego nie potwierdziło” i  Harriman miał prawo wchodzić do biur Sekretarza Stanu USA.
I nic się nie wydarzyło. John F. Kennedy, który został prezydentem dał mu w listopadzie 1961 r. posadę „ambasadora-at -Large”  (ambasador w misji specjalnej) a następnie posadę asystenta sekretarza ds. Dalekiego Wschodu w Departamencie Stanu i mimo rewelacji Golicyna – nie usunął go z kluczowego dla spraw bezpieczeństwa – urzędu.  Po latach Harriman już ożeniony z Pamelą jeździł sobie na zaproszenie Breżniewa oficjalnie na jakieś festiwale filmowe i to nawet chyba 2 razy. A w końcu sama Pamela pojechać miała do Moskwy i Kijowa w związku z „pierestrojką”. Ale wróćmy do prologu wojny wietnamskiej.
Latem 1963 r.  buddyści Wietnamu Południowego rozgłaszają, że są potwornie prześladowani przez „mniejszość katolicką i reżym rodziny Ngo”, w  związku z czym prezydent John F. Kennedy wysłał do Wietnamu Południowego misję dla „zbadania sytuacji” a zwłaszcza postępów armii wietnamskiej  w walce z Wiet Kongiem. W trakcie  misji doszło m.in. do tajnych rozmów z generałem Armii Wietnamu Południowego Duong Van Minhem, który  posiadał przypadkowo brata  generała Armii Północnego Wietnamu Duong Van Nhuta.
Co ciekawe John F. Kennedy miał już pewne podejrzenia że jego Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego niejaki Bundy – słucha bardziej podwładnego Harrimana niż jego samego.  Podobno były jakieś „narady w sprawie obalenia Ngo Dinh Diema” u Prezydenta ale  Robert Kennedy miał  być stanowczo przeciwny i ogólnie biorąc „wiążącej decyzji nie było”.
No i nagle 1 listopada  1963 r. po podróży Harrimana do Królestwa Laosu – sprawy przyspieszyły w Wietnamie Południowym,  którym już drugą kadencję rządził prezydent ze starej dynastii wietnamskich katolików (nawróconych w XVII w.) – Ngo Dinh Diem.  Ur. 1901 polityk, który budował państwo po francuskiej eksploatacji kolonialnej, okupacji japońskiej i 8 latach wojny wyzwoleńczej prowadzonej przez Wiet Minh z Francuzami  , nagle został zaszczycony wizytą kilku generałów armii wietnamskiej w pałacu prezydenckim  z wieścią, że rząd został obalony a prezydentowi i jego bratu – oferują emigrację za rezygnację. Generałowie mieli broń a Ngo Dinh Diem zapewne różaniec. Zgodził się, Wsiadł z bratem do samochodu prowadzonego przez oficerów armii wietnamskiej i w drodze do bazy lotniczej został zastrzelony podobnie jak jego brat Nhu. Ciała zostały zakopane w nieoznaczonym grobie koło ambasady USA w Sajgonie.
W trzy tygodnie potem w Dallas zastrzelony został Prezydent John F. Kennedy, katolicki prezydent USA.
Władzę w Wietnamie przejął generał Duong Van Minh, który przeszedł do historii tym, że w ostatnich dniach obrony Wietnamu Południowego (1975), kiedy Amerykanie się zmyli a do Sajgonu podchodziły wojska komunistyczne – jako „dowódca obrony” – postanowił , że „nie warto przelewać krwi i należy się poddać bez walki”.  I zrobił to. A potem żył całkiem spokojnie „pod reżymem komunistycznym” a następnie spokojnie wyjechał za zgodą władz komunistycznych do USA, gdzie żył długo i szczęśliwie.  Po zabójstwie prezydenta i jego brata tow. I sekretarz Ho Chi Minh miał powiedzieć „na biurze politycznym” co następuje: „ Ledwie mogę uwierzyć, że Amerykanie mogą być tak głupi”.
Jeszcze trzeci brat  nie przeżył kontaktu z ambasadorem Cabot Lodge Jr. – Ngo Dinh Can, który miał „zwalczać partyzantkę Wiet Kongu w centralnym Wietnamie” – otrzymał od Departamentu Stanu ofertę azylu ale ambasador Cabot Lodge Jr. kazał swojemu człowiekowi od mokrej roboty z CIA – wydać go dobrym generałom a ci go aresztowali i rozstrzelali w 1964. Uratowali się dwaj bracia z tej masakry: jeden biskup i ambasador Wietnamu w Londynie.
Sytuacja w Wietnamie Południowym była totalnie zdestabilizowana a Prezydent Lyndon Johnson zwiększył ilość amerykańskich „doradców” do 21.ooo i wysłał generała Westmorlanda do Wietnamu a pana Harrimana zrobił „ambasadorem-at-large”.
W dniu 13 lipca 1965 w trakcie konferencji prasowej prezydent otrzymał pytanie następującej treści: „Panie Prezydencie, czy może Pan nam powiedzieć, czy podróż gubernatora Harrimana do Moskwy ma jakikolwiek związek z obecnością Rosjan w Wietnamie?”. Odpowiedź Prezydenta USA:”…Myślę,że gubernator sam najlepiej wyjaśnił tę wizytę mówiąc, iż był  na wakacjach(…) Była to wizyta osobista i ze swej natury wyjazd wakacyjny…”. Dnia 1 września 1966 r. na spotkaniu Komitetu ds. rozbrojenia Harriman miał powiedzieć o swojej podróży do Moskwy w lipcu 1965 r. NA PROŚBĘ JOHNSONA przed zwiększeniem obecności wojskowej , że w rozmowie z nim Kosygin miał powiedzieć, że „Północni Wietnamczycy nie wykluczają pokojowego rozwiązania konfliktu.”
W kiedy ostateczna klęska USA i Południowego Wietnamu była przesądzona, ambasador Cabot Lodge Jr publicznie o wszystko oskarżał generała Westmorlanda.  (The U. S. Government and the Vietnam War: Executive and Legislative Roles” autorstwa Williama Conrada Gibbonas st.r 443)
Z rodziny Ngo przeżył skutki działalności Cabot Lodge’a  siostrzeniec prezydenta, w chwili zamachu  rektor  seminarium duchownym: François-Xavier Nguyễn Văn Thuận, ur. 1928 syn siostry Ngo Dinh Thi Hiep, który został pozostawiony przy życiu. W roku 1967 został mianowany biskupem Nha Trang. Na sześć dni przed poddaniem Sajgonu przez szlachetnego generała – został podniesiony do godności arcybiskupa Sajgonu. Komuniści mieli lepsze kartoteki i za związki z rodziną Ngo – zamknęli go na 13 lat w obozie reedukacyjnym, w tym 9 lat w izolacji. W 1988 na fali pierestrojki został wypuszczony z obozu i pozostawiony w areszcie domowym w Hanoi. W 1991 r. pojechał do Rzymu a władze komunistyczne odmówiły mu prawa powrotu. Zmarł na wygnaniu w 2002 r. Proces beatyfikacyjny został rozpoczęty w 2007 r. Nawiasem jego stryjek , gubernator cesarski został przez siły Wiet Minhu zakopany żywcem w latach 40-tych.
No a Harriman, który był wśród tych, którzy samowolnie ułożyli tekst tajemniczego „telegramu nr 243”, który „zatwierdzali w sobotę telefonicznie” i wysłali do ambasadora USA w Sajgonie, a w którym wręcz zachęcali generałów do pozbycia się prezydenta –  nie był nawet przesłuchiwany przez żadną komisję. Ostatnio wydana została praca naukowa obalająca zarzuty wobec Ngo Dinh Diema o korupcję, nepotyzm, prześladowanie buddystów i budowanie  dyktatury pt. The Lost Mandate of Heaven: The American Betrayal of Ngo Dinh Diem” autorstwa dra Geoffrey’a  Shawa.

Harriman   mając lat prawie 90 i jego  Pamela  założyli nieformalny think –thank „Demokraci dla lat 80-tych” (złośliwi mówili: „demokraci w swoich latach 80-tych”) w salonach urządzonych przez Pamelę , do których zapraszali raz w miesiącu  młodych aspirujących. Spotkania miały  formę „kolacji konsolidujących” , w trakcie których goście mogli na własne oczy zobaczyć kilku znanych jedynie z telewizji politycznych celebrytów, obrazy Picassa i Matisse,a a w holu głównym „Białe róże” Van Gogha. Oraz majordomusa Kuruca, któremu Pamela nie dała pakietu emerytalnego i który potem sypał do tej „biografii”.  Po „wykładzie” kogoś w rodzaju Muskiego i  po„intelektualnej dyskusji” na pozłacanych krzesełkach – „spożywali kolację” wydawaną przez Pamelę w dekoracjach dyskretnie nawiązujących do jej „lordowskiego pochodzenia”.  I w tych okolicznościach przyrody  stare wygi przyglądały się narybkowi i selekcjonowały kandydatów na „liderów”. Tak został wyselekcjonowany Bill Clinton, John Kerry, Al Gore . W tamtych czasach Hillary była tylko „osobą towarzyszącą” w oczach Pameli, ale Bill i Al przez nią i jej otoczenie (Stuart Eisenstadt) uznani zostali za obiecujących i zaczęto ich lansować. Alowi nie poszło w 1988 ale Bill dał radę w 1992. A ponieważ „matka Partii Demokratycznej Pamela” władowała w jego kampanię 12 mln USD, które pracowicie zbierała na kolacjach dla starszych i bogatszych (wejście: 1000 USD od łebka), to szczęśliwy prezydent elekt – zaszczycił jej dom (Harriman zmarł w 1986 r.) i wzniósł za nią toast a wkrótce uczynił ja ambasadorem USA w Paryżu. Niestety pokłóciła się z Ogdenem o drobne i musiała jako ambasador czytać swoją nieautoryzowaną biografię, a nawet dwie, licząc książkę pasierbicy Brooke Hayman i padła trupem w Paryżu.
Kandydatka Hillary wyszła z takiej szkoły realizacji celów politycznych i wytwarzania elit jak widać na przykładzie „szkółki państwa Harrimanów” i „pragmatyki pana Harrimana” oraz „pijaru Pameli”.
Do dzisiaj nie wiemy, po co jeździł tak namiętnie i tyle razy gubernator Harriman do ZSRR „prawie prywatnie” i po co jeździła Pamela jeszcze w bodaj w 1988 r. Do dzisiaj ich „uczniowie” tworzą politykę USA – wewnętrzną i zewnętrzną. Dotyczy ona również nas. Czy Trump może być inny? Nie wiem. A co z Brown Brothers Harriman & Co i Alanem Greenspanem ich zdolnym pracownikiem? A dla nas Polaków tragiczna historia rodziny Ngo powinna stanowić poważną naukę o „kuchni politycznej naszych czasów”. Zwłaszcza w zakresie „roli ambasadorów do misji specjalnych”  i innych „wiosen”.