sobota, 11 lutego 2017

John Sack, Mąka, Łuszczyna i NKWD czyli kto męczył Niemców po wojnie.



Kiedy w grudniu 2016 r. zapadł wyrok skazujący niemiecką stację ZDF za bezpodstawne używanie nazwy „polskie obozy koncentracyjne” z oskarżenia Pana Karola Tendery Polaka i Więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych znane z troski o dobre imię polski wydawnictwo o nazwie Znak Horyzont być może już otrzymało z drukarni jeszcze gorące dzieło o ambicjach popularno naukowych autorstwa pana Marka Łuszczyny.
Dzieło nosi tytuł „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” i jest dowodem, że pewne środowiska i ich sponsorzy wiedzą doskonale, że przegranie jednej bitwy nie musi oznaczać przegrania wojny. I skoro przebrzydły PiS odgraża się,  że wdroży ustawę zakazującą posługiwania się w sposób nieuprawniony i szkalujący Polskę i Polaków termin „polskie obozy koncentracyjne”, to skoro ten termin jest taki „poręczny” w różnych bataliach wizerunkowych przeciwko Polakom, to można go użyć w innych okolicznościach przyrody.
I kiedy toczył się proces z powództwa Pana Karola Tendery wspieranego przez wielu ludzi dobrej woli a nawet Rzecznika Praw Obywatelskich – już szykowali kolejny atak.
Robota została zlecona facetowi, w którego lansowanie zainwestowano sporo papieru i medialnego czasu już przy okazji jego dwóch pierwszych „dzieł niemal historycznych” a w istocie raczej prymitywnej politgramoty w stylu tabloidu Fakt: panu Markowi Łuszczynie.

Jeśli chodzi o te poprzednie dzieła, to mam na sumieniu wydanie kasy na pierwszy tytuł: „Igły. Zimne Polki , które zmieniły historię”. Tytuł rzucający na kolana a tytuły niektórych rozdziałów nawet bardziej. Np. „Kawa z papieżem Hitlera.Opowieść o Marii Sapieżynie”.  Inne rozdziały były mniej rzucające o ścianę ale niewiele mniej. Natomiast są przeraźliwie banalne i oczywiście autor za nic nie był w stanie udowodnić, że któraś z tych kobiet zamieszanych w wojny wywiadów w jakikolwiek sposób „zmieniła historię”. W dodatku w tytule zawarte są dwie wredne sugestie. Użycie nazwy „Igły” ma się zapewne kojarzyć z bestsellerem Kena Folletta pt. „The Eye of The Needle”, której bohaterem jest bezwzględny morderca i szpieg niemiecki w czasie Blitzu – niejaki Henry Faber, który miał ksywę „Die Nadel” czyli „Igła”. Facet mordował beznamiętnie uciekając przez skromnym brytyjskim policjantem aż się nadział na młodą Angielkę, z którą się nawet przespał ale ona go przejrzała i zastrzeliła jak psa. W filmie sensacyjnym ogląda się to świetnie a Donald Sutherland zrobił z tego szpiona wyjątkowo odrażającą postać.
No i wydawnictwo PWN rzuca w roku 2013 książkę, której tytuł jakoś tak dziwnie ma kojarzyć wspaniałe, szlachetne i odważne Patriotki Polskie jak „cichociemną” gen. Zawacką „Zo” czy agentkę polskiego wywiadu na Niemcy – studentkę panią prof. Głąb/Glomb – Szwarc albo arystokratkę Klementynę Mańkowską z organizacji „Muszkieterzy” – z niemieckim mordercą i nieudanym szpiegiem.  To takie nieprzyjemne odkrycie już na etapie tytułu. Potem jest jeszcze gorzej, bo do grona najodważniejszych i godnych Polek Patriotek, pan Łuszczyna upchnął różne podejrzane figury, nie dość, że nie będące Polkami, to jeszcze należące raczej do gatunku awanturnic kręcących się „koło szpiegowania” – dla kasy. W ten sposób wylądowały w książce i niemiecka arystokratka Benita von Falkenhayn, której rodzina gwałtownie zubożała po I WW a zdemobilizowany niemiecki mąż, utrzymujący żonę pracą na wyścigach, spadł z konia, połamał się i zaczęła się zwyczajna nędza.  Pani Benita zaczęła się gwałtownie rozglądać za jakimiś dochodami i na jej drodze stanął słynny kapitan Sosnowski, chłopak jak malowanie i w dodatku dysponujący sporymi budżetami jako polski szpieg. Pani Benita zdążyła się rozwieść z pierwszym mężem i wyjść za jakiegoś wynalazcę, co  bardzo zwiększyło jej wartość na rynku szpiegowskim. Faktem jest, że pozostawała w kontakcie z uwodzicielskim kapitanem, ale nie była ostrożna i skończyło się to dla niej ścięciem toporem. Wraz z nieostrożną koleżanką. 
Jakby czytelnikom było mało opowieści o rzekomej miłości Iana Fleminga do Krystyny Skarbek (dla Anglików – Christine Grainville) podpieranej źródłami w postaci powieści Casino Royale, to wcisnął do książki o „zimnych Polkach” jakąś wesolutką Węgierkę a  może Żydówkę węgierską ( w każdym razie córkę Ferenza) pannę Malwinę Gertler, której kwity zostały gdzieś tak koło roku 2008 nagle rzucone do Internetu przez brytyjskie służby i jej życiorys w formie dwóch akapitów powtórzono nawet po turecku i rosyjsku.  Te dwa akapity to informacja o tym, iż panna Gertler „uciekła z Polski w 1937 do Anglii”. Czyli musowo Żydówka uciekająca przed polskimi antysemitami już w 1937. W Londynie spotkała brytyjskiego lorda bez grosza i nagle na scenę wyszedł prawdziwy szpon a prywatnie „sponsor panny Gertler” czyli pan Edward Stalislas Weisblat , polski Żyd, który właśnie dorobił się bajecznej fortuny na dostarczaniu broni dla rządu republikańskiego Hiszpanii w czasie wojny domowej. Kochaneczka miała dzięki temu do dyspozycji czekoladowego Rolsa z kierowca.
 A Weisblatt zaoferował „posag” spłukanemu lordowi 500 funtów gotówką ( dzisiaj ok. 20 tysięcy) za ślub z panną Malwinką. I takim sposobem panna została nagle Lady Howard of Effingham  i miała wejścia na wszystkie lancze, koktajl party w najlepszym towarzystwie. Ale był to już rok 1940 i MI5 miało oko na pana Weisblatta i jego czarodziejkę, która podobno udzielała się również erotycznie w kręgach politycznych. Skończyło się na 3 miesiącach więzienia dla Lady Effingham ( Biała Rosjanka pani Wolkoff miała gorzej bo załapała się na 10 lat odsiadki) a Lord się zbiesił i rozwiódł już w 1946. Bo się okazało, że MI5 było prawie pewne, że Weisblatt był sowieckim szpiegiem a i z Gestapo miał kontakty, podobnie jak pani Malwina, która odwiedzała sowieckiego ambasadora.  Po wojnie pani Malwina zwiała do Australii a dane niejakiego Edwarda Stalislasa Weisblatta można znaleźć w bazach danych urzędów imigracyjnych Brazylii. Bo on miał żonę i dzieci ten Weisblatt, podobno Rosjankę.
Mamy więc i „Polskę” i „zimną Polskę”, która w dodatku „zmieniła świat”. Wspólnie z handlarzem broni, sowieckim wywiadem i Gestapo.
Najbardziej po bandzie autor pojechał sugerując, że pani Sapieżyna z domu Zdziechowska, której ojciec w czasie wojny przebywał w Londynie w ekipie Sikorskiego – w czasie pobytu w Rzymie załapała się na audiencję u Papieża Piusa XII i go „nauczała o potrzebie pomocy Żydom”, co to on się strasznie uchylał przed tym chrześcijańskim obowiązkiem. Biorąc pod uwagę, że pani Sapieżyna zwiała z Polski zaleszczycką szosą i utknęła w czasie wojny we  Francji i jedyną jej obsesją tej epoki było odzyskanie biżuterii, którą członek rodziny zdeponował gdzieś we Włoszech, to ten rzewny opis „Maty Hari” robi wręcz żałosne wrażenie. Ale wciśnięcie ataku na Papieża Piusa XII w książce skierowanej do absolwentek nowej niestresującej matury może się okazać bardzo efektywnym i tanim zabiegiem.
Ponieważ książka jest w twardej okładce i miłym zdjęciem, można ją podarować komuś, kogo się zwyczajnie bardzo nie lubi. To porada pewnego internauty a ja ją popieram.
Ale za to jakie fantastyczne recenzje ten kicz dostał i od Newsweeka i od Wirtulanej Polski (a może Wirtualnej Polonii).
W ślad za tym dziełem Wydawnictwo Naukowe PWN wydało w 2014 r. książkę pana Łuszczyny pt. „Zimne. Polki które nazwano zbrodniarkami”. W tym przypadku zabieg był jeszcze prostszy. Jest to 5 historii wybranych wg jakiejś reguły znanej autorowi i paniom redaktorkom z PWN. Reguły dość czytelnej: jedna „Luna Brystygierowa, która torturowała ale się nawróciła na gorącą katoliczkę”, jedna Polka „co wydała żydowską rodzinę ze strachu” i jedna dzieweczka, co mamusię pokroiła na kawałki, bo ją denerwowała. Do tego jeszcze ofiara gwałtu zbiorowego  w wykonaniu jakiegoś oddziału Dirlewangera, która odczekała 16 lat aby dokonać zemsty.
Jak więc widać, wysokiej rangi funkcjonariusza UB i prawdopodobnie obywatelka ZSRR od 1939 r. ( akcja paszportowa na terenach  II RP  zaanektowanych przez ZSRR) oraz Żydówka z pochodzenia i donosicielka a może i funkcjonariuszka NKWD – została po raz kolejny „zaawansowana” nie tylko na Polkę ale nawet na katoliczkę. A obok postawiono Polski – jakieś kryminalistki, które zdarzają się z każdym społeczeństwie. I teraz ta manipulacja „które nazwano zbrodniarkami”. To znaczy, że one nimi NIE były? A zwłaszcza zapewne Brystygierowa NIE była, tylko „ją tak nazwano”.  
Recenzje już spokojniejsze, bo dzieło szyte grubym szpagatem.
No i trzecia część „trylogii Łuszczyny” czyli „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” wydana przez niezawodne wydawnictwo Znak Horyzont w 2016 r.
Ogólne przesłanie jest proste bo autor w trakcie wielu wywiadów powtarza je jak mantrę: po II WW dawne niemieckie obozy zostały przejęte przez polskie władze, „więc są polskie”. W dodatku oskarżenia Polaków, że obozy były prowadzone głównie przez Żydów to jawne kłamstwo, bowiem Polacy potrafią wymienić tylko jednego Salomona Morela a przecież był taki Gębarski.
A ogólnie było -207 obozów „polskich”, w których Polacy zamęczyli biednych Niemców, Ślązaków i Ukraińców. I autor łaskawie dodaje, że też „Żołnierzy AK”. Czyli chyba Polaków.  
Pan Łuszczyna otwarcie atakuje IPN twierdząc, że sam się musiał przebijać przez kwity w archiwach powiatowych czy jakoś tak.  I powtarza starą śpiewkę, że „w Warszawie był polski rząd”, więc te „obozy były polskie” i „on się po prostu wstydzi za Polaków”, którzy te obozy koncentracyjne dla Niemców prowadzili a przecież tam było tyle niewinnych osób.  W sumie pan Łuszczyna okazuje się człowiekiem więcej niż dokładnym „na odcinku polskiej zbrodni” kiedy jakoby przeprowadza wywiad z jednym starym ubekiem Pawłem Mąką, Żydem z Będzina, który  jakoby miał potworne przejścia z Polakami przed wojną ( urodził się w 1930 r) a konkretnie w szkole, gdzie się uczył na inżyniera to i profesor go prześladował jako Żyda a koledzy to go ciągle bili. Potem co prawda biło go Gestapo w Katowicach ( bo Pinek Mąka w dzień pracował w niemieckiej fabryce a w nocy wymykał się do partyzantów i strzelał do Niemców z karabinu maszynowego i innej broni aż go złapali), ale to nie było, jak należy rozumieć takie bolesne.
No więc pan Łuszczyna przeprowadza wywiad z Pawłem Mąką, który ma fiszkę w IPN ale bardzo krótką fiszkę i przekonuje nas, że tych Żydów to było na Śląsku mało, nic nie znaczyli, musieli się słuchać, bo w Warszawie wiadomo kto rządził. Polacy.
Bardzo mnie ta nowa koncepcja historii Śląska w okresie 1945-1951 bardzo zainteresowała, bowiem mam w posiadaniu książkę amerykańskiego dziennikarza wojennego i Żyda śp. Johna Sacka pt. „Oko za oko. Przemilczana historia Żydów, którzy w 1945 r. mścili się na Niemcach”. Wydana w Polsce w 1995 r. w Wydawnictwie Apus. No i  w tej książce na str. 83 jest taka informacja:”..Jego ludzie wyzwolili w 1945 r. Będzin a wkrótce Pinek dostał kartkę przebitkowego papieru, która obwieszczała: „Niniejszym wyznaczamy was na Sekretarza Bezpieczeństwa Publicznego na obszar Śląska”. Ta prowincja obejmowała całą południowo-zachodnią Polskę, oraz fragment administrowanej przez Polskę części Niemiec- prawie 5 milionów ludzi (..) i dwieście tysięcy mil kwadratowych…”.
No więc już wiemy, jak wyglądała „godzina Zero” dla nowych służb Bezpieczeństwa na Śląsku. Był luty 1945 r. i Wrocław jeszcze się bronił, podobnie jak w niemieckich rękach była Zielona Góra czy  Szczecin.
A teraz może chronologicznie o tym, kto czym rządził i kogo reprezentował w 1945 r. Wojna jeszcze trwała i na całym terenie Polski i zajmowanych terenach Niemiec – rządziły komendantury Armii Czerwonej i NKWD. I miały jeszcze rządzić kilka miesięcy a nawet lat.
W tym czasie legalnym rządem polskim uznawanym przez wszystkie państwa (poza ZSRR) był Rząd Polski na Uchodźtwie w Londynie. Cofnięcie uznania przez USA i Wielką Brytanię w dniu 6 lipca 1945 r. dla tego rządu z punktu widzenia obywateli RP niczego nie zmieniało. Dla nich był to rząd legalny. W dodatku był to rząd nadal uznawany przez prawie 30 państw takich jak m.in.: Irlandia, Hiszpania, Australia, Południowa Afryka, 19 państw Południowej i Środkowej Ameryki (w tym Kuba) oraz Watykan.  
A więc może dla pana Łuszczyny „polskim rządem” był PKWN utworzony w Moskwie przez „bywszą Polkę” Wandę Wasilewską do spółki  ze słynnym Polakiem i patriotą Bermanem Jakubem, ale dla mnie legalnym rządem był i pozostał Rząd Polski w Londynie. Identycznie jak ja dzisiaj myślała moja Rodzina, Sąsiedzi mojej Rodziny i jakieś 95 % polskich obywateli w 1945 r. I zapewne dlatego kiedy pojawił się w Lublinie ten cały PKWN, to musiał otrzymać ochronę wojsk NKWD w ilości 870 sołdatów.
W artykule pana Jacka Pietrzaka w UważamRze  pt. „NKWD pacyfikuje Polskę” podane są suche dane na temat stanów ilościowych NKWD w miarę instalowania się komunistów w Polsce. Po pierwsze w maju 1944 r. dowódca wojsk NKWD do Ochrony Tyłów gen. Iwan Gorbatiuk wraz z gen Sierowem wydali dyrektywę wewnętrzną, w której przestrzegali, że :”… przestrzegali jednostki NKWD, że na terenach, które mają być niebawem wyzwolone, istnieją „wrogo nastawione do nas grupy ludności, które będą dążyć do tego, by w dogodnym momencie uderzyć nam w plecy".
W samym Lublinie istniały trzy punkty filtracyjne NKWD plus obóz  NKWD na Majdanku. Czyli „polski PKWN” mógł odetchnąć pełną piersią i spać spokojnie. Bowiem 13 października 1944 r. słynny „polski rząd” w osobie niejakiego Berii wydał rozkaz nr 001266 o sformowaniu 64 Zbiorczej Dywizji NKWD, która tworzona była w owym Lublinie. Do 20 października 1944 r jak pisze pan Pietrzak :”… liczyła ona już 9574 żołnierzy, a w grudniu 1944 r. jej stan osobowy przekroczył 14 tys. W tym samy czasie cały aparat bezpieczeństwa PKWN liczył zaledwie 2,5 tys. funkcjonariuszy….”. W maju 1945 r. oddziały NKWD liczyły na terenie Polski już 35 tysięcy a w lecie 1945 r. odpowiednio 45 tysięcy funkcjonariuszy NKWD. W styczniu 1945 r. na rozkaz Berii sformowane zostały 2 dodatkowe dywizje NKWD.  
Zadania polegające na wyłapaniu oddziałów polskich i „zneutralizowaniu” polskich elementów patriotycznych ale też nadzór nad demontażem infrastruktury przemysłowej m.in. na Śląsku i zarządzanie obozami filtracyjnymi NKWD, obozami pracy i obozami rolnymi.  W maju 1945 było ich 16 a w pod koniec 1945 r. – 28.
 A przecież nie byli to jedyni Rosjanie uprawiający terror na terenach „wyzwolonej Polski” i „wyzwalanego Śląska”. Armia Czerwona kiedy ruszyła w styczniu 1945 r. znad Wisły, liczyła ok. 3,8 mln sołdatów. Oni byli doskonale poinformowani, kiedy mijają granicę niemiecko-polską z 1939 r. i co im wolno.  W wolnej chwili oczywiście.  Oni już obejrzeli filmy propagandowe o wyzwoleniu niemieckiego obozu na Majdanku w Lublinie a doskonale pamiętali „dokonania niemieckie” na terenach Białorusi i ogólnie ZSRR.  
Tak więc do tych 45 tysięcy funkcjonariuszy NKWD należy dodać codziennie jakieś 200 tysięcy sołdatów wałęsających się w „wolnych chwilach” kiedy nie było walk i poszukujących różnych fajnych przedmiotów, które chcieli wysłać jako podarki dla mamy i narzeczonej. Zazwyczaj „kolekcjonerstwo” obejmowało: zegarki, biżuterię, sukienki, pantofle ale też rowery a nawet piły. „W pakiecie” był samogon i gwałty.
A teraz przechodzimy do „polskiej administracji” na terenach „wyzwolonej Polski” i „wyzwolonego Śląska”.  Ośrodkiem wszelkiej władzy „niewojskowej” aczkolwiek ściśle współpracującej z NKWD były Wojewódzkie Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.  To oni dostarczali do obozów „wsad” do przemielenia. Czasem sami „przemielali”.
No i mamy przy tej okazji niekończące się dyskusje , czy te WUBP to były „polskie” czy „niepolskie”.  I panowie Grossowie wyjmują statystyki, że tam było co najwyżej 50% Żydów a czasem to nawet mniej.
Mnie zainteresowało, ilu Polaków realnie kierowało Wojewódzkimi Urzędami Bezpieczeństwa , zwłaszcza na Śląsku w momencie „zero” i na samym początku.  No i okazuje się, że nawet docent wiki daje ciekawe dane o narodowości szefów tych WUBP, podlegających MBP.  Wybierając nazwiska tych, którzy kierowali takimi urzędami na początku czyli w latach 1945-1947 dochodzimy do ciekawych ustaleń.
Oto parę fiszek osobowych pokazujących, jak to „Polacy przejęli władzę na Śląsku” w 1945 r. Mamy już tego Pinka Mąkę w randzie kapitana i z tym „przebitkowym papierem z nadaniem”. Wiadomo, że on organizował pierwszą ekipę Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Katowicach i zatrudnił tam m.in. swoich 2 braci, jakieś żydowskie koleżanki z Będzina etc.
A teraz ciekawsze postacie:
1)      Bronisław Trochimowicz, Rosjanin, ur. 1904 r. w rejonie Krasnodarska. W latach 1918-1926 żołnierz Armii Czerwonej zwalczający oddziały „Białych”, w latach 1928-1941 r. kierownik elektrowni i szef budownictwa w Krasnodarze i Leningradzie. W 1943 r. odkomenderowany do Armii Polskiej z ZSRR. Od 22.11.1944 r. z-ca Komendanra Komendantury RBP w Lublinie, w latach 1945-1947 – Z-ca Kierownika UB na Okręg Dolny Śląsk!!! Od 1947 r. szef  WUBP w Gdańsku,
2)     Faustyn Grzybowski, Rosjanin, ur. 1913 w Mikołajewie k. Dnipra, od. 1933 aktywista KPZR i pracownik kołchozu, od 1935 Armia Czerwona, 1938 r. ukończenie szkoły podoficerskiej 64 Pułku NKWD, od 1943 oddelegowany do Armii Polskiej w ZSRR, 13.08.1944- 16.01.1945 – szef WUBP w Białymstoku, 16.01.1945- 30.11. 1945 r. szef WUBP w Lublinie, 06.12.1945- 15.04.1948 r. – szef WUBP we Wrocławiu. Pełne 3 lata.
3)      Józef Kratko  Żyd, ur. 1914 Pińsk, od 09. 1941 ochotnik w Armii Czerwonej, od 15.08. 1944 r. Komendant MO Miasta Stołecznego Warszawy, 1945 – Szef Inspektoratu KG MO w Warszawie, 1946-1947 szef WUBP w Katowicach, 1947-1953 Szef IV Departamentu MBP
4)     Józef Jungman (Jurkowski) Żyd,  ur. 1913 w Lublinie, w latach 30-tych w KZMP, od 1941 r. w Armii Czerwonej, od 1943 r. w Wojsku Polskim w ZSRR, od 1944 r. oficer do zadań specjalnych Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN, od 23.01.1945 r. Szef Grupy Operacyjnej na Górny Śląsk, 23.12. 1945 r. szef. WUBP  w Bydgoszczy, 15.03.1948 r. szef WUBP – w Gdańsku, 15.08.1950-30.11.1951 r. w MBP Warszawa, w okresie 1.12.1951- 31.05.1955 r. szef WUBP w Katowicach,  najbliższy szef Pinka Mąki.
5)      Jan Wołkow, Żyd, ur. 1916 Ozdziutynach na Wołyniu, w latach 30-tych w KPZU, od 1939 3 lata w „aparacie partyjnym komunistycznym na Wołyniu”, w 1943 szkolenie w tzw. Polskim Batalionie Szturmowym, w 1944 zrzucony do Polski  w AL. U Grzegorza Korczyńskiego, w okresie 28.09.1945 -2.08.1947 – w WUBP w Gdańsku, śledczy , „prowadził” sprawę „Inki” oraz 5 Brygady Łupaszki na terenie Pomorza,
6)      Nachum Chmielnicki ur. 1914 Żyd, w Kamionce Rosja, w 1945 w WUBP w Katowicach, 1946-1947  z-ca szefa PUBP w Nysie, 1948 – szef PUBP w Bytomiu, 1949 szef PUBP w Lublincu, 1951-1954 – z-ca szefa WUBP w Katowicach,
7)      Beniamin Kanarek ur. 1917 w Tarnowie, Żyd, 1945 oficer śledczy WUBP w Katowicach, 01.01.1946 – kierownik MUBP w Chorzowie, 1946 – szef UBP w Gliwicach, 1948 – inpektor WUBP w Katowicach
8)      Leon Weintraub, ur. 1914 w Sosnowcu, Żyd, 05.03.1945- 31.01.1946 r. w I Wydziale WUBP w Katowicach, 01.02.1946 – 06,.1946 – zca szefa wydziału VII WUBP w Katowicach, 1948-1949 szef wydziału V w WUBP w Katowicach,
W bazie danych IPN jest podobnych przypadków całkiem sporo. Jak np. tow. Broniatowski Mieczysław weteran wojny w Hiszpanii a od 23.11 1944 r. szef Warszawskiej Grupy Operacyjnej WUBP, od 05.03. 1945 dyrektor CS WUBP w Łodzi. Jeśli ktoś ma czas, może szukać. Polacy też tam są w dużych ilościach. Najwięcej takich, którzy przeszli przez szkolenia w Kujbyszewie w NKWD a niektórzy nawet w Smiersz.
John Sack w swojej książce podał listę osób pochodzenia żydowskiego, które w strukturach więziennictwa na Śląsku pełniły stanowiska kierownicze (str. 359) : Lola Potok Ackerfeld Blatt – komendantka więzienia UB w Gliwicach, Kleinhaut Szmul – komendant więzienia w Mysłowicach, Lewin Efraim – komendant więzienia w Nysie, „Solowicz Nachum” – Szef sekcji niemieckiej w Krakowie a następnie w województwie wrocławkim. Podobno pod tym pseudonimem ukrywał się sam późniejszy „papież literatury niemieckiej” Marceli Reich Ranicki, co ustalili dziennikarze niemieccy.
Tak więc oczywiście można starać się udowadniać, że Polacy samodzielnie i bez pomocy innych mścili się na Niemcach, ale widać, że to było dzieło komunistów, których ojczyzną był Związek Sowiecki a nie Polska. No i pozostaje mały problem odpowiedzialności samych Niemców za ludobójstwo na Polakach, Żydach i Rosjanach. Spora część pierwszych obsad WUBP na Śląsku to byli więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych lub ci, co przeżyli śledztwa Gestapo.

czwartek, 2 lutego 2017

Donieck i Ługańsk: europejskie prezenty dla Rosji i Wyszegrad.



Okazuje się, że  stara dobra maniera polityczna kładzenia się na jezdni lub chodniku celem powstrzymania imperialistów żądnych wojny stała się znowu modna. W Warszawie w wykonaniu niejakiego Diduszki wzbudziła śmiech perlisty a w Niemczech w wykonaniu aktywistów partii Zieloni , którzy usiłowali powstrzymać amerykański batalion zmierzający do Żagania wzbudziła zapewne niejakie nadzieje na jakiś skandal. 
Skończyło się  na ujawnieniu Polakom pewnych detali niemieckiej polityki zagranicznej polegających na tym, że jedni politycy niemieccy robią sobie zdjęcia z panem prezydentem Poroszenko i poklepują go po pleckach, gdy inni, w tym wypadku Zieloni, jeżdżą na tereny odrywające się już trzeci rok od Ukrainy i robią sobie zdjęcia z tamtejszymi przywódcami rebeliantów czy, jak chcą sami zainteresowani, władzami Demokratycznej Republiki Doniecka. A są to panowie: Wolfgang Gehrcke i pan  Andrej Hunko (a może Hunko Andre?).
To jest ta finezyjna polityka niemiecka, elastyczna ponad wszelkie wyobrażenie, zawsze słuszna i zawsze legalna. No i oczywiście nie byli to pierwsi emisariusze w Doniecku.
Już w lipcu 2015 r. Kiyv Post poinformował, że niemiecka delegacja  przybyła do Kijowa aby podpisać dokument o przekazaniu przez Niemcy kwoty około 300-500 mln Euro „na odbudowę Doniecka”.
A już 23 lipca 2016 r. nikt nie zajeżdżał do Kijowa, tylko delegacja niemiecka ( Dyrektor Niemieckiego Centrum Badań nad Eurazją i wydawca „Zuerst” pan Manuel Ochsenreiter, członek parlamentu Badenii Wirtenbergii z ramienia partii „Alternative for Germany” pan Udo Stein oraz z ramienia tej samej partii członek parlamentu Thuringii pan Thomas Rudy)  wraz z przedstawicielem Serbii panem Miodragiem Zarkowicem, pojechali prosto do Gorłowski, gdzie przyjęła ich pani  Minister Spraw Zagranicznych Republiki Donieckiej – Natalia Nikonorova.
A i tak nikt nie prześcignął Francuzów, którzy pod przykrywką obrony praw człowieka wysłali delegację 12 stycznia 2016 r. „obrońców praw człowieka”  na lotnisko do Doniecka w składzie: Josy-Jean Bousquet, prawnik, Jacques Clostermann szef organizacji o nazwie „My Country France” oraz pan Hanen Maksud. A czekał na nich na lotnisku przedstawiciel ministerstwa spraw wewnętrznych Republiki Donieckiej (która nie istnieje) pan Eduard Basurin.
Jakby tego było mało,  że Donieck jest odwiedzany przez liczne delegacje międzynarodowe, których nikt potem nie sadza po powrocie do ciupy, to tzw. Doniecka Republika Ludowa zdążyła otworzyć dwa zagraniczne centra informacyjne czyli coś na kształt konsulatów. Jeden otworzony został w Turynie na ul. Conte Rosso 3 i zarządzają nim dwaj panowie: Maurizio Marrone i Eliseo Bertolaso.  W uroczystości otwarcia biura w dniu 15 grudnia 2016 r. uczestniczyli ze strony włoskiej przedstawiciele m.in. takich partii jak Forza Italia, Liga Północna i Fratelli d’Italia.
Drugi punkt informacyjny został otworzony u solidnych, pragmatycznych Czechów, konkretnie w Ostrawie na ul. Sokolovská třída 244/27, Morawy. Biurem kieruje pani Nela Liskova.
Na stronie internetowej wymienione jest też trzecie biuro, zlokalizowane w Symferopolu na ul. Dołgorukowskiej 11/2 , którym kieruje pan Andrew Kozenko. Formalnie Symferopol to jeszcze Ukraina, ale władze Republiki Donieckiej uznają, iż Symferopol leży już w Federacji Rosyjskiej.
Jak więc widać, sytuacja na Siczy Zaporoskiej  jest jak zwykle więcej niż dynamiczna i jakkolwiek „wszyscy kochają Ukrainę”, to  straszne słowa Henry’ego Kissingera po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA,  że „trzeba uznać, iż Krym należy do Rosji a resztę może da się wynegocjować” – już się spełniają.  Te słowa zapewne szczególnie wziął sobie do serca pan Victor Orban i już prowadzi rozmowy konsultacyjne na temat „południowej nitki gazowej z pominięciem Ukrainy”.
Niewątpliwie Donieck i Ługańsk (który nie dorobił się jeszcze swoich „centrów informacyjnych” ale ma już herb i flagę) to łakome kąski i to powszechnie znana wiedza. Więc niby jest tam wymiana ognia i giną Bogu ducha winni ludzie, ale „dotacje UNESCO” płyną jak najbardziej.
Czekam tylko, kiedy prezydentem Francji zostanie pani Marine Le Pen. Przed objawami jej miłości Władymir Władymirowicz będzie musiał wiać do Władywostoku. Ona się nawet grać na akordeonie nauczyła.
Co do przyczyn tej powszechnej miłości, zupełnie niedostrzeganej w naszej nieszczęsnej Ojczyźnie, to zapewne winni są Brytyjczycy a konkretnie jeden Walijski przedsiębiorca spec od budowy odlewni żeliwa i produkcji lawet pod armaty (gun carriage)– skromny pan John James Hughes, który po prostu ten Donieck założył i jeden przemysłowiec z Szetlandów pan Gascoigne.
Kiedy akurat pod koniec 1864 r. dogasało Powstanie Styczniowe i Polki opłakiwały Synów, Mężów oraz majątki (konfiskowane masowo) a 40.000  zakutych w kajdany Polaków ruszyło na Sybir, ten praktyczny walijski połanalfabeta właście robił biznes swego życia w Londynie, przedstawiając projekt  lawet żeliwnych pod ciężkie armaty w królewskiej marynarce. 
Pan Hudhes urodził się w Merthyr Tydfil w Walii w 1814 r. i w wieku lat 28 miał już stocznię a w wieku lat 36 – odlewnię oraz całkiem sporo patentów.

W 1869 r. przedstawiciel wybitnego rosyjskiego rodu Koczubejów, Siergiej Wiktorowicz Koczubej m.in. odpowiedzialny w imieniu imperium za przygotowanie programu budowy kolei żelaznych a konkretnie dostarczenia szyn – za kwotę 24 tysiące funtów odsprzedał parę tysięcy hektarów gruntów na południu Rosji na północ od Morza Azowskiego – pod  budowę odlewni żeliwa skromnemu panu Hudgesowi. Który w wolnej chwili w 1870 r. coś tam poumacniał w twierdzy Kronsztadt.
Pod gruntami był węgiel i rudy żelaza  a same grunta były nad wyraz żyzne. I płynęła rzeczka. Na tym terenie pan Hudges pojawił się wraz z rodziną (6 synów, 2 córki i małżonka), angielskimi specjalistami w liczbie około 200, pastorem anglikańskim, nauczycielami i lekarzami.  Przypłynął w 6 statków, które wiozły również urządzenia do wyposażenia odlewni, kopalń i czego tam jeszcze. W 1872 r. wyprodukował pierwszą surówkę hutniczą (pig iron). W wolnej chwili wybudował: szpital, szkołę, kościół anglikański św. George’a i św. Davida. Miejscowość nazywała się początkowo Hugdesówka (Youzówka).  Pan Hugdes zasadniczo był półanalfabetą i podpisywał się drukowanymi literami. Zmarł w 1879 r. ale interes przejęło 4 spośród jego 6 synów i pod koniec 1913 r. kompleks produkował 74% całej rosyjskiej produkcji żeliwa.
Kiedy tak myślimy o tym roku 1869 i przybyciu Johna Hudgesa na Sicz Zaporoską, warto sobie uświadomić, że właśnie wtedy w wyniku klęski Powstania Styczniowego – władze rosyjskie skonfiskowały ok. 1600 polskich majątków ziemskich, które „poszły w dobre ręce”, skasowane zostały wszystkie klasztory w Królestwie a na zesłanie poszło w żelaznych łańcuchach na nogach i rękach 40.000 dobrych Polaków.  No a Kronenberg dostał carski medal czy co tam.
No i zostało zlikwidowane Królestwo Kongresowe a na to miejsce pojawił się Priwislanskij Kraj z językiem rosyjskim jako urzędowym i wiele miast utraciło prawa.
Ciekawe, ilu polskich szlacheckich synów już szczęśliwie wyzutych z majątków załapało się do zakładów Hudgesa na robotników w Doniecku.  
Kiedy nadeszła rewolucja październikowa, rodzina Hudgesów uciekła do Wielkiej Brytanii. Najprawdopodobniej została w pełni spłacona przez bolszewików. W 1924 r. Hudgesówka została nazwana Stalino a w 1961 – Donieck.

Okazuje się, że nie tylko Donieck jest związany z brytyjskimi przemysłowcami. Również Ługańsk ma zagranicznego założyciela: brytyjskiego przemysłowca z pochodzenia Francuza Charlesa Gascoigne’a , ur. 1739 r. W 1760 r. przystąpił do firmy pod nazwą Carron Company w Edynburgu a w 1765 był już jej dyrektorem i wspólnikiem. Firma dostarczała m.in. jakieś straszne armaty dla marynarki królewskiej a Gascoigne miał takie szczęście, że brytyjski admirał Samuel Greig, który doradzał carycy Katarzynie II w zakresie modernizacji floty  w Krondsztadcie, którego gubernatorem był od roku 1775. Greig przekonał ją o konieczności posiadania własnej produkcji dział na wyposażenie okrętów wojennych i zaprotegował  Gascoigne’a.  Gascoigne przyjechał w 1786 i początkowo modernizował zakłady metalurgiczne w Karelii oraz rozwinął produkcję armat.  W latach 1788-1789 dostarczył carycy 386 armat, za co został nagrodzony orderem św. Włodzimierza 4 stopnia plus wynagrodzenie w walucie lokalnej  w przeliczeniu na funty ok. 2.500.  W 1790 r. został wysłany na południe w celu zbadania kopalin w rodzaju rud żelaza i węgla.
W tej sprawie też się wykazał i do 1795 r. zdołał skompletować urządzenia dla zakładów metalurgicznych i kopalń a w czasie wojny z Napoleonem Ługańsk był jednym z najważniejszym z dostawców broni dla armii rosyjskiej.  Gascoigne zmarł w 1806 r. W XIX i XX w. Ługańsk stał się centrum przemysłu ciężkiego, ze szczególnym uwzględnieniem szyn kolejowych i lokomotyw.
Obaj założyciele Doniecka i Ługańska zostali stosownie uhonorowani pomnikami w marmurze  i złocie.  Oba miasta są pod pewnymi względami całkowicie samowystarczalne i w jakiś tajemniczy sposób nie widać determinacji Kijowa aby odzyskać te ważne dla gospodarki ośrodki.  Powstały tam „republiki”, które niby nie są uznawane, ale jednak jakoś SĄ uznawane.

Nie muszę chyba wspominać, że pomniki obu Anglików pozostają w poszanowaniu, w przeciwieństwie do grobów naszych Rodaków na zachodniej Ukrainie, gdzie napis „SS Hałyczyna” pozostaje nietknięty na pomniku Pomordowanych.  Naszemu burmistrzowi byle policaj ukrainski może jednostronnie cofnąć wizę wjazdową a pamiątki po wielkich Bohaterach jak Hetman Stanisław Żółkiewski są z premedytacją niszczone.
A tyle razy powtarzano mi, że powinniśmy brać przykład z pragmatycznych Czechów i że sojusz z W Węgrami jest wręcz koniecznością.
Narody mają wybór. Jedni się bogacą i inwestują w bogactwo a inni zaczadzają się rewolucyjnymi ideami. Ciekawe, że zarówno kapitał jak i rewolucyjne idee pochodzą z tego samego kraju tylko kierowane są na inne adresy. 

Okazuje się, że wreszcie po raz pierwszy delegacja PiS nie skorzystała z okazji przelewania pustego w próżne z ukraińskimi „partnerami”, nad czym łzy leje Der Onet w rozmowie z wielce szanownym ambasadorem Ukrainy w Polsce – Deszczycą.

PS.  W roku 2008 w angielskim wydawnictwie  Lulu.com wydana została książka autorstwa pana Michaela Skinnera pt. „What we did for the Russians, and what the Russians did for some of us”. (Co zrobiliśmy dla Rosjan i co Rosjanie uczynili dla niektórych z nas). Książka liczy sobie około 200 stron i prezentuje 92  Anglików, którzy poczynając od roku 1555 podróżowali do państwa moskiewskiego a później do Imperium Rosyjskiego aby doradzać, budować, badać, analizować, pomagać, wychowywać i zarabiać.  Szczególna uwaga poświęcona jest relacjom poszczególnym postaciom z władcami Rosji. Książka jest raczej szczegółowa i relacjonuje doświadczenia Anglików na rosyjskiej ziemi w pierwszej osobie.  Polacy mają z nią jeden mały problem:  pomija ona raczej dokładnie okres 1610-1612, kiedy po zwycięskiej bitwie pod Kłuszynem wjechał do Moskwy i zarządzał Kremlem. 
Trudno mi ocenić, czy informacje o tym okresie znajdują się w wersji książkowej a nie zostały udostępnione w Internecie, czy pan Skinner ocenzurował kawałek historii. I co robili wtedy słynni „angielscy podróżnicy”. W sumie można powiedzieć, że aż się kłębiło od tych „angielskich doradców, badaczy i podróżników” do samej rewolucji październikowej.



piątek, 20 stycznia 2017

Patriota Donald Trump: chór mormonów, muzyka country i twarda mowa.



Time of empty talk is over. Czas pustej gadki się skończył.
Barrack Obama już się spakował i wyniósł walizki z Białego Domu a od wczoraj Waszyngton należy do Toma J.Barracka, szefa Komitetu Inauguracyjnego Prezydenta Elekta Donalda Trumpa. Ten Barrack  jest odpowiedzialny za przebieg i koordynację wszystkich uroczystości związanych z przysięgą Prezydenta Elekta Donalda Trumpa.

O Barracku Obamie wiemy wszystko. No może jeszcze nie dobiegły do nas wiadomości, iż kiedy wczoraj  w Lincoln Centre w Waszyngtonie zbierali się Amerykanie popierający Donalda Trumpa, wysychał atrament na 330 decyzjach o złagodzeniu kary dla osadzonych w więzieniach federalnych. Wcześniej bo we wtorek Prezydent Barrack Obama podpisał 209 decyzji o złagodzeniu kar, w tym dla żołnierza –Chelsey Elisabeth Manning, dawniej Bradleya Manninga , skazanego w 2013 na 35 lat więzienia za wynoszenie różnych kwitów należących do Armii USA i przekazywanie ich do WikiLeaks. Kwity były oczywiście tajne. Bradley po wyroku ogłosił, że jest dziewczynką i prawnie zmienił sobie imię na Chelsey Elisabeth. Co jeszcze zdążył sobie zmienić, nie wiemy, ale wiemy, że należy do szczęśliwej liczby ponad 1900 skazanych, którym ustępujący prezydent zmniejszył kary więzienia lub których ułaskawił. Tą liczbą osiągnął rekord  od czasów Harry;ego Trumana. Z pewnością transseksualizm żołnierza Bradley;a mu w oczach ustępującego prezydenta – nie zaszkodził.

Co do Toma J. Barracka, to jest to jeden z tych twardych, białych, dominujących facetów, którzy teraz maszerują wspólnie z Donaldem Trumpem aby „uczynić Amerykę znowu wielką”. Prawnik i miliarder, była gwiazda uniwersyteckich drużyn rugby, w 1991 r. założył firmę inwestycyjną Colony North Star. Te inwestycje są różne i fascynujące, głównie w nieruchomościach ale nie tylko. W 2005 zakupił sieć superluksusowych hoteli Raffles International, w 2006 drużynę piłkarską Paris Saint Germain (dostał od Sarkozy’ego Legię Honorową ), a to udziały w ranchu śp. Michaela Jacksona a i Annie Leibowitz zawierzyła mu swoje 35 mln USD do rozmnożenia. Posiada jedną żonę, z którą ma czworo dzieci. Jest rzymskim katolikiem, i należy od 2012 r. do parafii St. Maximilian Kolbe Catholic Church w Westlake Willage na luksusowych północnych rubieżach Los Angeles. Jest wymieniony w gazetce parafialnej. Wypoczywa w swoim zameczku w południowej Francji albo gdzie mu się tylko podoba w jednym z tych obrzydliwie luksusowych hoteli w Azji, Europie czy na rajskich wysepkach.  Czyli jest to taki przypadek, którego nienawidzą wszyscy komuniści, socjaliści, feministki, wyznawcy globalnego ocieplenia, segregacji śmieci i mody na wrażliwych mężczyzn.
Tom J. Barrack zebrał imponującą kasę na inaugurację 45 Prezydentury i dzięki temu Donald Trump mógł był zaprosić na czwartek całkiem sporo działaczy kampanii na koncert „Make America Great Again”. Ten koncert, który był transmitowany na żywo nawet w CNN, pokazał,  Amerykę, której raczej nie znamy. Tej muzycznej Ameryki nie dał nam nigdy posłuchać Marek Niedźwiedzki ani 3 Program Polskiego Radia.  Podobno nie było warto.
Tom J. Barrack wyszedł przed kilkusettysięczną publiczność i na tle 3 gigantycznych amerykańskich flag sympatycznie zagaił, że właśnie rozpoczynają jedyną w swoim rodzaju imprezę, będącą wyłącznie amerykańską tradycją – przekazywania władzy prezydenta USA – szefa najsilniejszego (a może najważniejszego) państwa na GLOBIE. Podziękował za pomoc w kampanii i zaprosił do zabawy. Następnie podszedł do Prezydenta Elekta i uścisnęli sobie po męsku dłonie.  
Występ artystyczny rozpoczął emocjonalnym wystąpieniem gwiazdor Hollywood Jon Voight, który karierę zaczynał od tego strasznego filmu „Nocny kowboj” (Złoty Glob i nominacja do Oscara) a po latach i kilkudziesięciu filmach zagrał św. Jana Pawła II  2005 r.  
 Właściwy program artystyczny wg mojego stanu świadomości  (po przypadkowym włączeniu kanału CNN) zaczął facet z irokezem na głowie i śniadą cerą, czym mnie całkowicie zwiódł, bowiem wydawało mi się, że to jakiś Sioux czy inny Lakota. Ale okazało się, że nie jest to „native American” czyli po naszemu „Indianin” tylko „Indian American” czyli – Hindus. No tak wyszło po tych szaleństwach politycznej poprawności. Artysta nazywa się Ravi Jakhotia  lub jeśli ktoś woli DJ Ravidrums. Ma jakiś mega-kosmiczny zestaw perkusyjny i wykonuje na nim muzykę przypominającą wojenne bębny „native Americans’ i tym mnie zmylił. Poza tym jest powszechnie znanym celebrytą muzycznym USA: uświetniał m.in. rozdanie Oscarów w 2009, kiedy zwyciężył film „Slumdog Millionaire”, przygrywał Pauli Abdul, Ricky Martinowi a nawet wystąpił w filmie Matrix II. 
Koncert został zdominowany przez dwa nurty muzyczne: dwóch gigantów country music : Toby;ego Keitha i Lee Grenwooda oraz   chóry /orkiestry wojskowe.
Z tą muzyką contry jest prawie tak samo jak z disco polo w Polsce: w głównych mediach praktycznie nie istnieje a tzw. krytyka muzyczna nie zniża się nawet aby zauważyć  jakieś nazwisko.  W USA jest trochę lepiej, bo „wieśniacy i armia USA” mają znacznie więcej kasy a media są amerykańskie, więc jest gdzie się pokazać.
Dla Amerykanów zaśpiewał wczoraj Toby Keith, kawał chłopa z Texasu, supergwiazda country, który uświetniał też inauguracje Busha i Obamy a także grał koncerty dla żołnierzy USA w Afganistanie. Sól amerykańskiej ziemi: pracował na polach naftowych i pomagał kuzynowi w barze country oraz od ósmego roku życia grał na gitarze. Na muzyce zarobił pół miliarda dolarów. Zaśpiewał 2 lub 3 swoje przeboje; „Made in America”, American Soldier”. Totalnie niepoprawny: śpiewa o żonie i dzieciach, korupcji, ojczyźnie i amerykańskich żołnierzach.
Wydał dzisiaj  oświadczenie, które pokazuje, w  jakiej atmosferze Donald Trump przejmuje urząd. Toby Keith oświadczył,  że :”…Nie będę przepraszał za występ dla naszego kraju lub dla armii. Występowałem na imprezach  z udziałem prezydentów Busha i Obamy  i za 200 koncertów w Iraku i Afganistanie dla USO..”.
Bowiem podobno odmówili udziału w koncercie inauguracyjnym m.in. Elton John, Celine Dion i Kathy Perry i kilkoro innych, mniej lub bardziej otwarcie. 
Nie odmówił za to weteran muzyki country, którego głos nawet ja rozpoznaję: Lee Grenwood. Pewnie pozostał mi w głowie z jakichś amerykańskich filmów. Z wyglądu raczej już „niewyględny”  ale kiedy pojawił się na scenie, zrobiło się naprawdę patetycznie. Zaśpiewał swój mega- przebój skomponowany w latach 80-tych „God Bless The USA” (Boże błogosław USA), który był przypominany we wszystkich ciężkich chwilach jak 11 września czy Wojna w Zatoce.  
To mi przypomniało noworoczny koncert TVP w Zakopanem z udziałem Maryli Rodowicz i Zenona Martyniuka. I przebój „Przez twe oczy zielone”, który był mi zupełnie nieznany. Rodzina mnie wyszydziła, bowiem okazuje się, że nawet Prezydent RP to zna. Nie mówiąc o reprezentacji w piłce nożnej.
Czyli koncert „Wierzę w Boże Miłosierdzie’ wykonany na Światowych Dniach Młodzieży   i przykryty pełnym milczeniem głównych mediów nie jest tzw. twardym dowodem na to, że Polska tkwi w okowach średniowiecza. Gdzieś tam są jacyś ludzie, którzy komponują, grają i śpiewają o Bogu a inni ludzie tego słuchają.
Koncertowi inauguracyjnemu „dała wsparcie armia” w postaci orkiestry i chóru oraz zespołu starej muzyki wojskowej. Nikt się nie krępował i grano i śpiewano o ojczyźnie, patriotyzmie, walce o wolność i takich tam.
A następnie wystąpił sam Prezydent Elekt i w swoim stylu podziękował wszystkim za „te 18 miesięcy ciężkiej pracy’ i obiecał, że nawet jeśli będzie lało jak diabli, to „jutro się tu spotkamy”. Po czym zapowiedział ognie sztuczne i zrobił sobie zdjęcie wraz z rodziną na tle pomnika Abrahama Lincolna kiedy te race strzelały.
Kiedy to piszę, Prezydent Elekt właśnie nadjechał z nabożeństwa w kościele św. Jana i wraz z rodziną jest witany na Capitol Hill przez odchodzącą parę prezydencką. Pani Obama w pięknej „czarnej porzeczce’ w stylu lat 50-tych, pani Melanie w stonowanym jasnym błękicie. Panie szczupłe, wysokie, piękne i eleganckie.
Za jakieś 2 godziny nastąpi zaprzysiężenie. Wszyscy żyją w oczekiwaniu : jedni z nadzieją , inni z wyraźną nienawiścią. Podobno gdzieś tam w Waszyngtonie organizowane są manifestacje przeciwko Donaldowi Trumpowi. Facet wygrał wybory, przeciwniczka to uznała ale porażone lewactwo jeszcze nie wierzy, że właśnie przyszedł rachunek za balangę, która trwała od 68 roku a nasiliła się w ostatnich 20 latach. 
Nie wiemy, co ta prezydentura przyniesie Polsce.  Jak dotąd Prezydent Elekt powiedział dla The Sunday Times, , że Angela Merkel popełniła „KATASTROFALNĄ POMYŁKĘ” stosując politykę „otwartych drzwi” dla „uchodźców”.  Zasugerował też, że „atak na jarmark bożonarodzeniowy przez człowieka z Tunezji był jednym z efektów tej polityki” . Na to strasznie się oburzył sam minister finansów Francji (kraj, w którym NADAL jest stan wyjątkowy) pan Sapin, który oznajmił, iż:”… Atak na Kanclerz(ynę) nie jest sposobem debaty, jaką możemy zaakceptować jako Francuzi lub jako Europejczycy..”.
Angela widziała się z prezydentem elektem tylko raz i krótko. Podobno ostatnio zaproponowała, że może się z nim spotkać JAKO przedstawicielka 20 największych gospodarek świata.
Zapewne to jest chwila, kiedy amerykańskie lewactwo terroryzujące dotąd społeczeństwo polityczną poprawnością zamiast dbać o gospodarkę narodową widzi, że w pewnych wypadkach dyskusja przy pomocy towarzysza Nagana jest bardziej efektywna.  Co widać w krajach Europy Środkowej i w Rosji. A raczej czego lub kogo – NIE widać. Nie widać już twardych, zaprawionych w boju biznesowym i wojskowym facetów, gotowych pracować dla dobra Narodu i Ojczyzny. Kręcą się za to w okolicach władzy tysiące słabo wykształconych amatorów życia na etacie w corpo lub „organizacji pozarządowej” a najlepiej „w ministerstwie”, żeby przyznawać dotacje znajomkom z  „corpo” i „organizacji pozarządowych”.
Ale co mogą począć. Towarzysz Nagan, sorry, generał Colt przechodzi teraz delikatnie w ręce facetów, którzy doskonale wiedzą, że to całe Multi-kulti, tak drogie w obsłudze, to już było w starożytności, choćby za czasów Marka Aureliusza. I co z tego wyszło, to może opowiedzieć członek ekipy Donalda Trumpa generał Mattis, który tego Marka Aureliusza podobno zna na wyrywki. Nie mówiąc o tym, że ma na własność 7000 książek (bez serii Tygrys i Mały Technik) i najprawdopodobniej je przeczytał. W przerwach, kiedy nie dowodził w polu jakimiś dużymi związkami taktycznymi.
O mamusiu, jedna pani przyszła na inaugurację  w futrze!! Świat się kończy albo to żona włoskiego ambasadora:))
Zaśpiewał chór mormonów a o godzinie 18 troje pastorów (w tym jedna pastor w czerwonym) odczytało stosowne fragmenty Starego Testamentu.  Mike Pence i Donald Trump zostali zaprzysiężeni. Nic nie zapowiadało dramatycznego przemówienia Donalda Trumpa. Mowa trwała 10 minut i była szokująca. W obecności elit waszyngtońskich powiedział m.in.:” Waszyngton się bogacił a naród w tym nie partycypował”, „nasze firmy zostały rozkradzione”, „bogactwo przez nas wypracowywane zostało rozproszone po świecie”, zamienimy zasiłki na miejsca pracy”.
Przemówienie nie było przyjemne, nie było pogodne, nie było obrazem tęczy nad horyzontem, było modlitwą o cud. Nie wiem, czy cud nadejdzie.  Za Donalda Trumpa i za naród amerykański modliło się kilku pastorów z różnych denominacji. Żaden katolik nie został poproszony o modlitwę.  Czy to coś oznacza?
 W USA żyje ok.68 milionów katolików (nie licząc nielegalnych Meksykanów) tj. 23-25% populacji. Kościoły protestanckie to odpowiednio: baptyści – 15-16%, metodyści, luteranie, prezbiterianie, anglikanie – łącznie ok. 12%, inne kościoły protestanckie – ok.14%, zielonoświątkowcy – 3,5%, religie niechrześcijańskie – ok.5%, bezwyznaniowcy – 7%. 
Nieobecność przedstawiciela drugiej co do wielkości grupy wyznaniowej na zaprzysiężeniu 45 prezydenta USA  jest znakiem dla katolików Ameryki  i dla katolików polskich.  W oficjalnej „agendzie” nas nie ma. Może coś się trafi okazyjnie na boku.  Tak jak z tym batalionem podesłanym do Żagania „ze złośliwości” na koniec urzędowania prezydenta Obamy.  Może trzeba liczyć na zdrowy rozsądek tych twardych, doświadczonych białych mężczyzn z „teamu Trumpa”.
CNN jest wstrząśnięty. Pierwszy komentarz  był następujący: przemówienie Donalda Trumpa było „pure populist” (absolutnie populistyczne). A co będzie, zobaczymy. Tej nocy odbywają się tradycyjne bale najlepszego towarzystwa. Na 3 z nich będzie Donald Trump i pani Melania.  Ale na razie Prezydent Donald Trump zasiadł przy stole i w obecności rodziny, ekipy , Nancy Pelosi i wnuczków wiszących na stole podpisuje pierwsze nominacje swojego rządu. Zaczęła się nowa kadencja. Niech mu się tam wiedzie. Na razie wielbiciele Hilary Clinton usiłują zrobić coś w rodzaju „blokady mównicy” na ulicach Waszyngtonu aby uniemożliwić spokojną paradę. Policja odcięła protestujących od trasy parady. Prezydent Donald Trump dystans około 2 km do Białego Domu pokona w pancernym aucie Beast1. Ochrona w ilościach, jakich świat nie widział. Nie tyle przed terrorystami, co wielbicielami, „żeby było tak jak było”.



hhttp://www.independent.co.uk/news/world/europe/donald-trump-angela-merkel-criticism-comment-cannot-accept-europeans-eu-french-finance-minister-a7530881.htmlttps://www.youtube.com/watch?v=nS7EnKBnLH0