sobota, 19 października 2019

Nobel 2018 i Oscar 2020, Marhoul i Tokarczuk czyli żegnaj prawdo, witaj propagando.


Czasem  nie chce się pisać,  bo nie ma ciekawych informacji . A czasem  jest ich tak wiele, są tak przytłaczające,  że ogarnia nawet entuzjastę tzw. niemoc   twórcza.

Wobec   politycznego  tornada medialnego poprzedzającego  wybory parlamentarne , niemal  bez echa przeszła  informacja, że w dniach 1-13 wrzesień 2019 r. miała miejsce  w Czeskiej  Akademii Filmu i Telewizji   procedura wyłaniania  czeskiego kandydata  do  92 –go Oscara 2020 r. Spośród  10  proponowanych filmów  czescy eksperci wybrali  film Vaclawa  Marhoula  (beneficjenta czeskiej pierestrojki w filmie )  pt. „Malowany Ptak”. Opartym bardzo dokładnie na  książce Jerzego Kosińskiego  „Malowany Ptak”, która początkowo była lansowana jako „wspomnienie dziecka Holocaustu”.

Pod ciężarem  oskarżeń o kłamstwa  historyczne jak i o korzystanie z usług amerykańskich ghost writerów z powodu niedostatecznej znajomości  języka angielskiego w czasie powstawania  „arcydzieła”    Kosiński  rzeczywiście wycofał się z  twierdzenia, że to jego wspomnienia z czasu okupacji niemieckiej w Polsce , ale książka zaczęła żyć własnym życiem.

A  pani Joanna Siedlecka , która dokonała dziennikarskiego  śledztwa w sprawie  oskarżeń rzuconych przez Kosińskiego na  mieszkańców wsi  Dąbrowy  Rzeczyckiej  k. Rozwadowa i okolic, których nazwiska  pojawiły się w książce , z czego zrobiła raport w formie książki „Czarny Ptasior” (Wydawnictwo Marabut Gdańsk 1994 r.)  - nie miała lekkiego życia.      

Zarzuty  Joanny Siedleckiej o konfabulację w sprawie  brutalności czy wręcz sadystycznych zachowań  chłopów  z Dąbrowy Rzeczyckiej wobec siebie nawzajem i wobec  żydowskiego „Chłopca” lat 6   potwierdził  amerykański krytyk  James Parker Sloan  w książce „Jerzy Kosinski: A Biography”.  

Głównie chodziło o całą serię opisów ekscesów seksualnych i zachowań sadystycznych , którym mieli się oddawać  poczciwi włościanie katoliccy  z Dąbrowy i okolic na oczach Jerzyka Lewinkopfa lat 6.  Pomijając oczywiście brud, smród i ubóstwo, w jakim żyli.

Jak  opisała to na podstawie  zeznań wielu  świadków i uczestników wydarzeń  Joanna   Siedlecka,  Kosińscy Lewinkopfowie  dzięki  protekcji księdza Okonia  wynajęli  umeblowane  w dobrej jakości meble  w mieszkaniu , które przed nimi zajmowała rodzina Liebeskindów, rodziny właściciela miejscowego tartaku.
  Był rok 1942 i  Liebeskindowie  zgodnie z poleceniem niemieckim zgłosili się do punktu zbornego w Zaklikowie, gdzie zostali zamordowani.  Nie zgłosiły się natomiast  ich dzieci: Karol Liebesking lat 24 student prawa i córka lat 20, która ukrywała się u ciotki zamężnej za Polakiem.

 Karol Liebeskind  ukrywał się początkowo  u partyzantów , już to w AK, już to u komunistów, ale się do partyzantki nie nadawał. Ostatecznie ukrywał się w różnych gospodarstwach Dąbrowy, głównie u rodzin Krawczyków i Jóźwiaków. ( str.55 „Czarny Ptasior”)

Kosińscy  nie mieszkali w typowej chacie wiejskiej ale w jednym  z baraków  , wybudowanym jeszcze przez księcia Lubomirskiego dla robotników tartaku, który   tuż przed wojną był własnością Liebeskindów.  Baraki  były  położone  poza wsią, niedaleko torów kolejowych na trasie Lublin- Rozwadów.
Kosińscy wynajmowali  jedno z mieszkań w baraku  należącym do  Andrzeja Warchoła, który  z rodziną zajmował też jedno z mieszkań. Inne mieszkanie  w tym baraku wynajmowała   od wiosny 1943 r.  Wiesława  Bączkowska   z dwoma małymi synami, żona oficera AK i instruktora KEDYW Zbigniewa  Feliksa Bączkowskiego ps.”Zbyszek” ( str. 68 „Czarny  Ptasior”).

Drugi barak  należał do gminy i mieszała w nim rodzina  Migdałków, uciekinierów  ze śląska przyłączonego do Rzeszy.  Starszy pan Migdałek był nauczycielem i prowadził w tym baraku czteroklasową szkółkę dla miejscowych dzieci.  Ponadto rodzina Migdałków, mimo, że  miała dwoje małych dzieci ( Andrzejek lat 7 i Ewa lat 9)  ukrywali przez półtora roku dwoje żydowskich dzieci  : Lilkę lat 12 i  Jurka lat 6, które miały wyrobione papiery na nazwisko Małczyńscy. Dzieci były wyciągnięte  z krakowskiego getta za pieniądze i zostały przywiezione do Migdałków przez ciotkę Żydówkę , która  była zamężna za jednym z Migdałków. (str.53 „Czarny Ptasior”).

Migdałkowie zaprosili  Kosińskich do siebie na pierwszą Wigilię, bardzo skromną zresztą a syn Migdałków Andrzej  chodził z Jurkiem Kosińskim na religię do proboszcza Sebastiańskiego  i  przystąpił z nim do Pierwszej Komunii. Z okazji tej  Pierwszej Komunii   pani Kosińska urządziła prawdziwe przyjęcie dla dzieci, na którym podała prawdziwe KAKAO, które wprawiło  katolicką dziatwę w ekstazę.

Na prośbę księdza Sebastiańskiego  Jerzy Kosiński służył  wraz z kolegami do Mszy św. 
Matka Jerzego Kosińskiego zabraniała mu oddalać się od domu i bawić z dziećmi wsiowymi.    Jerzy Kosiński  i nie chodził  też do  szkółki  prowadzonej przez  Migdałka, bowiem uczył go ojciec  - stary Kosiński ksywa „Profesor”. Kosiński  udzielał  lekcji  również innym dzieciom  z tzw. lepszych rodzin, jak np.  Jan Pamuła syn Sylwestra Pamuły pracownika  PKP, zarabiającego przed wojną 200 zł miesięcznie.  Uczył różnych przedmiotów, również angielskiego.  Odpłatnie. Za żywność : mięso, drób, masło etc. Niezależnie od tego wg  opinii świadków dysponował bardzo dużymi zasobami gotówki  i złota i zawsze był dobrze poinformowany , kiedy  groziła jakaś niemiecka obława.

W takich przypadkach   stary Kosiński  zgłaszał  się w trybie nagłym  np. latem 1943 r. do sołtysa  Ferdynanda Stępaka  z Kępy z prośbą o przechowanie z rodziną i schronienia mu nie odmówiono. Podobnie było w styczniu 1944  r.  , kiedy o schronienie poprosił sołtysa Edwarda Pamułę. Wraz z całą rodziną. Takich obław było sporo , bo Niemcy polowali na partyzantów , białych i czerwonych.

Dlaczego o tym piszę? 

 Bowiem   niektóre z tych  osób znalazły się w książce „Malowany Ptak” Jerzego Kosińskiego . Ale  w jakże innych „okolicznościach przyrody”.

Wspomina np. żydowską dziewczynkę Lilkę (str. 141 „Czarny Ptasior”), którą  oddano pod opiekę miejscowego wieśniaka. A ten  wg Kosińskiego „…bił ją i gwałcił, zmuszał do różnych bezeceństw , a w końcu zniknęła…”.  A „Lilka” to była dziewczynka ukrywająca się m.in.  u państwa Migdałków  i u innych rodzin na wsi, z którą Jurek Kosiński się bawił, i której nie stała się żadna krzywda a która po wojnie wyjechała do Izraela.

Opisał też  Ewcię Migdałkównę, z którą bawił się  często, i której „wysypał największą tajemnicę” , że jest Żydem z Łodzi, nazywa się Lewinkopf i ma bardzo bogatego dziadka  Weinreicha , właściciela fabryki  i że jest obrzezany.  Dziewczynka natychmiast powiedziała wszystko matce a ta ostrzega panią Kosińską, że mały „gada”.  Doszło do konfrontacji,  Jurek wszystkiemu zaprzeczył a żeby sytuację towarzysko uratować stary Kosiński wymyślił, że to dlatego, że pewnie Jurek „zakochał się w Ewci”.

Jak tam było, tak tam było ale podobno  Jurek  nie umiał przegrywać w grach towarzyskich , ani w szachy, ani w karty. A Ewcia czasem wygrywała.  No to  „się zemścił”  i opisał  w „Malowanym Ptaku” jako „…Ewkę, w której podkochuje się Chłopiec, ale ona go „zdradza” nie tylko z bratem i ojcem, ale także z kozłem…”.  (str. 51 „Czarny Ptasior”).

Jest też  „ptasznik Lech Tracz”, który  urodził się w 1929 r. i przeszedł zapalenie opon mózgowych i pozostał  dużym, łagodnym dzieckiem, przez wszystkich lubianym  i kochającym ptaki.  W filmie  Marhoula  jest przedstawiony jako degenerat   najniższej kategorii , z wyglądu  ofiara alkoholu i nieuczciwego życia. Gra go aktor w bardzo średnim wieku pan Lech Dyblik.  

Karol Liebeskind, ukrywający się “miejscowy Żyd”, też  opisany przez Kosińskiego, bywał u Migdałków i u  innych rodzin, które go karmiły i prały mu ubrania. Zginął  pechowo 20 czerwca 1944 r. tuż przed wejściem Armii Czerwonej.  Ostrzeżony, że w „Niemcy we wsi” zaczął uciekać i został postrzelony i schwytany.

Nikogo nie wydał, utrzymywał , że jest skoczkiem angielskim, bowiem znał bardzo dobrze  ten język.  Ale kiedy Niemcy zaczęli go opatrywać,  wyszło na jaw obrzezanie i otrzymał zastrzyk z fenolu. Zmarł natychmiast.  Wieś Dąbrowa przeżyła chwile grozy, bowiem nawet wtedy, kiedy  było słychać  działa  Armii Czerwonej ,  Niemcy  przesłuchali sołtysa i całą wieś „na okoliczność”. Wieś zgodnie  twierdziła, że widzi  go po raz pierwszy i nie wie, kim jest.

Karol  Liebeskind, który NIE spotkał „dobrego Niemca”  został pochowany pod szopą  a po kilku latach  przyjechała  jego siostra, przeniosła jego  prochy na miejscowy cmentarz i wystawiła mu pomnik. I zawsze przyjeżdża w Zaduszki, zapala znicze  oraz utrzymuje kontakt z tymi rodzinami, które mu najbardziej pomagały.  .    (str.56-57 „Czarny Ptasior”).

Film pana Vaclava Marhoula  trwający 169 minut i zawierający łącznie 9 minut dialogów  w języku określanym jako „słowiańskie esperanto” z  wielką  pieczołowitością  odtwarza  podobno (tak twierdzą    krytycy, którzy dotrwali  do końca projekcji   dzieła) z  największą pieczołowitością  wymienione  wyżej wytwory chorej wyobraźni  śp. Kosińskiego.I parę innych.

W  tym:  wydłubywanie oczu  młodemu kochankowi  młynarzowej przez zazdrosnego starego młynarza (Udo Kier) – z użyciem łyżki,  niekończące się sceny „dzikiego”  seksu  młodej dziewczyny  z bratem, ojcem, kozłem, nie mówiąc  o  gwałtach „Kozaków” na miejscowej ludności   A wszystko w brudzie, smrodzie i ubóstwie.  

No i wieśniacy wrzucają  Chłopca do gnojówki za to, że  upadł mu Mszał, kiedy służył do Mszy św.  Akurat  Jurkowi Kosińskiemu Mszał rzeczywiście upadł, kiedy służył do Mszy św.  księdzu   Sebastiańskiemu, ale  ksiądz nawet się nie skrzywił i nigdy tego nie komentował.  Świadkami są inni ministranci.   

Jest  scena z zakopywaniem chłopca w ziemi ( to podobno  taki ukraiński obyczaj  z wojny polsko bolszewickiej  i z czerwonych wołyńskich nocy), którego głowę dziobią  czarne ptaki. 

Reżyser pokazuje też  przed wejściem Armii Czerwonej  „rajd złych Kozaków   przez wieś” czyli palenie, gwałty i rabunek , którego  zresztą sam Jurek Kosiński nie mógł był widzieć. 
Albowiem  siedział wraz z rodzicami i całą wsią schowany w głębokim lesie, kiedy  oddziały  Kałmuków  (bo to Kałmucy byli a nie Kozacy, ale dla Czecha i dla zachodnich krytyków to zdaje się jest „jeden pies”)  palili,gwałcili i mordowali,  bo wiedzieli, że ich koniec jest blisko i nie chcieli iść do sowieckiej niewoli. 

No  i te polskie katolickie wieśniackie hieny, które „czatowały na żydowskie transporty”:  baraki  były położone przy   torach kolejowych a  przejeżdżające pociągi, jak pisze Joanna Siedlecka, były jedynym źródłem informacji, co się dzieje na świecie.
 Kiedy jadą transporty niemieckie z muzyką i  czołgami, znaczy, że będzie wojna z Ruskimi, kiedy jadą transporty ze Wschodu z „rąbanką” czyli rannymi i mocno zmrożonymi Niemcami, znaczy, że  Niemcy dostają omłot.  Kiedy jadą transporty z Żydami do Treblinki, znaczy, że eksterminacja Żydów weszła w fazę końcową a teraz kolej na Polaków.
Do  pana Marhoula z Czeskiej Republiki, szczęśliwego beneficjenta  czechosłowackiej pierestrojki w filmie i w swoim czasie strategicznego udziałowca z Studio Barandov oraz człowieka, który w wieku lat 27 „przewidział  aksamitną rewolucję” i z dnia na dzień wraz z kolegami  rocznik 1960 stał się gwałtownym przeciwnikiem ustroju oraz jadł był kiełbasę z Vaclavem  Havlem, to  muszą być  nieważne detale, bo najważniejsze jest „odważne przełamywanie barier” i „pokazywanie polskich chłopów indywidualnych pod niemiecką, sorry, nazistowską okupacją”. 
A co on, człowiek urodzony  i wychowany w kraju  kołchozów i ateistów może wiedzieć  o indywidualnych rolnikach i okupacji niemieckiej w Polsce?

Jemu  się nawet mylą Kozacy z Kałmukami.

Zresztą mam podejrzenie graniczące z pewnością, że głównym celem tego filmu było pokazanie na tle tej wyuzdanej polskiej , dzikiej,  katolickiej tłuszczy –dobrego  Niemca i dobrego  żołnierza Armii Czerwonej.

Tacy cywilizowani humaniści.  Tylko Karol Liebeskind miał pecha i zaliczył w czerwcu 1944 zastrzyk z fenolu.

No a jeśli chodzi o „jednego dobrego Niemca”, który prowadzi   samotnie pod karabinem Chłopca,  to on wcale nie wygląda  na zaszczutego uciekiniera , który nie je, nie myje się, nie zmienia ubrania całymi miesiącami ale raczej na dobrze odżywionego  nastolatka , którym aktor jest.

W dodatku „dobry Niemiec” grany jest przez szwedzkiego aktora Stellana  Skarsgårda ( Piraci  z Karaibów, Mamma Mia, Przełamując Fale) , który wygląda na swoje 68 lat a nawet więcej a to się trochę kłóci z pragmatyką Wermachtu , który powoływał  na front  w owym czasie  mężczyzn w wieku 18-45 . Nawet generałowie niemieccy  rzadko miewali więcej niż lat 60.  Starsze  roczniki to  był  już rok 1945  a powołanie Volkssturmu  to jesień 1944 r. i tylko do obrony „twierdzy Rzesza „  na zachód od Odry – roczniki od 16 do 60

Więc taki niemiecki podstarzały , słabo wysportowany  „dobry wojak  Szwejk sam jeden włóczy się po polskich lasach i torach  , gdzie partyzantka tylko czeka na takich  „gierojów” ,  i zamiast puścić  Chłopca wolno lub kropnąć go „tu i teraz”  tak jak zrobili dobrzy lekarze niemieccy niedaleko z Karolem Liebeskindem ,  męczy widza  i krytyków filmowych dłuższy czas pozując na  pacyfistę i humanistę.

Jak powiedział amerykański  żołnierz w rejonie Norymbergi  , kiedy  niemiecka rodzina  niechętnie udzielała mu kwatery  w kwietniu 1945 r. tłumacząc, że „oni nie byli nazistami” – „…Od przekroczenia Renu nie spotkałem ani jednego nazisty…”. Pan Marhoul  też nie spotkał.  Ani Kosiński senior, który co prawda spotykał   Niemców wielokrotnie ale też ani razu „nazisty”, nawet jeśli  był to szef Gestapo z Zaklikowa  Fulner. Który rozpoznał go jako „Jude” ale jednakże nie zastrzelił, co po latach dało miejscowym wieśniakom do myślenia, zwłaszcza kiedy kilku sołtysów, u których lubił się Kosiński ukrywać, pojechało „na białe niedźwiedzie”.

A  znowu  snajper sowiecki to grozę wojny  poznał dopiero wtedy , kiedy  zobaczył  poranione aczkolwiek  pokryte lekkim tłuszczykiem plecki Chłopca, a nie kiedy widział  kompanie karne  wchodzące bez broni na pola minowe żeby „przetrzeć szlak piechocie”.

Albo  plutony egzekucyjne strzelające do  niedobitych żołnierzy sowieckich z wojny fińskiej.   Może zresztą   sam na niej był i  widział to, co zostało z dywizji sowieckich na drodze Raate – Suomussalmi w 1940 r..  Tam to  się dopiero odbywał pojedynek snajperów sowieckich i fińskich. Fińscy zwyciężyli.
  
No ale pan Marhoul  ma kolegów miliarderów  czeskich , swoich rówieśników, którzy  się szczęśliwie uwłaszczyli na czeskim przemyśle albo  zarabiają na dystrybucji auta Skoda z biurami w  Moskwie, więc  taki miły gest  w stronę „bohaterskich czerwonoarmistów”  jest jak najbardziej w jego i ich interesie a w dodatku  jest całkowicie zgodny z wymową  książki  śp. Jerzego Kosińskiego, dla którego wejście Armii Czerwonej do Dąbrowy Rzeczyckiej to był początek karnawału, który się skończył dopiero w nowojorskiej wannie.

W  oczekiwaniu na Oscara 2020 dla „Malowanego Ptaka” pan Marhoul  producent, który umoczył  w to dzieło  ( wraz z kinematografią państwową Ukrainy, Słowacji i Republiki Czeskiej, jak również funduszy Unii Europejskiej  ) 175  mln czeskich koron, pcha  tego potworka na kolejne festiwale.

Na  Festiwalu w Wenecji   miał apetyt (przynajmniej oficjalnie, bo 175 mln koron cudzych zobowiązuje), ale skończyło się na skandalu z wyjściem znacznej ilości krytyków filmowych w trakcie projekcji  filmu ,  połączonym z trzaskaniem krzeseł. Nagrodę Wielkiego Jury  otrzymał  reżyser Roman Polański za film  pt.   „Oficer i Szpieg” ( An Officer and a Spy) lub „J’accuse” (Oskarżam) – o sprawie Dreyfussa. Działo się to 3 września 2019 r. i wszystkie główne gazety o tym pisały. O wychodzeniu przed końcem seansu z powodu „obrzydliwości”.

Na  Festiwalu  w Toronto (5-15 września 2019 r.)  historia się powtórzyła. Ludzie wychodzili z sali przed końcem projekcji  filmu, mimo, że to  zawodowcy przywykli do przeraźliwej nudy i  bezsensu  współczesnego kina. W końcu  ile minut  można oglądać gołą babę, gołego chłopa na gołym galopującym koniu w sytuacji, gdy katiusze Armii Czerwonej grają za horyzontem.  Albo Udo Kiera wyjmującego oko kochankowi  młodej żony – łyżeczką.   

Pokazywanie dużych ilości  gołych ciał  w sytuacjach bez sensu  w filmach to jakaś specjalizacja   naszych południowych sąsiadów.  Myślę o reżyserze   Miklósu  Jancsó.   Nakręcił tryptyk o węgierskiej rewolucji 1919 r. ( Bela Kun und Kameraden) i miał do dyspozycji   całe oddziały armii węgierskiej jako statystów.  Latało to na golasa  w te i nazad po puszcie bez końca. Łza się w oku kręci.

No a 18 października 2019 r.  odbyć się miał pokaz filmu „Malowany Ptak” w Multikinie w Złotych Tarasach . Bilet za jedne 22 zł. 

 Był to już ósmy dzień   Warszawskiego  Festiwal Filmowego   z udziałem samego reżysera , który podobno spotkał się z publicznością. Było  średnio miło, jak donosi pan Przemysław Bollin z Der  Onet. Podobno  to jedyny  pokaz tego filmu w Polsce.    

Ale  nie ma powodu do smutku. Producent i reżyser   przewiduje   starty swego dzieła, nad którym męczył się 11 lat  na kolejnych festiwalach:
1)      Chicago  Film Festiwal  właśnie trwa  , pokaz filmu Malowany Ptak – 23-24 października, (  a przewidziany jest też pokaz filmu reżysera Jana Komasy „Boże Ciało” i spotkanie z nim),
2)      Saint  Petersburg International Film Festival ,
3)      Vancouver  International Film Festival,
4)      Tokyo Film Festival
5)      BFI London Film Festival.

Nie wiem, czy te pokazy coś  dadzą, ale  wg portalu www.boxofficemojo.com     film  od  czasu premiery  do  13  października   zarobił  w Czechach i na Słowacji    podobno ok. 540  tysięcy USD  czyli ok. 12 mln czeskich koron.   Ale  nie widać wielkiego entuzjazmu  w dystrybucji międzynarodowej.

Ostatecznym   celem jest zatem Oscar 2020,  który  będzie wręczany w lutym w Los Angeles.  Może wtedy   dowiemy się, po co producent, reżyser oraz cała ekipa tak się katowali przez tyle lat, żeby nakręcić  pokręconego psychicznie gniota, nie mającego nic wspólnego z realiami okupacji niemieckiej  w Polsce i z realiami życia wsi polskiej w pierwszej połowie XX w.

W  każdym razie producent Marhoul  nie zapomniał, iż w jego imieniu dwa razy  składano aplikację o dofinansowanie do PISF i  dwa razy otrzymał odmowę.

Do tej sytuacji odniósł się był w następujący sposób w wywiadzie dla    Hedviki Petrželkovej  z  Czech Film Magazine  .:  “…W Republice Czeskiej, Ukrainie i Słowacji  projekt otrzymał  państwowe granty filmowe, ale nie w Polsce. (…) Od czasu kiedy Prawo i Sprawiedliwość – partia ortodoksyjnych , agresywnych  katolików – wygrała wybory w Polsce , Kosiński i jego książki stały się wrogiem publicznym numer jeden.  Mimo, iż  Polski Instytut Sztuki Filmowej jest  niezależny , jest oczywiste, że ludzie w Polsce boją się.  Po tym, jak Jarosław Kaczyński przeprowadził czystki w    mediach  i  w dowództwie  armii, było   oczywiste, że nikt nie ośmieli się wesprzeć  naszego filmu.  Mój polski producent ( Stanisław  Dziedzic  Film Produkcja ubiegał się o  dofinansowanie  z PISF na 2 mln zł w 2014 r. , wniosek odrzucony przez komisję ekspertów w składzie m.in.: Jerzy Skolimowski, Robert Gliński  przyp. mój)  niemal  się załamał , ale nie ja.  Wiedziałem od początku , że nie możemy otrzymać tego wsparcia.  Nawet jeśli  TA HISTORIA NIE JEST O POLAKACH.  Kosiński powiedział  w książce,  że opowieść  dzieje się gdzieś we  Wschodniej Europie , gdzie ludzie mówią  dziwnym żargonem – jest t o odrębny język  40 mln ludzi.  I dlatego ja wybrałem   NEW  Slavic (Neo- słowiański?) język zbudowany specjalnie dla filmu  - przez eksperta językowego…”.

Książki Kosińskiego stały się "wrogiem publicznym numer jeden? Bez żartów. 


No  a teraz  kilka słów o wypowiedzi  Olgi Tokarczuk dnia   7 października 2015 dla TVP Info (program „Minęła dwudziesta”) z okazji przyznania jej Literackiej Nagrody Nike. Wygłosiła   ona wówczas  następującą kwestię: „Wymyśliliśmy historię Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, jako kraju, który nie splamił się niczym złym w stosunku do swoich mniejszości. Tymczasem robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników”.

 Odniósł  się do niej bezpośrednio    dr Hieronim Grala w artykule pt. „Rzeczpospolita Szlachecka – twór kolonialny?”.

Na stronie 278 (4)  cytuje on wypowiedź  Krzysztofa  Koehlera,  zrozumiałą  dla  takich prostych zjadaczy chleba jak ja:”… Spróbujmy zatem na początek zmierzyć się z analogią francusko-brytyjską.  
W zderzeniu z oczywistą wymową źródeł owo efektowane porównanie okazuje się zgoła bezużyteczne, przynajmniej dla okresu I Rzeczypospolitej. Niejednokrotnie wskazywano już, iż sam przyrost granic Rzeczypospolitej na Wschodzie pozbawiony jest owego grzechu pierworodnego kolonializmu, a mianowicie podboju. Trafnie wywodził Koehler: Otóż, nie wiem, na jakiej podstawie można mówić o tym, co było Unią polsko-litewską, w kategoriach kolonializmu.

Z tego, co mi wiadomo, do Unii prowadził długi i skomplikowany proces polityczny, nie wiadomo mi nic (może Tokarczuk to wie!) o zbrojnej ingerencji; wojska koronne nie wjechały do Litwy, nie nastąpiło przejęcie urzędów, waluty, narzucenie namiestników itp. Po prostu zawiązano Unię. […].

Zapewne się mylę, bo jestem niedouczony, ale – tak wyczytałem z książek historycznych i ze źródeł – za Unią z Rzeczpospolitą mocno opowiadała się szlachta ruska, czyli pochodząca z Wielkiego Księstwa, widząc w niej szansę na wejście w orbitę praw Królestwa Polskiego, co znaczyło dla tejże szlachty ucieczkę spod silnej ręki litewskich magnatów i wejście – jak nazywał to Norman Davies – do strefy „nobleman’s paradise”

Inny  odnoszący się do tego tematu bardzo na czasie artykuł  tego autora to „Kolonializm alla Polacca”.  W artykule tym  przywołuje m.in. Stefana Kieniewicza  stwierdzenie, że   znaczące zasiedlanie  terenów dzisiejszej Ukrainy przez szlachtę i chłopów z Korony było koniecznością  w związku z ubytkami ludnościowymi na tamtejszym terytorium  z powodu tzw. jasyru czyli porywania tysięcy  Słowian  i wywożenia ich przez Krym do handlu niewolnikami.

 Obok słowa „kolonializm” oczywiście „polski” , co jak pisze Hieronim Gralla wywodzi się z teorii Daniela Beauvois , francuskiego historyka od lat 70-tych  przebywającego w PRL na UW  oraz prac historyka krakowskiego Jana Sowy i ukraińskiego – Jarosława Hrycaka – pojawia się  a nawet je poprzedza – słowo „niewolnictwo”.

Tutaj na pomoc śpieszy książka  dra Piotra Guzowskiego z Instytutu Historii i Nauk Politycznych na Uniwersytecie w Białymstoku  pt. „Chłopi i pieniądze na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych”.
 Dzięki tej książce, którą  czyta się z zapartym tchem,  człowiek prosty zadaje sobie kilka prostych pytań:
1)      Czy niewolnik może posiadać  grunta rolne  o powierzchni  1 łana czyli w przeliczeniu  ( łan frankoński czyli królewski – 22,6-25,5  ha, łan mniejszy czyli  chełmiński inaczej włóka – 17,955 ha)  a nawet 2-3 łanów ? ,
2)      Czy   niewolnik może być  stroną w transakcji kupna –sprzedaży ziemi rolnej o wartości jednej grzywny ?    
3)      Czy niewolnik może zawierać  transakcję  zakupu ziemi w systemie ratalnym w ratach rozłożonych od lat kilku do lat 20?
4)      Czy  świadczenie w pracy na rzecz majątku szlacheckiego zwane pańszczyzną,   będące przedmiotem umowy  tzw. lokacyjnej  w wysokości od kilku do 14 dni w roku -   to dużo?  

Jak pisze w artykule pt. „Mity mocne jak chłop polski” pan Włodzimierz Knap w  Dzienniku Polskim z dnia 10 lutego 2015 r.: ”…Dr Piotr Guzowski twierdzi, że również w kolejnych stuleciach kmieciom, czyli zamożnym chłopom, powodziło się bardzo dobrze, często lepiej niż w innych europejskich krajach.  Stanowili aż dwie trzecie całej warstwy chłopskiej w Polsce.

 Gospodarowali na co najmniej ćwierć- łanowej powierzchni, czyli 4-hektarowej. Z reguły jednak - na znacznie większej. W Wielkopolsce kmieć średnio miał łan, czyli około 16 ha. Na Pomorzu gospodarstwa gburskie liczyły po dwa, trzy łany, czyli prawie 50 ha.
 
Nie wszędzie jednak kmiecie mieli tak dużo ziemi. W Małopolsce wschodniej i na Rusi Czerwonej gospodarowali na dużo mniejszej powierzchni. W XVII w. było to przeciętnie pół łana, potem jeszcze mniej. Warto jednak podkreślić, że już ćwierć łana wystarczyło zwykle, by kmieć mógł opłacić pana, państwo, Kościół i jeszcze nieco zaoszczędzić….”.,

Ponadto pan Knap  pisze, dalej powołując się   na dr Guzowskiego co następuje:”… Historyk zwraca też uwagę, że polscy chłopi nie występowali przeciw panom, a odstępstw od tej reguły było jak na lekarstwo. Inaczej pod tym względem było w innych krajach zachodnich, gdzie nie brakowało powstań, buntów chłopskich.
 

Dlaczego w Polsce dola chłopów była na tyle dobra, że nie wszczynali powstań? Mocno skorzystali z tego, że w XVI w. Polska została włączona do systemu gospodarki światowej, ceny zbóż poszły ostro do góry.  (…)   Rynek zbożowy był w Polsce rynkiem wolnym. Mogli na nim działać i chłopi, i szlachta - mówi dr Guzowski. - Ceny zbóż w Polsce były powiązane z cenami na giełdach w Londynie czy Amsterdamie, a z ich wzrostu korzystali w takim samym stopniu chłopi i szlachta. ..”.

Więc  może dobrze się stało, że psycholog społeczny Olga Tokarczuk pisarka   otrzymała  Nobla, niezależnie od jego marnego  ostatnio prestiżu. Dzięki temu  zwrócona  została  uwaga opinii publicznej na smutny fakt, iż  w III RP  NIE prowadzi  się praktycznie badań na temat  kondycji  gospodarczej  i społecznej oraz  sytuacji prawnej chłopów  w różnych epokach historycznych i różnych regionach  geograficznych (Korona, Ruś, Litwa) w I RP z uwzględnieniem takich czynników jak Potop szwedzki i  wymordowanie  50 % populacji  chłopskiej ale też  zniszczenie majątku produkcyjnego wsi w podobnej  skali:  zabudowań  gospodarczych,  narzędzi,  bydła,  zasobów pieniężnych, lasów i sadów, stawów rybnych, młynów  etc.

A uczniom szkół średnich  i przeciętnemu obywatelowi  pozostaje stara dobra propaganda wytworzona jeszcze w XIX w. przez takie „autorytety  moralne”   filozof  socjalista Świętochowski, wielbiciel Woltera ,  użalający  się w swoich prop-agitkach nad dolą „polskiego chłopa praktycznie niewolnika”.

https://www.filmcenter.cz/en/news/1605-the-painted-bird-is-the-czech-oscar-candidate

https://www.filmcenter.cz/en/news/1492-the-first-adaptation-of-the-painted-bird

http://wyborcza.pl/7,101707,22074973,czesi-ekranizuja-malowanego-ptaka-za-czeskie-slowackie-i.html
https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/warszawski-festiwal-filmowy-2019-relacja-z-osmego-dnia-festiwalu/qg4my0t
https://www.facebook.com/HistoriaWKieliszku/posts/2388049951517268/

https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81an_(miara_powierzchni)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Grosz_praski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz