poniedziałek, 23 października 2017

Che Guevara, golf, rolex, św. Patryk i znaczek pocztowy Irlandii.



Tak się ostatnio wgryzłam w historię Argentyny i Irlandii aby udoskonalić planowaną notkę o różnych rocznicach obchodzonych w roku 2017, że po trzech tygodniach notki nie było i pisać już mi się nie chciało. Zaczęło to zabawnie przypominać metodę doskonalenia ustaw o reformie sądownictwa, co to one mają być doskonałe ponad wszelkie wyobrażenie. Oczywiście z troski o praworządność i w pragnieniu uczynienia sądów doskonałymi.

W tzw. międzyczasie Pan Prezydent „obszedł” 200-lecie śmierci generała Tadeusza Kościuszki, miłego safanduły i genialnego inżyniera od umocnień wojskowych oraz masona. Trochę to przypomina „katolicki syndrom sztokholmski”, bowiem w tym samym miesiącu mijało 100 lat od założenia przez św. Maksymiliana Rajmunda Kolbe Rycerstwa Niepokalanej, masowego ruchu modlitewnego a o św. Maksymilianie powstał jedynie film o mikroskopijnym budżecie, zrobiony przez grupę ludzi dobrej woli, który to film oczywiście ukazał geniusz Wielkiego Męczennika i wiele Jego talentów ale już ta „manifestacja na Placu św. Piotra w Rzymie masonów na 200-lecie założenia” czyli w roku 1917 – musiała zejść na dalszy plan, zapewne z powodu ograniczeń budżetowych

Ale czemu się dziwić, skoro nasze państwo, celem ubogacenia moralnego obywateli w 90% nominalnych katolików -  jako Dzień Nauczyciela czci rocznicę założenia Komisji Edukacji Narodowej  czyli rocznicę powołania bandy zbójców pod wodzą mętnego księdza i jeszcze mętniejszego urzędnika państwowego księdza Kołłątaja, której głównym zajęciem było grabienie majątku jezuitów i rozwalanie dobrych szkół jezuickich, służących I RP jakieś 150 lat z okładem.

Komisja Edukacji Narodowej poza dewastacją szkolnictwa katolickiego w I Rzeczpospolitej niewiele zdołała zrobić, bowiem zaraz „przyszły zabory” i nawet insurekcja pod wodzą tego miłego Inżyniera Kościuszki z Loży Galileusz – pomogła jak umarłemu kadzidło. Nikt się go nie bał i nikt się z nim nie liczył, dlatego może taki „pasujący na idola Polaków”. 
Na pociechę można powiedzieć, że katolicka (kiedyś) Irlandia poszła jeszcze dalej i obchodzi Dzień św. Patryka – BEZ św. Patryka.
 Rząd irlandzki republikański, który przywiązuje wielką wagę do promocji Irlandii i robi to bardzo skutecznie doszedł już do tego, że w Dzień św. Patryka w katedrach katolickich organizuje „koncerty poświęcone św. Patrykowi” ale BEZ Mszy św. oraz dla uczczenia Świętego  organizuje podświetlanie na zielono (zielona koniczynka św. Patryka) takich obiektów na świecie jak Krzywa Wieża w Pizie, chiński mur, Kolosseum, pomnika Chrystusa w Rio de Janeiro.

W uzupełnieniu organizuje pokazy jedynego tańca irlandzkiego, jaki pozostał Irlandczykom po ubogaceniu przez protestantów brytyjskich – na dworcach kolejowych czy w galeriach handlowych ale bez strojów ludowych, bo katoliccy chłopi irlandzcy umierający z głodu ich nie mieli – i jest super. Są też wielotysięczne tłumy Irlandczyków na placach i ulicach, wszyscy na zielono i …zero akcentów religijnych.  Wszystkim się to strasznie podoba, Irlandczycy się wszystkim podobają i nazywa się to „irlandzkie dziedzictwo”.
 
Jeśli można już obchodzić rocznicę Świętego Katolickiego BEZ Kościoła Katolickiego za to z mityczną koniczynką i nikogo to nie dręczy specjalnie, to jak ma dziwić przemilczenie powstania  w roku 1917 r. Dzieła modlitewnego Katolików, mającego na celu – NAWRÓCENIE błądzących.
 Św.  Maksymilian Kolbe 16 października 1917 r. wraz z sześcioma kolegami z Kolegium Serafickiego powołał do życia organizację zatwierdzoną przez Papieża, której celem wedle statutu jest:”… Starać się o nawrócenie grzeszników, heretyków, schizmatyków, a najbardziej masonów i o uświęcenie wszystkich pod opieką i za pośrednictwem NMP Niepokalanej…”. Obecnie specjalne nabożeństwa „za masonów” odbywają się w Niepokalanowie każdego 16/17 dnia miesiąca.
Dzięki staraniom różnych „komisji edukacji narodowych” jak Europa długa i szeroka dzisiaj wolno nawracać – muzułmanom Europejczyków ale już katolikom – wara od nawracania, bo to się nazywa opresja religijna. Koleżanki z Nowoczesnej wytłumaczą to szerzej.

W puste miejsce po zniszczonej pamięci po wielkich katolickich rodach budujących świetność Europy, w tym wielkich Świętych Katolickich – „komisje edukacji narodowej” wpychają nam przed oczy odpowiednio spreparowaną pamięć o różnych „ludziach szlachetnych”, abyśmy się mogli „zadumać nad głębią ich rozterek moralnych i ich pragnieniem sprawiedliwości”. Przypadkiem omijali kościoły szerokim łukiem. Albo wchodzili aby zamknąć na wieki.

Na ten przykład w Polsce dzięki pieniądzom podatników można było nakręcić pełnometrażowe filmy fabularne o niejakiej pułkownik Brystygierowej z MBP (bez męczenia nas jej dokonaniami w zakresie likwidacji Kościoła Katolickiego i księży w PRL) oraz „profesor seksuologii” Michaliny Wisłockiej, co to ciemnemu ludowi nad Wisłą miała opracować „podręcznik z pozycjami”.
 katolickiej Irlandii rządy stosują podobną metodę „wypełniania pustych miejsc” po katolickich przodkach i na ten przykład właśnie w tym miesiącu został tam wyemitowany w całkiem sporej ilości (122 tysiące na pierwszy rzut) znaczek pocztowy z podobizną niejakiego Ernesto Che Guevary z dalekiej Argentyny, który w listowiu drzewka genealogicznego ma przodka Patricka Lyncha ur. 1705 r.   w Galway (port w zachodniej Irlandii).

Przodek ten miał uciec przed prześladowaniami protestantów brytyjskich (w uzasadnieniu wydania znaczku nie używa się słowa „protestancki”) do Hiszpanii pod ochronę katolickiego króla  a następnie z Kadyksu popłynąć do Buenos Aires w Wicekrólestwie Peru w Ameryce Południowej, stanowiącego od połowy XVI w. własność korony hiszpańskiej.
Tam  ożenił się z córką bogatych hiszpańskich „laplatańczyków” i zrobił karierę oraz majątek i umarł spokojnie w mieście Potosi, dzisiaj  Bolivia. Jego synowie i wnukowie majątek powiększyli w sposób widowiskowy a pra-pradziadek Ernesta Che Guevary pan Patricio Lynch y Roo  jest czasem określany jako jeden z najbogatszych ludzi Ameryki Południowej swojej epoki czyli połowy XIX w.

Znaczek pocztowy Irlandii poświęcony 50-tej rocznicy śmierci rewolucjonisty i marksisty Che Guevary pra-prawnuka najbogatszego człowieka Argentyny wywołał spore oburzenie wśród Irlandczyków i wśród emigrantów kubańskich w USA. Władze Irlandii wytłumaczyły, iż spośród różnych kandydatów wybrano Ernesto Che Guevarę, bo „był z pochodzenia Irlandczykiem i może skutecznie promować Irlandię”.  

Ernesto Che Guevara był Irlandczykiem w 1,56%, ale czyż dobre chęci i entuzjazm no i fakt, iż „bohater Kuby” oraz Boliwii prezydenta Moralesa i Wenezueli śp. Hugo Chaveza  pasuje do obecnej „narracji” elit rządzących Irlandią jak również elit USA i UE -  jako „marksista, bojownik o sprawę ludu zamordowany przez siepaczy boliwijskiej armii wyszkolonych przez demoniczne CIA”.  

Tak więc odbywa się „promocja Irlandii” przy pomocy Che Guevary i jego rewolucyjnego poświęcenia a tymczasem dyskretnie przemilczana jest sprawa układu, jaki zawarł autor kultowego plakatu Che i obecnie – znaczka Poczty Irlandii z portretem Che za 1 euro - irlandzki plastyk Jim Fitzpatrick  z rodziną Ernesto Che Guevary (córka Aleida i brat Juan Martin Guevara de La Serna) .C oraz bardziej sfrustrowaną tym, jak elegancko podgrzewa wierunkiem „rewolucjonisty Che” - popyt na swoje bardzo luksusowe zegarki firma Rolex czy cały „przemysł golfowy” a w 2012 r. nawet niemiecka firma Mercedes-Benz próbowała „popchnąć sprzedaż” swoich bryk „imidżem Che”.

Okazuje się, że komunizm był fantastyczną sprawą na tej Kubie, ale się już ma ku końcowi i nie wszyscy wyszli z tego eksperymentu tak świetnie zabezpieczeni materialnie jak rodzina Castro.   

Więc uznany spec od reklamy (projekty płyt dla zespołu Thin Lizzy m.in.) pan Jim Fitzpatrik, który w latach 60-tych w cudowny i tajemniczy sposób wszedł w posiadanie kultowego zdjęcia Che, wykonanego przez kubańskiego fotografa Alberto Kordę ( a oficjalnie podarowanego włoskiemu wydawcy Giangiacomo Feltrinellemu przez samego autora) - jakoby poprzez anarchistyczną organizację holenderską Provos  zamierza wystąpić o „ustanowienie praw autorskich” do kultowego plakatu z wizerunkiem Che , aby zyski przekazywać rodzinie Che na Kubę. Bo wcześniej ich nie posiadał z własnego wyboru i rozdawał plakat z Che jak popadnie – za darmo.

Tak to rewolucja wróciła do komercji. A może nigdy z niej nie wychodziła. To w końcu też impreza dotycząca dóbr tego świata a konkretnie – gwałtownej zmiany właściciela dóbr bez zapłaty, połączonej niejednokrotnie z unicestwieniem dotychczasowego właściciela.
W tym sensie Che Guevara „współtwórca rewolucji kubańskiej” został przez praktycznych braci Castro zwyczajnie –spławiony. W jednej rewolucji może być tylko jeden lider i jedna marka. Na Kubie był to Fidel, kolekcjoner Rolexów.  Trzeba było coś zorganizować dla Che, bo bilans „plusów i minusów” trzymania go na Kubie stawał się ujemny.  

Czy też może taki miał być właśnie   los Che:  widowiskowy i medialny lecz kiepski.
O ileż bowiem martwy i dobrze sfotografowany Che Guevara był bardziej przydatny „światowej rewolucji” niż Che żywy i nieznośny z tą swoją manierą socjopaty z wyższych sfer, „któremu należy się więcej”.

Che Guevara zginął marnie w biednej Boliwii we wsi La Higuera, gdzie diabeł mówi dobranoc  9 października 1967 r. a zdjęcia i plakaty były już wiosną 1968 r. na manifestacjach studenckich całej Europy i USA.
Plakaty pojawiły się dzięki Jimowi Fitzpatrickowi a zdjęcia dzięki panu  Giangiacomo Feltrinellemu,  który w najgorętszym momencie tuż po zajęciu ostatniej kryjówki Che Guevary i resztki partyzantów  przez wojska boliwijskie  9 października 1967 r. – pojawił się i „zaopiekował” natychmiast dziennikiem Che Guevary i innymi jego papierami.

Tak się składa bowiem,  że Regis Debray „francuski dziennikarz” oraz  artysta i rewolucjonista kubański z pochodzenia Argentyńczyk  Ciro Bustos i , słuchajcie, słuchajcie – brytyjski dziennikarz George Andrew Roth – zostali schwytani  przez patrol wojsk boliwijskich już 20 kwietnia 1967 r. w miejscowości Muyupampa (obecnie Villa Vaca Guzman) czyli prawie 6 miesięcy przed schwytaniem i rozstrzelaniem Che Guevary. Byli oni jakoby poddawani ciężkiemu śledztwu a nawet torturom w sprawie ujawnienia miejsca pobytu Che, ale Ciro Buscos na emigracji w Szwecji  upierał się, że służby boliwijskie „wiedziały wszystko”.  No a Feltrinelli krążył i czekał nie wiadomo na co, bowiem Regis Debray dostał wyrok 30 lat więzienia i wynegocjowano mu zmniejszenie do 3 i dyskretnie wypuszczono w 1970 r. Aby mógł wrócić do Paryża i rozwinąć swoją karierę jako doradca prezydenta Mitteranda. Między innymi.

No a  Che Guevara został „zabity na śmierć” przez boliwijskiego sierżanta w miejscowości La Higuera, zaledwie 300-400 km od miejscowości Potosi, gdzie w roku 1763 zmarł spokojnie w swoim łóżeczku jego przodek Patrick Lynch z Galway.
W przeciwieństwie do swojego przodka zostawił swoje dzieci bez należytego zabezpieczenia a  tym bardziej nie dał im majątku ojciec Che Guevary, pan Ernersto Rafael Guevara Lynch,  który przeżył syna o całe 20 lat.

Pan Ernesto Rafael Guevara Lynch, ojciec Che Guevary urodził się w roku 1900 jako jedyny syn wśród pięciu sióstr w małżeństwie Roberto Guevary Castro i Any Isabel Lynch Ortiz, bardzo bogatej potomkini jeszcze bogatszego dziadka Patricio Josepha Juliana Lynch y Roo – wnuka sławnego Patricka Lyncha z Galway. Patrick Lynch zbił spory majątek w Wicekrólestwie Peru ale jego wnuk powiększył fortunę do bajecznych rozmiarów, skupując począwszy od lat 20-tych XIX w. rancza i gigantyczne obszary ziemi w rejonie La Plata. Niektórzy twierdzą, po zapoznaniu się z archiwami obrotu gruntami tamtych lat, iż Patricio Joseph Julian Lynch y Roo – był w pewnym momencie najbogatszym człowiekiem Ameryki Południowej. Miał hodowlę bydła mięsnego, prowadził wymianę handlową z USA i krajami Europy, posiadał nawet własne statki, w tym jeden uczestniczył w zajęciu Falklandów.

Było to możliwe dzięki temu, że w roku 1810  doszło pod pretekstem abdykacji króla Hiszpanii Ferdynanda VII i koronacji brata Napoleona – Józefa do – nieuznania „takiej” władzy królewskiej i rozpoczęcia „rewolucji majowej” w Buenos Aires, która w wyniku dramatycznych i krwawych wydarzeń polegających tworzeniu na terytoriach Ameryki Południowej – lokalnych autonomii, które przekształciły się następnie w niezależne od Hiszpanii – państwa.

Rodzina Lynch była mocno i niezbyt elegancko zamieszana w te wypadki. Ciocia  pana Patricio Josepha Juliana Lyncha y Roo  (ur. 1789 w Buenos Aires) czyli siostra jego ojca Justo Pastora Lyncha y Galyan – pani Maria Rosa Lynch (ur. 1761) – córka Patricka Lyncha z Galway wyszła za mąż za potomka weneckiego emigranta – pana Juana Jose Antonio Castelli.

 Wujek Juan Jose Castelli był bardzo wzbogaconym kupcem (weneckim ), który wraz z innymi nowobogackimi prawdopodobnie źle znosił wysokie tony hiszpańskiej bogatej katolickiej arystokracji kreolskiej (Hiszpanie już urodzeni w Ameryce Południowej) zarządzającej w imieniu katolickich królów Hiszpanii Wicekrólestwem Peru czyli do roku 1776 całą Ameryką Południową za wyjątkiem Wenezueli – i to od roku 1544.  No i tak się ciekawie złożyło, że w XVIII w. pojawiło się na terenach wicekrólestwa Peru sporo różnych „emigrantów”, którzy wyznawali poglądy oświeceniowe i przejmowali się ideami Diderota, Rousseau, Woltera. Jak również zakładali loże.

Na przykład niektórzy „ojcowie założyciele” współczesnych państw Ameryki Południowej, powstałych na trupie Wicekrólestwa Peru – Logia Lautaro.  Na przykład „założyciel Chile” pan Bernardo O’Higgins, syn naturalny Ambrosio O’Higginsa, Irlandczyka w służbie królów Hiszpanii – gubernatora w latach 1788-1796 a nawet wicekróla Peru 1796-1801 czy generał Jose de San Martin, którego tatko gubernator królów Hiszpanii – likwidował redukcje jezuickie na podstawie decyzji króla Carlosa w 1767 r.
 No więc kiedy przyszła ciężka godzina na „centralę” czyli Królestwo Hiszpanii, natychmiast na powierzchnię  życia politycznego wyszli „reformatorzy w duchu oświecenia”, między innymi wujek wenecki Juan Jose Castelli.  W dniach 18-25 maja 1810 r. odbył się w Buenos Aires regularny zamach stanu z udziałem wojska i ustanowiony został „rząd prowizoryczny w imieniu Pana naszego Króla Ferdynanda VII” czyli tzw. Primera Junta.
 
W lipcu 1809 r.  działająca na terenie Hiszpanii na czas uwięzienia króla Ferdynanda VII – Junta Suprema Central odwołała dotychczasowego wicekróla Rio de La Plata – generała Santiago de Liniers z bardzo starego rodu francuskich hrabiów de Liniers, których przodek zginął w bitwie pod Poitiers i zastąpiła go pułkownikiem marynarki hiszpańskiej Baltasarem Hidalgo de Cisneros. Cisneros otrzymał nawet ofertę współpracy od Junta Primera, ale grzecznie podziękował „obu juntom” i złożył dymisję oraz wyruszył w drogę powrotną do Hiszpanii. Bo on z Hiszpanii był.

W tym czasie generał Santiago de Liniers gubernator „tymczasowy” Terytoriów Guarani i Tapas – zaczął organizować „antyrewolucyjne podziemie” w celu odwojowania władzy dla Królów Hiszpanii. W tym celu zainstalował się w jakiejś pojezuickiej „estancii” w rejonie miasta Cordoba.  
Ruch rojalistyczny na terenie Wicekrólestwa Rio De La Plata nie zdołał się rozwinąć, albowiem do Buenos Aires dotarł szybko donos o knowaniach generała Santiago de Liniers i wujek Patricio Lyncha, przyszłego multimilionera – członek pierwszego składu Junta Primera – zjawił się natychmiast ze stosownymi siłami wojskowymi, zaaresztował generała de Liniers – i BEZ SĄDU – wydał rozkaz rozstrzelania tegoż. Był lipiec 1810 r. W grudniu odbyła się egzekucja innych oficerów z rojalistycznego spisku i w ten sposób „niepodległość Rio De La Plata została uratowana”.

I dzięki takim zdecydowanym ludziom jak wujek Juan Jose Castelli siostrzeniec Patricio Joseph Lynch y Roo mógł był skupować od połowy lat 20-tych na terenie Rio de La Plata – rancza –hurtem. Od tysięcy hektarów do wypasu bydła w San Pedro na Paraną na północy przez Arrecifes, Chacabuco oraz Arroyo Pinazo w rejonie Buenos Aires do wspaniałych ranch w rejonie Loberia i Balcarce (niedaleko Mar Del Plata) ok. 1000 km na południe od Buenos Aires. Z nieznanych powodów nastąpił spory ruch w tych ranczach i wszyscy bardzo chcieli się ich pozbyć, zapewne niedrogo, na rzecz kuzyna człowieka, który instalował „nową niepodległość” w sposób tak zdecydowany.

Warto też wspomnieć o jego bracie Estanislao Lynch y Roo ( 1793-1849), który udzielał się patriotycznie i rewolucyjnie w Valparaiso porcie na Pacyfiku (obecnie Chile) m.in. w przerzucie broni między „ojcami Chile i Argentyny”: generałami San Martin i O’Higgins. To też mogło mieć wpływ na znaczne sukcesy biznesowe rodziny.

Potem przyszły spokojne stosunkowo czasy a potomkowie Patricio Lyncha y Roo – coraz mniej robili ale konsumowali na dawnym poziomie a majątek trzeba było dzielić.
Ojciec Ernesto Che Guevary, jedyny syn Any Isabel Lynch Ortiz doszedł do tego że ledwie ukończył studia architektoniczne, ożenił się z wyzwoloną obyczajowo panienką Celią de la Serna de la Llosa  a następnie latami „poszukiwał pracy” żyjąc elegancko i światowo  z pensji wydzielanej mu przez matkę.  Były to lata 20-te i 30-te XX w. a rodzina Lynch należała do oligarchii niepodzielnie panującej w Ameryce Południowej od Wenezueli po Patagonię.  Od potomka „najbogatszego człowieka Argentyny”, który zmarł jako legenda w roku 1881 i był chowany z honorami w katedrze w  Buenos Aires – oczekiwano życia na odpowiednim poziomie.
Ojciec Che Guevary „żył na stopie” notorycznie się zadłużając i romansując na boku oraz starając się zachować pozory dawnej świetności. Syna posyłał do najlepszych szkół a nawet do drużyny rugby, sportu raczej elitarnego i niepopularnego wśród mas Argentyny.
Tak więc z jednej strony  Ernesto Guevara de la Serna był posyłany do znakomitych szkół i zapisał się do drużyny rugby (mimo astmy) a w Buenos Aires mieszkał w luksusowej dzielnicy ale z drugiej był indoktrynowany przez „rodzinnych komunistów”. '

„Rodzinnymi komunistami” była siostra matki Che Guevary - pani Carmen de la Serna de la Llosa, małżonka znanego i wpływowego dziennikarza, krytyka sztuki i członka Argentyńskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz członka Partii Komunistycznej Argentyny od roku 1934 – pana Cayetano Cordova Iturburu. Wujek Cayetano jako dziennikarz i pisarz (nawet scenariuszy filmowych) i komunista posiadał odpowiednią bibliotekę z Marksem, Engelsem i innymi a jakoby (bo pewności nie ma) czytaniem dzieł zajmował się szlachetny od urodzenia siostrzeniec, w przyszłości szef ciężkiego więzienia politycznego La Cabaña, podobno osobiście z dużym zaangażowaniem rozstrzeliwujący więźniów.
Jak powiedział jego młodszy brat Juan Martin Guevara de la Serna, który właśnie „przerwał milczenie” czyli wydał książkę „Mi Hermano el Che” (Mój brat Che):”… Wszyscy rozstrzelani byli skazani na śmierć. Zostali rozstrzelani ponieważ była kara śmierci…’ I dalej: „… El jefe de La Cabaña era Ernesto Che Guevara, él puso la firma…”( Szefem La Cabaña był Ernesto Che Guevara, on uruchomił firmę..”. 
Che Guevara ma też wkład w nowe porządki na Kubie, bowiem to on miał zorganizować powszechne komitety blokowe, które inwigilowały totalnie mieszkańców dzień i noc i pracowicie pisały meldunki o wszystkich „odchyleniach”.  Taki stopień inwigilacji był jedynie w NRD.

Co do „teorii rewolucji” ,  to powtarzał w trakcie przemówień i wywiadów  w kółko słowa „oligarchia” ( z której sam się wywodził w prostej linii) i  słowo „lud” (el pueblo) , który widywał z daleka, bo mieszkał zawsze w lepszych lub najlepszych dzielnicach, czy to w Buenos Aires, czy w Cordobie.
Toteż nie może dziwić, że kiedy już wraz z braćmi Castro „zrobił rewolucję kubańską”  to już w roku 1958 otrzymał od Fidela w prezencie Rolexa i tak się przyzwyczaił do marki, że miał ich całą kolekcję. We wczesnej fazie nosił Rolexa Submarinera, ale najwięcej zdjęć ma z Rolexem GMT-Master reference 1675, prezent od Fidela Castro. Fidel dosłownie miał hyzia na punkcie rolexów i czasem pokazywał się z dwoma na jednej ręce. Czas miał ustawiony na Hawanę i „kontrolnie” – na Moskwę. 
Pierwszego rolexa Che podarował tatusiowi, który po zwycięstwie rewolucji stawił się błyskawicznie w Hawanie z większością rodziny w oczekiwaniu na udział w podziale łupów, co ja mówię, w podziale efektów pracy rewolucyjnej. Najwidoczniej egzystencja w Buenos Aires bez dotacji babki Lynch Ortiz - stała się nie do zniesienia.

A ponieważ jak to mówią, w walce rewolucyjnej synchronizacja działań to podstawa sukcesu, więc tacy rewolucjoniści jak Fidel i Che po prostu byli skazani na rolexa, aby rewolucja się powiodła.
 
W Boliwii się jednak nie powiodło i  Rolexa z ręki „zimnego Che” zdjął czarny charakter tej opowieści kubański emigrant w służbie CIA Felix Rodriguez , któremu rewolucjoniści na Kubie wytłukli większość rodziny i  który szkolił boliwijskich ranwersów do walk partyzanckich w terenie Gran Chaco. I, jak to podły charakter, podobno przetrzymuje rewolucyjnego rolexa GMT- Master do dzisiaj.
Potomkowie Patricka Lyncha zdradzili królów Hiszpanii w trakcie „rewolucji majowej” na początku XIX w. a Che Guevara zdradził lud na rzecz przemysłu luksusowych zegarków  i własnej żądzy władzy nad życiem i śmiercią innych a sam został zdradzony przez tych, którzy cały ten „rewolucyjny biznes XX w.” motali. I którym wizerunek Guerrillero Heroico (Heroicznego Bojownika) na transparentach roku 1968, potwierdzony jego śmiercią – bardzo się przydał.

Jak widać powyżej, małym katolickim narodom, jak Polscy czy Irlandczycy,  uporczywie i konsekwentnie stręczone są jako „szlachetne wzorce” postacie nie mające wiele wspólnego z katolicyzmem jako „święci zastępczy”. W miejsce św. Patricka, po którym ma zostać w przestrzeni publicznej tylko – kolor zielony na pamiątkę tej koniczynki. A nam zostaje kosa na sztorc i bieg wprost na gotowe do strzału armaty. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz