wtorek, 6 czerwca 2017

Kpt. Młokosiewicz, gen. Blayney, Fuengirola i masakra wizerunkowa Brytanii.



Jak wiadomo  polska jazda jest najlepsza na ziemi a polska husaria w Kosmosie, więc nikt nie zwraca uwagi na piechociarzy, co jest wielką niesprawiedliwością. Wszyscy słyszeli o bitwach pod Kircholmem i Kłuszynem. Ostatnio hitem jest polska husaria pod Wiedniem w 1683 r. A bardzo rzadko i tylko mimochodem wspomina się zwycięską bitwę o Fuengirolę w Hiszpanii, stoczoną w 1810 r. przez  polskich żołnierzy  z 4 Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego z dziesięciokrotnie  silniejszymi ( w ludziach) wojskami brytyjsko-niemiecko-hiszpańskimi i wspieranych przez artylerię i okręty.
A piechota „ta szara piechota” zupełnie zapomniana. No chyba, że twórcy polityki historycznej III RP chcą pokazać zdjęcia polskich piechociarzy idących do niemieckiej niewoli w 1939 r. Jest też jeszcze problem wizerunkowy i problem wydawania pieniędzy Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który cierpi na taki brak scenariuszy filmowych, że wydaje kasę na podrasowane życiorysy Brystygierowej czy Wisłockiej Michalinki.
Dokładnie 200 lat temu cała Europa żyła wyczynem 400 żołnierzy  polskiej piechoty i 57 francuskich dragonów  pod dowództwem kapitana Franciszka Młokosiewicza w dniach 14-15 października 1810 r. na pięknym kawałku wybrzeża hiszpańskiego na wschód od Gibraltaru – w miejscowości Fuengirola.  
Który to wyczyn zniszczył  wizerunek wspaniałej armii brytyjskiego Imperium zaledwie 5 lat po bitwie pod Trafalgarem. I zapewne dlatego tyle filmów o tej bitwie pod Trafalgarem i o Horatio Nelsonie i jego tłustej kochance i chudej żonie. Chyba żeby przykryć totalny obciach, jakiego niezwyciężona brytyjska armia doznała od załogi maleńkiego starego zameczku, składającej się ze 100 polskich piechociarzy z Czwartego Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego i 11 francuskich dragonów. Przepraszam, poprawka: 10 dragonów francuskich i jednego O’Callagana z Cullaville, Irlandczyka w służbie francuskiej w stopniu pułkownika, który musiał uciekać z Irlandii jako członek nielegalnej organizacji patriotycznej United Irishmen (Zjednoczeni Irlandczycy), walczącej z okupacją brytyjską.
No więc ta nasza piechota Kapitana Franciszka Młokosiewicza po krwawych bojach w centrum Hiszpanii pełniła sobie w 1810 r. służbę garnizonową w maleńkiej i starej twierdzy mauretańskiej zwanej Sohail,  spoglądając na piękną plażę,  szmaragdowe wody Morza Śródziemnego i piękne Hiszpanki. Oraz degustując miejscowe wina i ryby, czasem wpadając do kolegi porucznika Eustachego Chełmickiego i jego 60 piechurów w miasteczku Mijas – na karty, wino i śpiew, lub dla odmiany wyprawiając się aż 30 km do samego majora Ignacego Bronisza i jego 200 piechurów i 40 dragonów do miasteczka Alhaurin. Wchodzili w skład korpusu generała Sebastianiego, który leżakował głównie w Maladze, jakieś 50 km na północny wschód a oddzielały ich od niego piękne góry Sierra de Mijas.  Cała ich robota miała polegać na tym, aby partyzantka hiszpańska nie miała z morza zaopatrzenia w broń od Brytyjczyków z Gibraltaru i co jakiś czas wypolerować cztery wiekowe armaty.
Tymczasem w niedalekim Gibraltarze generał brytyjski Andrew Thomas Blayney, 11 lord Blayney, dowódca 89 regimentu piechoty postanowił powtórzyć sukces Napoleona z Tulonu i wziąć z zaskoczenia Malagę. Gibraltar leży od Malagi zaledwie 140 km drogą lądową. Ale ponieważ w tamtych czasach Hiszpania nie żyła jeszcze z turystyki, wybrzeże nie miało drogi lądowej , więc brytyjski strateg postanowił wykorzystać do akcji słynne brytyjskie okręty, których ci był u Brytyjczyków dostatek.
Wymyślił sobie, że wsadzi na brytyjski okręt liniowy HMS Rodney , trzy fregaty : HMS Circe, HMS Topaz, HMS Sparrowhawk, pięć kanonierek, kilka brygów i slupów transportowych oraz jeden okręt hiszpański wielkości HMS Rodney -  3 bataliony angielskiego wojska  czyli jakieś 2000 sołdatów, podpłynie do Fuengiroli, wysadzi wojsko na plaży a tam dołączy do niego 1000 hiszpańskich partyzantów. I stamtąd wspólnie rozwiną  atak lądowy na Malagę. Po drodze zajmując w kwadrans starą twierdzę mauretańską w Fuengiroli.

Jak wymyślił,  tak  zrobił.  To znaczy – nie do końca. Na drodze stanął mu kapitan Franciszek Młokosiewicz urodzony w Koźminku powiatu kaliskiego w roku 1769, służący od 20 roku życia od stopnia szeregowca w wojsku polskim (7 regiment piechoty Piotra Franciszka Potockiego) początkowo w wojnie z Rosją (sierżant) i w Insurekcji Kościuszkowskiej (porucznik). Od 1806 r. służył w 4 Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego ,w którym dosłużył się stopnia kapitana i w kampanii 1807 przeciwko Prusakom – Orderu Virtuti Militari. Prywatnie – syn rzemieślnika Feliksa Młokosiewicza i pani Agnieszki z domu Szymańskiej. No i na drodze brytyjskiego generała stanęły  wąsate wiarusy 4 Pułku Piechoty. W liczbie 400.
Pan generał Andrew lord  Blayney w dniu 14 października 1810 r. pchnął tę swoją „brytyjską Armadę” do zatoki Cala Moral, znajdującej się w odległości 2 km na południowy zachód od Fuengiroli. Wysadził tam na plaży wojsko brytyjskie, 5 ciężkich dział , w tym jedno 32-funtowe obsługiwane przez 96 brytyjskich kanonierów. Sam również wysiadł z okrętu i ruszył na czele  połączonych sił brytyjsko-hiszpańskich drogą lądową a okręty płynęły równolegle. Stanowiły one ubezpieczenie artyleryjskie , bowiem HMS Rodney posiadał na pokładzie 74 działa.
Bezpośredni atak na Fuengirolę zaczął się od tego, że hiszpańscy patrioci zaatakowali stado krów pilnowanych  przez  polskich piechurów na łące pod twierdzą i zabijając dwóch z nich oraz porywając bydło.  Była godzina 13. W reakcji na prowokację Hiszpanów 40 polskich żołnierzy wyskoczyło z bronią z twierdzy goniąc Hiszpanów i bydło. W tym momencie kapitan Młokosiewicz zobaczył na horyzoncie brytyjskie okręty i cofnął pogoń natychmiast.
O godzinie 14:00  brytyjska wyprawa lądowa dotarła pod zamek a generał lord Blayney wysłał emisariusza do zamku z żądaniem poddania. Na co kapitan Młokosiewicz odpowiedział: „Przyjdźcie i sobie weźcie”.
W tym momencie brytyjskie okręty otworzyły ogień a polska załoga musiała błyskawicznie opanować obsługę czterech starych dział, bowiem Hiszpanie uciekli. Optymistom  szczęście sprzyja i sierżant Zakrzewski piechociarz w roli artylerzysty spisał się rewelacyjnie – zatapiając na wejściu jedną kanonierkę i szarpiąc parę innych. W tych okolicznościach przyrody Brytyjczycy wycofali się poza zasięg ognia polskich dział a twierdzę ostrzeliwały dwie brytyjskie fregaty.
Czas mijał i piechota brytyjsko –hiszpańska po przegrupowaniu ruszyła w regularnym ataku na twierdzę. Polska artyleria i piechota otworzyły ogień kładąc  trupem dowódcę II batalionu 89 elitarnego Pułku Piechoty brytyjskiej Connaught Rangers  i paru innych Anglików a z kolei wśród obrońców – ranny został sam dowódca Młokosiewicz i 13 żołnierzy oraz zostało zabitych trzech innych.
Nadeszła noc i wojsko brytyjskie nieco się wycofało a generał Blayney zarządził sprowadzenie na ląd dodatkowych dział celem urządzenia pod twierdzą stałych stanowisk artyleryjskich i zniszczenia jednej ze ścian muru obronnego zamku Sohail. Normalnie jak w II tomie „Potopu” Henryka Sienkiewicza Szwedzi pod Jasną Górą, tylko w znacznie lepszych warunkach pogodowych i krajobrazowych.
Tej nocy działy się i inne rzeczy mrożące krew w żyłach: załoga niedalekiej placówki w Mijas pod dowództwem porucznika Chełmickiego na odgłos wielogodzinnej kanonady od strony Fuengiroli – jak pisze docent wiki :”… prześliznęła się przez brytyjskie linie wokół zamku..”  i dołączyła do obrońców twierdzy Sohail. Z kolei  major Bronisz w Alhaurin zawiadomiony o ataku – wymaszerował ze swoimi siłami wczesnym rankiem 15 października 1810 r. w stronę Mijas i tam natrafił na oddział hiszpańsko –niemiecki w liczbie 450 sołdata, wysłany przez lorda Blayneya dla obsadzenia placówki Mijas.
 Więc piechota polska „poszła na bagnety” i starła w proch dwukrotnie silniejszy oddział, po czym ruszyła na ratunek załodze Fuengiroli.
Od wczesnego poranka 15 października trwał silny brytyjski ostrzał artyleryjski zamku, w wyniku którego zniszczona została jedna z wież. Dopłynął też na miejsce HMS Rodney i „ten drugi okręt hiszpański” i wysadziły dodatkowe 932  żołnierzy  piechoty brytyjskiej z I batalionu 82 pułku.
W tej sytuacji kapitan Młokosiewicz postanowił wykonać atak wyprzedzający na pozycje artylerii brytyjskiej całą posiadaną siłą w liczbie 130 żołnierzy, zostawiając rannych do pilnowania bramy.
Atak był takim zaskoczeniem, że hiszpański regiment obsadzający wzgórze z armatami z przewagą 10:1 czyli w liczbie około 1.300 sołdatów rozproszył się i wycofał. A polscy żołnierze opanowali jedną baterię armat – odwrócili  te armaty  i zaczęli ostrzeliwać siły brytyjskie. Mimo tego, że Polacy uczyli się obsługiwać te armaty „w biegu”,  narobili potwornego zamieszania w oddziałach wroga, utrudniając znacznie przegrupowanie. Ostrzał ten trwał około pół godziny, czyli w tych warunkach – niemal wieczności.
W ciągu pół godziny generał lord Blayney ogarnął swoje wojsko i rozkazał uderzyć na „polską baterię”
ale Polacy wysadzili zapasy prochu tej baterii i już mieli zamiar wycofać się do twierdzy, kiedy lewą flankę Brytyjczyków  zaatakował oddział majora Ignacego Bronisza, który nadszedł z odległego o 30 km Alhaurin, po drodze rozbijając oddział niemiecko-hiszpański.
Nastąpiło w siłach brytyjskich kolejne zamieszanie i odwrócenie uwagi od oddziału kapitana Młokosiewicza, który przegrupował swoje 130 osobowe „siły” i uderzył na brytyjskie wojsko – z prawej strony. W ataku brali udział również francuscy dragoni z twierdzy z 21 regimentu – w liczbie 30.  Historia zapewnie wie, czy francuscy dragoni wystąpili jako kawaleria czy jako piechota, ale ja nie znalazłam informacji na ten temat.

Działo się to wszystko w czasie, kiedy HMS Rodney wysadzał 932 sołdatów I batalionu 82 Pułku i ci żołnierze wobec panującego chaosu – również się załamali.
W oku cyklonu znalazł się nieszczęsny generał lord Blayney, którego żywot podobno polska piechota chciała zakończyć bagnetami, ale miał go wyratować francuski dragon niejaki Frederic Petit (Fredek Mały). To jest informacja z polskiego docenta wiki, którego zupełnie nie potwierdza brytyjski docent wiki. Wg brytyjskiego docenta wiki, generał Blayney :”… After Lord Blayney was taken prisoner by the Poles, his infantry sounded retreat and started a chaotic re-embarcation under the fire of their own, captured once more, guns….”.(Po tym, jak Lord Blayney  został wzięty do niewoli przez Polaków, jego piechota zarządziła odwrót i zaczęła chaotyczny załadunek pod ogniem swoich własnych, przejętych jeszcze raz , dział).
 Co do tej okoliczności zdania mogą być podzielone, albowiem na scenie pojawia się  Irlandczyk w służbie francuskiej  dragon  w stopniu pułkownika o nazwisku  O’Callagan pochodzący z miejscowości Cullaville w Irlandii. I wedle angielskiego docenta wiki  to on miał nalegać na wzięcie generała Blayneya do niewoli. Niewykluczone, że powodem było to, iż Blayney był „lordem irlandzkim” tzn. miał majątek położony w Irlandii , co wg naszych kryteriów oznacza, iż był  brytyjskim okupantem Irlandii, która jęczała dosłownie od czasów Cromwella i Elżbiety pod brytyjskim butem. Podobno O’Callagan z Cullaville nalegał, aby generała Blaneya wymienić na innego ważnego irlandzkiego patriotę z organizacji United Irishmen.
Najprawdopodobniej jednak Blayneya polskie wojsko wzięło do niewoli i zawlokło do twierdzy, aby zasygnalizował brytyjskim okrętom, aby przerwały ostrzał starej twierdzy, żeby się nie rozsypała.
A ten cały „Frederic Petin francuski dragon” był wymysłem samego Blayneya, który został przekazany do francuskiego dowództwa generała Sebastianiego i w niewoli francuskiej przesiedział 4 lata.
Nie mógł on spokojnie myśleć o Polakach, więc brał odwet jak potrafił.
Z pobytu w niewoli napisał wspomnienia pt. Narrative of a Forced Journey through Spain and France as a Prisoner of War in the Years 1810 to 1814, by Major-General Lord Blayney (London, 1814)
W tych wspomnieniach tak opisał swoje pierwsze wrażenie z „polskiej niewoli”: „…Scena, która się wydarzyła w tym momencie nigdy nie zostanie wymazana z mojej pamięci, zarówno polscy oficerowie i żołnierze mieli wszyscy wygląd tych zdesperowanych rozbójników opisanych w romansach; ich długie wąsy, ich twarze poczerniałe od dymu i prochu strzelniczego, i ich zakrwawione i podarte ubrania, nadające im wygląd nieopisanie groźny…”.  
Ja się zastanawiam, gdzie on prowadził wcześniej te swoje wojny, że nie kojarzył, jak ma wyglądać żołnierz po ponad 24 godzinach nieprzerwanego boju bez możliwości snu i jedzenia. Część tych żołnierzy w dodatku musiała w pełnym oprzyrządowaniu wojskowym przebiec marszobiegiem około 40 km w terenie górskim Sierra de Mijas, po drodze zaliczając atak na bagnety na dwukrotnie większy oddział. A w wolnych chwilach obsługując armaty.
W tej bitwie najważniejsze były takie okoliczności przyrody jak : pot, krew, proch, piach plus wąsy – i dźganie bagnetami – a ten pan, terroryzujący w życiu prywatnym bezbronnych Irlandczyków – i w tej bitwie mający do dyspozycji przeważające siły w ludziach i sprzęcie 10:1 – przegrywa bitwę idaje się wziąć do niewoli. A w epilogu przedstawia wroga w konwencji powieści gotyckiej, jakże modnej w tamtych czasach.
W kwestii remanentów pobitewnych warto wspomnieć, że generał lord Blayney musiał oddać swój szablę- zwycięzcy i Kapitan Młokosiewicz otrzymał tę szablę. Jakimi drogami ta szabla zawędrowała do Muzeum Czartoryskich w Krakowie – nie wiem, ale myślę, że warta jest zbadania.
Wojskowy bilans bitwy jest następujący: po stronie polskiej 20 zabitych i 100 rannych , natomiast po stronie brytyjskiej: 40 zabitych, 70 rannych, 177 wziętych do polskiej niewoli , w tym dowódcę całej ekspedycji, utrata kanonierki, 5 dział, 300 karabinów, 60 tysięcy sztuk amunicji – plus ośmieszenie totalne i utrata twarzy.

Początkowo nikt nie chciał uwierzyć w tak porażające zwycięstwo trzech małych garnizonów piechoty polskiej z siłami posiadającymi taką przewagę.
Generał Sebastiani  przybył ze swoimi wojskami z Malagi w dniu 16 października 1810 r. i dopiero kiedy na własne oczy zobaczył „teatr wojny” wysłał raport do marszałka Soulta a Cesarz  Francuzów czyli Napoleon Bonaparte  odznaczył 18 grudnia 1810 r. Kapitana Franciszka Młokosiewicza , majora Ignacego Bronisza i porucznika Eustachego Chełmickiego – Legią Honorową. Ten to umiał docenić wojsko, bo sam był fachowcem najlepszym w branży do czasu, aż nie docenił „czynnika pogodowego”.
Kapitan Młokosiewicz był na ustach całej Europy, zwłaszcza w świecie wojskowym i negatywny wizerunek Polaków jako żołnierzy nie mógł być już wykorzystywany w propagandzie brytyjskiej. Co było czynione w propagandzie brytyjskiej wcześniej.  Jego fanem był na przykład młodszy brat cara rosyjskiego wielki książę Mikołaj Romanow, przyszły car Mikołaj I.
Kapitan Franciszek Młokosiewicz walczył jeszcze „pod Napoleonem” m.in. w odwrocie pod Berezyną i w Bitwie Narodów pod Lipskiem w 1813 r. Następnie służył w 1815 r. w stopniu majora w Korpusie Inwalidów Królestwa Kongresowego.

W 1817 r. złożył dymisję i ożenił się. Pierwszą żoną była Anna Sokołowska posiadająca majątek w Omięcinie koło Radomia. Drugą żoną  była pani Anna Janikowska primo voto Guźniewska, z którą miał troje dzieci: Konstantego, Ludwika i córkę Helenę.
Z pierwszego małżeństwa miał jedno dziecko, podobno syna. Ale w takim wypadku powstaje problem genealogiczny, bowiem wg bazy danych Geni Franciszek Młokosiewicz miał też córkę Annę, która była drugą żoną Leona Potockiego, syna Stanisława Floriana Potockiego.  Z tego małżeństwa urodziła się Leonia Potocka herbu Pilawa Złota, która wyszła za mąż za pana Henryka Dobrzańskiego h. Leliwa i mieli oni troje dzieci, w tym syna Henryka juniora. Ten zaś ożenił się z panną Marią Lubieniecką h. Rola i tak dochodzimy do ich dwojga dzieci: pani Leonii Pappèe i Henryka Dobrzańskiego III, czyli Majora „Hubala”.
Zanim urodzili się ci wszyscy potomkowie a raczej potomkinie, to major Franciszek Młokosiewicz zdążył jeszcze „przystąpić do służby czynnej” w Powstaniu Listopadowym, gdzie uzyskał stopień pułkownika. Miał wtedy 62 lata. W bitwie pod Kałuszynem brał udział w ataku na prawą flankę wojsk rosyjskich, po którym uzyskał nominację na generała. Kiedy już Paskiewicz atakował Warszawę, Generał Młokosiewicz bronił Woli.
Po upadku Warszawy, rozejrzał się po całym kraju i zapewne pomyślał sobie „po co nam to było” i – poprosił o dymisję, złożył przysięgę na wierność Mikołajowi i wrócił do Omięcina. Mikołaj nigdy mu tego nie zapomniał i nagrodził go szlachectwem Królestwa Polskiego. Herb generała Młokosiewicza nosił nazwę Fuengirola i podobno (wg Szenica) :”… w polu czerwonym kamienna baszta sześcioboczna z blankami, w bramie baszty złoty lew w prawo spięty, miecz w prawej łapie do cięcia trzymający, w szczycie hełmu pół lwa jak w tarczy, w prawo paszczą w tył obrócony…”.
Co tu dużo mówić, każdy chciałby mieć taki herb.
Przed śmiercią w roku 1845 wydał swoje wspomnienia jako odpowiedź na dzieło generała lorda Blayneya, który robił co mógł, aby się zemścić na Polakach. Jedną z form było info, że tak naprawdę zwyciężyli go Francuzi pod dowództwem generała Sebastianiego.
Generalnie Brytyjczycy śledzili losy Generała Młokosiewicza i jego syna Ludwika, który ma nawet hasło w brytyjskiej wiki.
Ludwik Młokosiewicz, urodzony 25 sierpnia 1831 r., kiedy jego ojciec miał lat 62 i miał wziąć udział w bardzo niebezpiecznej przygodzie wojennej.
Jego Ojciec miał wobec niego jasno sprecyzowane nadzieje.. Chciał z niego uczynić żołnierza i kiedy otrzymał szlachectwo wysłał syna do Aleksandryjskiego Korpusu Kadetów w Brześciu nad Bugiem, gdzie młodzieniec dotrwał do śmierci Ojca. Rzucił Korpus Kadetów i uczył się prywatnie. Po czym z tajemniczych powodów wstąpił jako ochotnik do Armii Rosyjskiej i skorzystał z przywileju ochotnika – mógł sobie wybrać miejsce pobytu. Wybrał Kaukaz i został wybrany do miejscowości Lagodekhi, położonej u stóp Wysokiego Kaukazu. Stacjonował z garnizonem i włóczył się po przepięknej okolicy leśnej rozciągającej się na wysokościach od 500 do 3500 m npm.  
Okazał się entuzjastą przyrody, zarówno ptaków, zwierząt jak i roślin. Odkrył m.in. nazwane jego imieniem : sporego ptaka  cietrzewia kaukaskiego zarejestrowanego dla nauki jako „Tetrao mlokosiewiczi” oraz piwonię nazwaną „złotą piwonią” lub „piwonią kaukaską” a zarejestrowaną jako „Paeonia daurica subsp. mlokosewitschii”.
Służył do roku 1861 r. i zostawił po sobie park garnizonowy, w którym nasadzał różne ciekawe okazy flory m.in. magnolie, rododendrony i odmiany brzozy wysokogórskiej.
Wrócił do Polski a następnie w 1962 wyjechał do Persji i Beludżystanu. Kiedy wrócił po roku został aresztowany i skazany na 6 lat zsyłki do guberni woroneskiej pod zarzutem szpiegostwa i podżegania do buntu.  Zwolniono go w 1867 r. i wtedy zaczął jeździć trochę po świecie – w tym znowu po Persji. Po powrocie w roku 1878 r. wystarał się o posadę leśnika w Lagodekhi, gdzie zamieszkał we własnym domu na terenie obecnego Parku Narodowego Lagodekhi.  Założył dendrarium – podobno aż 1200 drzew z całego świata. Prowadził badania przyrodnicze finansowane w pewnej części przez Aleksandra i Konstantego Branickich oraz dostarczał muzeom okazy zoologiczne i botaniczne.
Ilekroć mówi się o Lagodekhi Protected Areas albo o Lagodekhi National Park, zawsze pada wtedy nazwisko Młokosiewicza, bowiem to Ludwik Młokosiewicz naciskał już od 1889 r. na rząd rosyjski na utworzenie strefy chronionej na terenie obecnego Parku Narodowego Lagodekhi.
 Pozostał na Kaukazie do śmierci. Na emeryturę przeszedł w 1897 r. a zmarł w 1909 r. i jego odnowiony ładnie nagrobek jest na cmentarzu w Lagodekhi. Ojciec – bohater spod Fuengiroli leży na Powązkach w Warszawie.
Na  stronie Muzeum Chopina w Warszawie (w języku angielskim) znajduje się informacja, że :”…Muzeum Chopina posiada także szkice, których kompozytor nigdy nie użył do swoich dzieł (…) fragmentów piosenki „Dawny polak (sic!) chodził w portkach” (…) jak również refren z „Mazurka Dąbrowskiego” (..) z zabawną dedykacją „od jednego ignoranta dla drugiego…” prawdopodobnie dla Konstantego Młokosiewicza, Lejtnanta Huzarów , datowany Carlsbad.2.Sept.1835…”. To chyba starszy syn Franciszka Młokosiewicza jest adresatem.
Jest to historia tak fantastyczna, że zapiera dech w piersiach.   A jak to wyglądało, namalował January Suchodolski, który namalował wiele obrazów batalistycznych z epoki wojen napoleońskich. Na razie musi nam wystarczyć, skoro nikt nie nakręcił filmu. Była tylko jakaś rekonstrukcja nagrana dla TVP, ale historia milczy, co się z nią dzieje. 



poniedziałek, 5 czerwca 2017

Chowanie Zmarłych i kanonizacje czyli Metropolita Szeptycki, TVP i Yad Vashem.



Dzisiaj mamy drugi dzień Zielonych Świątek czyli święta Zesłania Ducha Świętego. Niestety jest to dzień pracy, bowiem w dniu 18 stycznia 1951 r. prezydent Bierut i premier Cyrankiewicz Józef podpisali ustawę o dniach wolnych od pracy (Dziennik Ustaw 4/51 poz.28), która do dni wolnych od pracy zaliczyła  tylko „pierwszy dzień Zielonych Świąt”. Co się przekłada na język potoczny – że zabrali Polakom jeden dzień wolny od pracy: drugi dzień Zielonych Świąt. I tak zostało do dzisiaj.  
Polacy już chyba trochę zapomnieli ale trudno się dziwić, skoro tyle spraw jeszcze nie jest załatwionych tak, jak każe obyczaj cywilizowanych państw oraz prawo Boskie. Jak na przykład pochówek polskich Patriotów, zamordowanych przez komunistów po wojnie i „pochowanych w nieznanym miejscu”. Trzeba było determinacji Profesora Szwagrzyka i osób Go wspierających, aby sprawa posuwała się (z oporami) naprzód.
Ale poza pochówkiem Bohaterów została jeszcze sprawa pochówku „Zwykłych Polaków”- za Bugiem, którzy w liczbie ponad 100 tysięcy oczekują na chrześcijański pogrzeb. A najpierw na ekshumację.
Leżą oni w ziemi „naszego sojusznika”, którego niepodległość III RP uznała jako pierwsze państwo na świecie, ale to jakoś nie rodzi skutków w postaci zwykłej grzeczności, żeby nie powiedzieć- chrześcijańskiego obowiązku.
Bo o obowiązku mówimy w tej sprawie. Jak stanowi Katechizm Kościoła Katolickiego, zawierający zbiór reguł i nakazów dla wiernych Kościoła Rzymsko Katolickiego, na stronach  556-557  w punkcie 2.447 wierni Kościoła podlegający władzy Papieża mają wskazane Uczynki Miłosierdzia jako:… dzieła miłości , przez które przychodzimy z pomocą naszemu bliźniemu w potrzebach jego ciała i duszy. Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia względem duszy. Uczynki miłosierdzia względem ciała polegają zwłaszcza na tym, by głodnych nakarmić , bezdomnym dać dach nad głową , nagich przyodziać, chorych i więźniów nawiedzać, UMARŁYCH GRZEBAĆ..”.
 To zresztą nie tylko nakaz katolicki: pamiętam szkolną lekturę: tragedię Sofoklesa z 442 r. p.n.e. pt. „Antygona”.
 Ileż to było dyskusji i wypracowań na temat tego, że Kreon złamał boskie prawa zakazując pochówku zdrajcy Polinejkesa – a Antygona złamała prawo ludzkie – ustanowione przez aktualnego władcę.
Oczywiście wszystko skończyło się źle i w tej tragedii Sofoklesa żywy pozostał tylko Chór i ten facet co pilnuje kurtyny ale warto pamiętać, że nawet w komunistycznej szkole, trochę przez nieuwagę, przemycona została informacja, że już w starożytnej Grecji – pochowanie zmarłych było jednym z „nakazów bogów”. Fundament cywilizacji.
Ale chyba pani Kopacz i pan Tusk „Antygony” nie przerabiali , podobnie jak chyba nie czytali Katechizmu Kościoła Katolickiego i teraz robią głupie miny, kiedy ponowna ekshumacja Ofiar tragedii Smoleńskiej pokazuje, że dopuszczono się bezczeszczenia zwłok. Kimkolwiek byli ci ludzie, oni też są z innej cywilizacji, nie obejmującej Sofoklesa i Nowego Testamentu – Ewangelii wg Mateusza 25, 31-46.
Niestety, do tej listy musimy dopisać, cześć naszych drogich sąsiadów Ukraińców- polityków, którzy nie dość, że nie mogą upilnować polskich nagrobków i pomników polskich Ofiar przed bezczeszczeniem i dewastacją „przez nieznanych sprawców” , to jeszcze „wstrząśnięci” rozbiórką nielegalnie postawionego na cmentarzu pomnika, który NIE jest grobem – wydali decyzję o COFNIĘCIU zgody na prowadzenie ekshumacji ofiar rzezi dokonywanych przez OUN UPA. Chodzi konkretnie o informację Profesora Włodzimierza Osadczego, Dyrektora Centrum Badań Wschodnioeuropejskich Ucrainicum KUL w Lublinie o tym, iż władze ukraińskie zabroniły poszukiwania szczątków polskich ofiar II WW  i prowadzenia ekshumacji w przypadku:
- Ostrówek i Wola Ostrowicka – doły śmierci ok. 1000 polskich ofiar zbrodni dokonanej w sierpniu 1943 przez OUN UPA,
- Tynne –nieznana ilość  żołnierzy KOP poległych w 1939 r. ,
- Hołoska – mogiła kilkuset żołnierzy 11 Karpackiej Dywizji Piechoty poległych w walkach  z Niemcami w 1939 r.
Ponadto dyrektor ukraińskiego IPN Wołodymyr Wjatrowycz – wstrzymał wydawanie DALSZYCH zezwoleń na poszukiwanie dołów śmierci polskich Ofiar i porządkowanie istniejących mogił i cmentarzy.  Ponadto wydał decyzję o NIELEGALNOŚCI ok. 105 polskich pomników i znaków pamięci postawionych na miejscach pochówku Polaków w latach 1991 -2017.
Informacja o tym została podana na portalu PCh24.pl w dniu 3 czerwca 2017 r.  w artykule pt. „ Historyk o skandalu braku pochówku: to efekt kupczenia pamięcią.”
Dopisujemy pana Wiatrowycza  do listy tych, którzy nie czytali ani„Antygony”, ani Katechizmu Kościoła Katolickiego. Teoretycznie pan Wiatrowycz czytać „Antygony” nie musiał (i zapewne tego nie zrobił), podobnie jak nie musiał czytać Nowego Testamentu czy Katechizmu Kościoła Katolickiego. Jest tylko urzędnikiem a nie np. popem cerkwi grecko –katolickiej.
Najważniejsze jest tutaj stwierdzenie o „kupczeniu pamięcią” przez polskich polityków, co obserwujemy z coraz większym zażenowaniem od 1990 r. „na kierunku wschodnim”.
Za to „polscy politycy” jak „czerwony dyplomata Adam Rotfeld” na „ukraińskim odcinku religijnym” wychodzili wręcz z siebie, aby nieba przychylić „naszym braciom grekokatolikom”, którym się marzy już od roku 1958  beatyfikacja  - metropolity Andrzeja Szeptyckiego (1865-1944) „ojca Ukrainy”.  Ścieżkami dyplomatycznymi, pisaniem licznych listów, składaniem wieńców i kręceniem filmów „śledczych dokumentalnych”.  Wspólnie z lwowskim Biurem Postulacyjnym „wyrąbali drogę” do beatyfikacji i Ojciec Święty Franciszek w dniu 16 lipca 2015 r. zatwierdził wniosek o uznanie cnót heroiczności. Ale oczywiście –potrzebny jest jeszcze – cud.
W tej sprawie największym ekspertem może okazać się Henio Wujec, który na wieść o ogłoszeniu przez Ojca Świętego Franciszka „cnót heroiczności” oznajmił, że „było to wynikiem działania Ducha Świętego”.  Czuję, że  jeśli będą jakieś problemy „z cudem”, to Henio Wujec, pan Adam Rotfeld, oby żył 200 lat – i pan Kurt Levin z Jerozolimy – syn rabina ze Lwowa – są w stanie dostarczyć dowodów na „ zaistnienie cudu za sprawą metropolity Szeptyckiego”.
To samo środowisko prowadzi  bardzo energiczne naciski aby metropolita Andrzej Szeptycki został uznany przez Yad Vashem w Jerozolimie za Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata i dostał drzewko. Ale, jak  się wydaje, Yad Vashem dopatrzyło się znacznie mniej „cnót heroiczności” u metropolity Szeptyckiego, niż watykańscy biurokraci i sprawa leży w szufladach.
Dlaczego o tym piszę. Otóż jakiś czas temu obejrzałam na youtubie film dokumentalny pt.”Niewygodny” wyemitowany przez TVP i zrealizowany przez reżysera Grzegorza Linkowskiego i ks. Grecko katolickiego Stefana Batrucha (obaj z Lublina) dla Redakcji Katolickiej TVP w roku 2009.  Film ten wywołał krótką burzę, ale jakoś o nim zapomniano. A niesłusznie. Dialogi prowadzone przez „śledczego detektywa” ks. Batrucha we Lwowie i Jerozolimie – z różnymi aktorami dramatu głównie postulatorów w procesie beatyfikacyjnym – są po prostu wstrząsające.  I one powinny wyjaśnić stan umysłów ludzi Cerkwi Grecko-Katolickiej na Ukrainie ale zwłaszcza w Kanadzie, które są glebą, na której wyrasta polityka pana Wiatrowycza.  
Nie mogłam sobie odmówić uwiecznienia dla potomności a zwłaszcza dla siebie niektórych fragmentów tego „śledztwa”, które miało na celu ustalenie, „komu przeszkadzało” ogłoszenie Metropolity Andrzeja Szeptyckiego –Błogosławionym Kościoła. Okazuje się, że najbardziej Prymasowi Wyszyńskiemu i KGB.
Oto zapis fragmentów  ścieżki dialogowej filmu „Niewygodny”:
12.42 -12.50 ks. Roman Terechowskyj  :”.. Gdy zachowanie wszystkich dookoła jest niepoprawne a twoje poprawne automatycznie stajesz się przeciwnikiem każdego..”
13.08 Pytanie ks. Batrucha:”…Czy są dowody na to, że Związek Radziecki wywierał nacisk na kardynała Wyszyńskiego?...”. Odpowiedź ks. Romana :”…Każda dyplomacja opiera się na tym, co się mówi i co jest napisane. Trzeba czytać między słowami…”.
13:29 – 14.11 Bp Michajło Hrynczyszyn :’…Proces natrafiał na trudności praktycznie cały czas. Zdarzyło się też, że proces w ogóle dwukrotnie został zawieszony. Proces był rozpoczęty 5 grudnia 1958 r. W lutym przyjechał Prymas Wyszyński i prosił Trybunał Rzymski o wstrzymanie procesu gdyż nie jest to na czasie. Potem przyjechał do Rzymu na własny koszt Kurt Lewin, jeden z uratowanych  przez metropolitę , którego podaliśmy jako świadka. Przyszedł zeznawać. A proces zawieszony.
Kurt Levin  , Żyd uratowany przez metropolitę Szeptyckiego – w roku 1941 lat około 17.
14.16 :”…Proces beatyfikacji , muszę tu przeskoczyć, zaczął się w dziwny sposób, pojawiły się oskarżenia wysuwane głównie przez KGB, później podchwycone przez innych, również przez kardynała Wyszyńskiego, który dwukrotnie zablokował proces beatyfikacyjny. Chodziło konkretnie o polityczną aktywność metropolity. Oskarżano go o bycie liderem a przynajmniej wspomaganie ukraińskiego skrajnego nacjonalizmu. Druga sprawa to bezpośrednia i pośrednia kolaboracja z Niemcami.
15.07 Biskup Hrynczyszyn :”.. Dwa lata później biskup Wyszyński znowu interweniował udając się do Świętego Oficjum aby proces wstrzymać. I wtedy po raz drugi sprawę zawieszono. Byliśmy w wielkim kłopocie.
15:17 Pytanie ks. Batrucha :”…Czy mogły być jakieś naciski na księdza Prymasa?..”
15:20- 15:40  Biskup Hrynczyszyn:”…Myślę, że on bał się, iż może to mieć negatywny wpływ na JEGO Kościół ze strony władz radzieckich. Dwa razy proces był zawieszany…”
15:45:”…Ks. Batruch sam do siebie głośno myśli: ”…A więc Szeptycki mógł być niewygodny dla istnienia Związku Radzieckiego do tego stopnia, że naciskali na takiego hierarchę jak Wyszyński. Przypomniałem sobie słowa ojca Romana, który też o tym wspominał ..”
16:08 O. Roman :”…Gdy masz swoje stado, powierzone twojej opiece, to pytanie świętości, jest pytaniem wieczności, to rozumiesz, ze owa świętość nigdzie nie ucieknie ale w tym momencie twój kościoł może stać przed obliczem śmierci…”.
16: 28 Ks Batruch pytanie:”…To od beatyfikacji metropolity Szeptyckiego mogło zależeć istnienie kościoła katolickiego w centralnej i wschodniej Europie?...”
16: 36  O. Roman:”…Całkiem niewykluczone..”.
16: 38  Ks. Batrucb: to znaczy wsparcie przez niego procesu beatyfikacyjnego …?”
16:42  O. Roman: „…mogło mieć fatalne skutki…”.
17:10 O. Roman:”.. Chciałbym księdzu tu jeszcze pokazać pewien dokument o tym, co może zrobić propaganda. Proszę zobaczyć Książka wydana kiedyś w USA w Nowym Jorku . Nazywa się „Sojusznicy Zabijania.Ukraińscy nacjonaliści współpracujący w Zagładzie”…..”
Wskazuje palcem zdjęcie, które nie jest pokazywane widzom, plik kseroodbitek  nazywany „książką” również nie jest pokazany na ekranie w zbliżeniu, tylko z daleka i zresztą całe pomieszczenie jest bardzo słabo oświetlone.
17:51 -18:32 O. Roman :”…Jest tutaj ciekawe zdjęcie , które chciałbym pokazać.Metropolita Andrzej (czyta szybko tekst po angielsku) to znaczy Metropolita Szpetycki wraz ze swoimi nacjonalistycznymi poplecznikami zawiesił na swoim płaszczu swastykę. Archiwum radzieckie radzieckiej republiki..”.
Nie zostaje podany autor książki, wydawnictwo ani rok wydania. Natomiast o. Roman informuje, że w tej „sprawie” wypowiedziało się dwóch Żydów,w tym pan Kurt Levin (uratowany 17-latek), który zwraca uwagę, że to jest z archiwum KGB , więc falsyfikat a zdjęcie jest zrobione w 1930 r. , kiedy metropolita Szeptycki jeszcze mógł chodzić i spotkał się w swojej posiadłości ze skautami, którzy podarowali mu krzyż.
W tym momencie pan Kurt Levin występuje jednocześnie jako ekstert od archiwów KGB oraz jako znawca życia metropolity z roku 1930, a sam poznał go w roku 1941. Zresztą takie zdjęcie „ze skautami” to sobie mógł ojciec Roman znaleźć w ramach własnych obowiązków osoby odpowiedzialnej za proces beatyfikacyjny.
O ile wiem, nikt nie oskarżał metropolity o wieszanie sobie na płaszczach swastyk, w sprawie czego prowadzone jest „śledztwo” za pieniądze TVP – z wyjazdem do Jerozolimy i Tel Aviwu panów Stefana Batrucha z Kościoła Greckokatolickiego i reżysera Grzegorza Linkowskiego – dwóch panów z Lublina.
W 21.18 minucie filmu pan Kurt Levin otwiera książkę i informuje widzów, iż w 1935 r. jego ojciec przeczytał w prasie, że metropolita Szeptycki obchodził 70-tą rocznicę urodzin i  że to przeszło zupełnie bez echa. Cytuję: „…Zostało zlekceważone przez polskie władze i przez polskie duchowieństwo. Ojciec postanowił złożyć mu wizytę i pogratulować mu w imieniu żydowskiej wspólnoty. Mając delegację od żydowskiej wspólnoty. Ale we Lwowie zrodziło to pytania, iż Polacy tego nie zrobili.
W 22:45 -23:22 minucie filmu ksiądz Stefan Batruch w mieszkaniu rodziny Szeptyckich w Warszawie słucha następujących słów :”…Dlaczego się to dzisiaj nie stało. Myślę, że dlatego, że on był bardzo trudną postacią .Myślę, że jest bardzo wielu ludzi, którym jest bardzo trudno zrozumieć, bardzo trudno jest im zrozumieć  jego wybory, bardzo trudno jest im zrozumieć jego decyzje, bardzo trudno jest im zrozumieć jego dążenia , bardzo trudno jest im zrozumieć o co mu chodziło…”.
Okazuje się , że mówi pan Maciej Szeptycki stryjeczny prawnuk metropolity i prezes zarządu Fundacji Rodziny Szeptyckich. Rodzina aktualnie stara się o zwrot 700 ha majątku po Andrzeju Szeptyckim w Łabuniach.
25:17 Ks. Batruch :”..Jak  można wytłumaczyć fakt, iż metropolita napisał list witający niemieckie władze po zajęciu Galicji ..”
25:22 pan Ihor Smolskij – historyk :”…Ten fakt można wytłumaczyć w jeden sposób, jest to forma czysto kurtuazyjna, poprzez którą osoba duchowna wyraża respekt wobec władzy cywilnej..”
25:37 ks. Batruch :”.. Jakie stanowisko zajął metropolita w czasie gdy wojska niemieckie zaczęły zabijać i niszczyć społeczność żydowską ?...” .
Dobry ksiądz Batruch nie spytał  polską społeczność nie spytał, choćby o profesorów lwowskich rozstrzelanych na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie , ale to moja niesłuszna uwaga.
Od Wzgórz Wuleckich, gdzie stoi dzisiaj pomnik zamordowanych Profesorów do katedry św. Jura jest w ulicami ok.1,8 km a w linii prostej niespełna kilometr.
25:50 pan Ihor :”… Włączył się aktywnie .Na tyle, na ile to było możliwe w tym czasie. Na początku pogromu rabin Lewin odwiedził metropolitę Szeptyckiego Odbyła się między nimi rozmowa.  Lewin zaraz po tej rozmowie  został zabity. Metropolita   napisał list chyba jako jedyny tej rangi przedstawiciel kościoła w całej Europie w którym jednoznacznie i konkretnie wyraził protest.

26:24 ks. Batruch :”… Do kogo był skierowany ten protest?..”
26 : 30 Ihor Smolnyj :”…Protest był skierowany do instancji odpowiedzialnej za te sprawy czyli do Reichfuehrera SS Himmlera. Zachował się także brudnopis listu do Ojca świętego ..”
26:42 Ks. Batruch :”… Może pan go pokazać?..”
26:50 Ihor Smolnyj:”.. Oto on. Oczywiście nie ma tam podpisu metropolity, gdyż jest to brudnopis datowany jego sekretarzem. Proszę zobaczyć. Widnieje data :28 marca 1942 roku. W liście tym opisuje sytuację polityczną , jaka zaistniała w tym czasie na Ukrainie ..”.
27:14 Ks. Batruch :”List pisany jest po francusku?...”
38:00 ks. Batruch :”…Dlaczego Andrzej Szeptycki nie otrzymał tytułu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata?..”
38:02 pani Irena Steinfeldt Dyrektor Departamentu Sprawiedliwych Yad Vashem :”.. Jak już powiedziałam jednym z kryteriów komisji jest to, że osoba zamieszana w zachęcanie bądź w popełnianie zbrodni przeciwko Żydom czy jakiejkolwiek innej grupie ludzi nie może zostać uhonorowana tytułem Sprawiedliwego…”.
38:52 ks. Batruch :”…To sprawa Szeptyckiego jest bardziej skomplikowana?..” (niż sprawa Schindlera przyp. mój),
39:00 Pani Steinfeldt :”… Był on  religijnym przywódcą, narodowym liderem , był ważną postacią, musiał mierzyć się z bardzo skomplikowaną sytuacją. Miał do czynienia z Niemcami , z Ukraińcami. Była niemiecka okupacja..”.
39:25 Ks Batruch :”..Ale stworzył program ratowania tylu Żydów! Nie był nazistą. Protestował przeciwko zabijaniu..”.
39:34 Pani Steinfeldt :”…Widział ocalenie, widział kolaborację, dostrzegał dążenia Ukraińców do niepodległości , widział też potworne zbrodnie , które były popełniane. Przez jednych więc może być bohaterem , przez innych zas może być postrzegany jako ten,który zachęcał do mordowania członków ich rodzin. Widzi pan sprawa nie jest taka prosta, pojawia się tu tyle aspektów, tyle wariantów…”.
Do tych dialogów należy dodać kilka wyjaśnień.
Co do sugestii, że Prymas Stefan Wyszyński w 1958 r. i później miałby być naciskany przez KGB aby w Watykanie wstrzymywać proces beatyfikacyjny metropolity Szeptyckiego – to jest ona dowodem całkowitej nieznajomości historii lat 50-tych w PRL przez wielce szanownego Biskupa Hrynczyszyna, co nie powinno dziwić, bo urodził się w 1929 r. w miejscowości Buchanan w Saskastevan w Kanadzie w rodzinie ukraińskich emigrantów, którzy wyjechali z Ukrainy przed I WW. Kiedy dorastał po wojnie w tej Kanadzie, pojawiło się tam ok. 2000 starych wiarusów z SS „Galizien”. A SS „Galizien” miała swojego „kapelana greckokatolickiego” inaczej „opiekuna duchownego” – ojca Wasyla Łabę ur. 1887, w latach 1943-1945 naczelnego kapelana dywizji ukraińskiej SS „Galizien”. O. Wasyl Łaba po wojnie ewakuował się do Kanady i od 1950 r. aż do 1976 był wikariuszem generalnym biskupstwa greckokatolickiego w Edmonton. 
Po wojnie dojechał do Kanady również sam Dmytro Doncow autor dzieła „Nacjonalizm” już od roku 1949 r. wykładał literaturę ukraińską na francuskim uniwersytecie w Montrealu.
Zatem biskup Hrynczyszyn dorastał w ukraińskim środowisku w Kanadzie, pozostającym pod wpływami duchowymi ludzi pokroju ojca Wasyla Łaby z SS „Galizien” i całkowicie izolowany od informacji o realiach życia Kościoła Katolickiego w Polsce.
Warto wiedzieć, iż w wydawnictwie zakonu bazylianów w Żółkwi , podległego Metropolicie Szeptyckiemu została wydrukowana książka „Nacjonalizm” Doncowa, uważana za główne źródło idei ultra nacjonalistycznych przenikających środowiska OUN UPA i całe pokolenie Ukraińców.
Co do insynuacji  wysuwanych  w filmie wobec Prymasa Wyszyńskiego przez biskupa Hrynczyszyna i jego podwładnego, to Prymas w 1958 r. nie musiał się obawiać „śmierci Kościoła”, bo w 1956 r. sekretarz PZPR Gomułka wypuścił AK-wców i księży oraz zakonnice z kazamatów UB i więzień a w pielgrzymce na Jasną Górę wzięło udział prawie milion polskich katolików.  
Sam Prymas jeździł do Rzymu kilkakrotnie w latach 1957-1968, ale nie ma informacji, aby pojechał specjalnie w 3 miesiące po ogłoszeniu procesu beatyfikacyjnego w grudniu 1958 czyli w lutym 1959.
Natomiast  jeździł: maj-czerwiec 1957 – odebrał kapelusz kardynalski, październik – grudzień 1958 – konklawe i wybór Papieża Jana XXIII, luty-marzec oraz październik –grudzień 1962 – I tura Soboru Watykańskiego.
Natomiast w kwestii metropolity Szeptyckiego, to sugestie, iż opóźnianie procesu beatyfikacyjnego było dziełem Prymasa Wyszyńskiego z inicjatywy KGB – gaśnie w obliczu faktu, iż Metropolita  jako głowa Kościoła Greckokatolickiego nie mógł  nie wziąć odpowiedzialności za druk zbrodniczej książki Doncowa – w podległym mu zakonie. Nie mógł też nie wiedzieć, że co najmniej kilku kapłanów greckokatolickich brało udział OSOBIŚCIE w mordach masowych na ludności polskiej a co najmniej  20 – z ambony zagrzewało swoich wiernych publicznie – do mordów. I o ile Błogosławiony (beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 27 czerwca 2001 r.) Grzegorz Chomyszyn biskup Greckokatolicki – ogłosił ekskomunikę księży biorących udział w zbrodniach, to metropolita Szeptycki – zaniechał takiej decyzji. Nie ekskomunikował też ks. Profesora Wasyla Łady, kiedy ten został kapelanem SS „Galizien”.
Był przede wszystkim ukraińskim politykiem, raczej Austriakiem, nigdy Polakiem. Jego ambitny ojciec Jan Kanty, świeży austriacki hrabia, podobno miał ściany gabinetu oklejone drzewami genealogicznymi. A Szeptyccy, wbrew współczesnej legendzie, byli do XVIII w. co najwyżej średnią szlachtą, której niektórzy członkowie robili kariery kościelne w Cerkwi Grecko-Katolickiej. Dopiero w XVIII w. los się do rodziny Szeptyckich uśmiechnął i podobno któryś otrzymał tytuł hrabiego Świętego Cesarstwa. Jan Kanty ożenił się z córką Aleksandra Fredry, też z rodziny austriackich hrabiów.
I robił bajeczną karierę polityczną na dworze Habsburgów.
Młody Roman Szeptycki w wieku 23 wstąpił do zakonu bazylianów a jeszcze przed święceniami – został w roku 1890 – przeorem!!! Może dlatego, że jeszcze w 1886 r. ktoś mu załatwił audiencję osobistą u Papieża Leona XIII. A potem poszło błyskawicznie: w wieku lat 35 w roku 1900  – wyświęcony na metropolitę halicko-lwowskiego.  
W 1919 r. witał na dworcu lwowskim młodego Wilhelma Habsburga „kandydata na króla Ukrainy” czyli Wasyla „Wyszywanego”. Cały projekt padł i zostało mu w latach 1920-1923 objeżdżanie krajów świata od Wielkiej Brytanii i Francji do Argentyny, USA i Brazylii – z apelami o nieprzyznawanie Polsce wschodniej Hałyczyny. Z tego też nic nie wyszło, bo Polska prowadziła politykę faktów dokonanych a nadzieja na odbudowę caratu w Rosji – wobec sukcesów bolszewików – ostatecznie padła w roku 1923 i Alianci uznali Wschodnią Galicję za część Polski.
 Pozostały antypolskie kampanie prasowe na całym świecie w sprawie „prześladowań Ukraińców przez Polaków”. Jak pisze w książce „Lobbing dla Ukrainy w Europie Międzywojennej” Andrzej A. Zięba na str. 398 pokazywał dziennikarzom zagranicznym „szpital z Ukraińcami zmasakrowanymi przez polskie wojsko”, który okazał się izbą na 10 łóżek z chłopami ukraińskimi ze
„zmasakrowanymi tyłkami” .
W Watykanie miał długo wpływy, mamiąc Stolicę Apostolską wizją „nawrócenia Rosji na katolicyzm poprzez działania cerkwi grecko-katolickiej” a Metropolity Szeptyckiego – osobiście. Skończyło się na skandalu, kiedy okazało się, że wylansował swojemu protektorowi biskupowi d’Herbigny – sekretarza w osobie niejakiego Aleksandra Deubnera, Rosjanina z niemieckimi korzeniami, który okazał się agentem Kominternu i kuzynem towarzyszki Klary Zetkin. To ostudziło Watykan do koncepcji Metropolity, biskupa d’Herbigny Papież „zesłał” do  Belgii ale metropolita musiał być rozgoryczony.
I  przyszedł rok 1939 r., nadeszła chwila triumfu,  przebrzydła Polska upadła a  kiedy wojska niemieckie weszły do Lwowa w 1941 r. , były pisane listy „do pana Hitlera” (dziękczynny), do pana Himmlera (miękki protest po fakcie – po masakrze Żydów) a finał – to pogrzeb w listopadzie 1944 r. z asystą kompanii Armii Czerwonej i wieńcem przysłanym przez towarzysza Chruszczowa – od towarzysza Stalina, człowieka z wielkim poczuciem humoru.
Który miał po roku 1945 wszystkie możliwe preteksty aby wyaresztować wszystkich biskupów grecko-katolickich, z których biskup Klemens Szeptycki zmarł w więzieniu we Włodzimierzu nad Klaźmą w 1951 r. Biskup Grzegorz Chomyszyn, który został zamęczony w więzieniu w Kijowie już w 1945 r. w grudniu. Obaj – Błogosławieni Kościoła Katolickiego.
Z ok. 2200 popów grecko –katolickich część została uwięziona a ok. 1600 przeszło pod naciskami do Cerkwi Prawosławnej.  
Jest to smutna historia, jakkolwiek nie jest moją intencją kwestionowanie świętości metropolity Szeptyckiego. Tylko Pan Bóg wie, co było w sercu tego tragicznego człowieka. 
lehttp://www.gazetawarszawska.com/antykosciol/2069-kronika-pogrzebu-a-szeptyckiego