sobota, 15 lipca 2017

Niemcy ganią Kaczyńskiego i pana Xi czyli „misje Europy na Wschodzie”.



Dzisiaj jest rocznica bitwy pod Grunwaldem, więc wzmożenie antypolskie niemieckich mediów i polityków jest zrozumiałe, zwłaszcza, że „Generalne Gubernatorstwo-reaktywacja” zanika w strasznym tempie. Do dzisiaj Niemcy nie mają dystansu do klęski Zakonu Krzyżackiego, z którym zwłaszcza ateiści i okultyści i socjaliści niemieccy czują związek duchowy.
To co  mówić o dalszych przewidywanych już stratach politycznych po reformach sądowych przygotowanych przez demonicznego Jarosława Kaczyńskiego. Którego gazetka FAZ raczyła nazwać „nazistą” czy jakoś podobnie. Nerwy puszczają. Nie powinny więc dziwić skoordynowane ataki FAZ, pana Junckera, syna ojca z Wehrmachtu , czułego patrona wnuczka dziadka z Wehrmachtu.

Jak się wydaje, Niemcy oraz ich twór pomocniczy czyli Bruksela ale też i Londyn  –szczerze wierzą w swoją „nieświętą misję na Wschodzie”, bowiem od kilku dni prowadzą ataki dyplomatyczne i medialne – na Chiny. Oczywiście pod pretekstem obrony najwyższych wartości Zachodu.
 Pretekstu dostarczyła przedwczesna śmierć znanego dysydenta i bohatera wydarzeń na Placu Tienanmen, laureata Nagrody Nobla – pana Liu Xiaobo. Śp. Liu Xiaobo co prawda pochodził rodziny komunistycznych mandarynów i sam w 1988 r. uzyskał doktorat i etat na komunistycznym chińskim uniwersytecie a nawet został „eksportowym chińskim naukowcem” czyli dostał błogosławieństwo władz komunistycznych na wyjazdy i wykłady na Uniwersytecie Columbia, Uniwersytecie  w Oslo czy na Uniwersytecie na Hawajach, to w 1989 r. na wieść o manifestacjach na Placu Tienanmen wrócił do kraju i przyłączył się do protestów.

 A nawet „wysunął się na czołówkę”, z tym, że podobno zachęcał do ugody i kompromisu. Co dało tyle, że po aresztowaniach nie zniknął zwyczajnie w systemie Gao-lai ale został zwolniony po 19 miesiącach a nawet po pewnym czasie wydał książkę na Taiwanie. W której krytykował protesty studenckie na Placu Tienanmen. Wyjeżdżał nawet  z wykładami np. do Australii ale wracał.  Jego życie nie było łatwe , dwa razy trafiał do więzienia a utrudnił je sobie bardzo, kiedy przed Olimpiadą w Pekinie w roku 2008 przyłączył się do inicjatywy opublikowania tzw. Karty 08 czyli manifestu w sprawie praw człowieka w Chinach w 19 punktach, wzorowanego na czeskiej Karcie 77.

Wtedy władze „zaopiekowały się” nim na serio i jeszcze na 2 dni przed oficjalnym opublikowaniem „Karty 08” został on zaaresztowany i niebawem postawiono mu zarzuty z paragrafu 105 chińskiego KK, głównie z podejrzenia, że „zbierał podpisy”, których było 350. W grudniu 2009 r. otrzymał wyrok 11 lat więzienia i wtedy  wszystkie autorytety i przywódcy świata Zachodu – zaprotestowały. Głośno lecz krótko. Stany Zjednoczone i Unia Europejska wezwały formalnie Chiny do uwolnienia Liu Xiabao.
Natomiast pani kanclerz Angela Merkel wydała publiczne oświadczenie cokolwiek nie na temat za to zawierające pochlebstwo wobec władz chińskich: ”…mimo wielkiego postępu w innych dziedzinach wyrażania poglądów, wyrażam żal, że rząd chiński nadal w znacznym stopniu ogranicza wolność pracy…”.  
Jak się to miało do posadzenia Liu Xiabao nie wiem, ale wiadomo, że pani Merkel jakoś ukoiła żal w sercu z powodu krzywdy szlachetnego dysydenta, bowiem jak donosił  portal www.thediplomat.com w dniu 8 lipca 2014 r. a konkretnie pan lub pani Shannon Tiezzi , w lipcu 2014 r. Angela Merkel udała się do Pekinu na spotkania z panem Li Keqiang premierem Chin i panem Xi Jiningiem – prezydentem Chin, w trakcie których omawiała temat utworzenia Frankfurtu głównym hubem w rozliczeniach  z udziałem chińskiej waluty.
Nie była to pierwsza wizyta po wsadzeniu do ciupy pana Liu Xiabao, bowiem już w roku 2012 raport Komisji Europejskiej informował o „wzrastaniu szczególnych relacji niemiecko-chińskich”.
Minęło parę lat. Liu Xiabao zachorował poważnie na raka i był leczony w systemie szpitali więziennych.
No i kiedy pani Angela Merkel przygotowywała słynne G20, przed którym gościła całe 2 dni pana prezydenta Chin Xi Jingpinga, m.in. pokazując mu, w jak luksusowych warunkach żyje w niemieckim zoo chińska panda oraz zapraszając ważnego gościa na mecz piłki nożnej Niemcy-Chiny w wykonaniu drużyn 8-latków, Liu Xiabao był już podłączany do respiratorów i innych urządzeń podtrzymujących życie a chińskie władze więzienne filmowały wizyty zagranicznych lekarzy, w tym lekarza niemieckiego – u łoża umierającego.
Teraz tematem numer jeden były wezwania do Chin o zezwolenie na wywiezienie umierającego Liu Xiabao do jakiegoś zagranicznego szpitala, bowiem zachodni lekarze publicznie twierdzili, że dalsze leczenie jest możliwe. I wtedy to podobno pani Angela Merkel, ten anioł dobroci miała błagać pana prezydenta Xi Jinpinga o wypuszczenie umierającego pana Liu Xiabao. Ale dyskretnie. Zapewne w obecności pandy lub w trakcie głośniejszych okrzyków na trybunach piłkarskich.
A potem była sielanka G20 w Hamburgu w dniach 7-8 lipca i pani Merkel robiła sobie zdjęcia z panem prezydentem Xi Jinping we wszystkich konfiguracjach, wyjąwszy tylko te, które mogłyby zdenerwować panią prezydentową Xi.
Ale już 11 lipca 2017 r. wybuchła afera, którą z najwyższą przyjemnością wyciągnął BBC News. Okazało się, że międzynarodowy spór medyczno-dyplomatyczny wokół tego, czy umierającego Liu Xiabao można było wywieźć za granicę miał drugie dno. Oto niemiecka ambasada w Pekinie wydała protest w związku z owym filmowaniem umierającego noblisty. Że to może nawet nie filmowali lekarze, tylko chińskie służby specjalne. A tymczasem wśród wizytujących chorego zagranicznych lekarzy był Niemiec dr Marcus Buechler i Amerykanin dr Joseph M. Herman. I to oni mieli wydać opinię, że chory nadaje się do wywiezienia na dalszą kurację. Oficjalnie.

Na to wszystko władze chińskie dokonały „niekontrolowanego przecieku” filmów nagranych z pobytu lekarzy na terenie szpitala w Shenyangu a w tym szczególnie smakowitego fragmentu, kiedy to cnotliwy Niemiec dr Marcus Buechler miał powiedzieć: „…Nie sądzę, abyśmy mogli zrobić lepiej, niż wy robicie” (I don’t think we can do better than you do”).
W efekcie nastąpił pewien rozdźwięk w zjednoczonym chórze zachodnich polityków, albowiem dynamiczny pan Boris Johnson Sekretarz Stanu JKM do Spraw Zagranicznych w rządzie pani Theresy May wydał oświadczenie o treści: „…Liu Xiaobo powinien był mieć prawo wyboru jego własnego sposobu leczenia za granicą, którego władze chińskie systematycznie mu odmawiały. To było złe i ja teraz nalegam aby zdjęły one wszelkie restrykcje z jego wdowy Liu Xia…”. Komitet Noblowski był jeszcze bardziej zdecydowany: „…Chiński rząd wziął na siebie ciężką odpowiedzialność za jego przedwczesną śmierć...”.
Natomiast pani Merkel uderzyła w tony żałobne:”… Opłakuję Liu Xiaobo, odważnego bojownika o prawa człowieka i wolność wypowiedzi…”. Prezydent Francji wyręczył się ministrem spraw zagranicznych, panem Jeanem-Yves Le Drian, który oświadczył:”… Mimo długich okresów pozbawienia wolności a przez ponad 30 lat oni nigdy nie przestał bronić- z odwagą- podstawowych praw i wolności wypowiedzi…”.
Jak widać, wygląda to wszystko żałośnie, fałszywie i dwuznacznie. Taka to jest ta „moralna krucjata Zachodu”. Co ciekawe, prowadzą ją polityczne siły, które najpierw przez 2-3 wieki niszczyły „ogniem i mieczem” – twórców krucjaty prawdziwej: krucjaty wiary katolickiej.
Misjonarze portugalscy pozostawili po sobie katolickie Filipiny i katolickie Makao na Dalekim Wschodzie oraz katolickie Goa na Oceanie Indyjskim a wspólnie z Hiszpanami – katolicką Amerykę Południową. Misjonarze włoscy zawitali za czasów dynastii Ming i Jan z Montecorvino franciszkanin posłował do chana Timura w XIII w. Jezuici włoscy: Mateo Ricci i Michele Ruggieri zostali przyjęci na chińskim dworze i otrzymali w 1682 r. zgodę na utworzenie misji. Nie bez znaczenia było zaprezentowanie zegara mechanicznego i kilku innych wynalazków.
W ślad za jezuitami włoskimi, do Chin udał się w 1646 r. polski jezuita – Mikołaj Smogulecki, wnuk (przez matkę) Mikołaja Zebrzydowskiego. Ojciec Mikołaj Smogulecki prowadził misje m.in. w mieście Nankin i w prowincji Fujian. Poza wiarą rzymsko-katolicką przekazywał Chińczykom wiedzę z zakresu np. logarytmów. Wspólnie z chińskim uczonym napisał po chińsku książkę pt.”Obliczanie zaćmień według metod zachodnich” (天步真) Po czym cesarz chiński Shunzhi wydał mu list żelazny na prowadzenie misji na terenie Mandżurii.
Jak wiadomo, zazdrośni franciszkanie i dominikanie pojawili się w ślad za jezuitami w Chinach i pokazali chrześcijańskie kłótnie od najgorszej strony, co doprowadziło do zakazania chrześcijaństwa w Chinach – aż do wojen opiumowych.
A jak wojny opiumowe i opium – to Szanghaj.
A jak Szanghaj, to wracamy do tematu „krucjat Zachodu” tym razem prowadzonych w XIX- XX w.  w. w Chinach przez protestantów brytyjskich, amerykańskich, niemieckich oraz  republikanów (czytaj: wojujących ateistów antykatolików) francuskich wspieranych przez Rosję prawosławną oraz nawet przez Japończyków, mających cesarza za „boga”.
Z punktu widzenia tego, jak przebiegała owa „krucjata”, którą śmiało można nazwać „krucjatą opiumowo-rabunkową”, ciekawie wyglądają obecne pretensje państw takich jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy USA – do prawa „eksportu wartości Zachodu” albo mówiąc kolokwialnie „pouczania z poczuciem wyższości”– w Chinach, Polsce  i gdzie indziej. O polskiej recepcji tych obłudnych ataków nie trzeba pisać, bo media papierowe i internet pełne są obecnie dyskusji na ten temat.

Warto natomiast pochylić się chwilkę nad tym, jak te połajanki muszą wyglądać z punktu widzenia doświadczeń historycznych pana prezydenta Chin Xi Jinpinga, syna starego bojownika komunistycznego Xi Zhongxuna, ur. 1913 , który już w 1926 r. należał do Młodzieżówki Partii Komunistycznej a od 1928 r. należał do Komunistycznej Partii Chin i organizował komunistyczną partyzantkę. W latach 1959-1962 był wicepremierem ChRL a po rewolucji kulturalnej, którą odcierpiał również w więzieniu, został jednym z „ludzi Deng Xiaopinga”  i gubernatorem prowincji Guangdong. Starszy towarzysz  Xi wykreował takich polityków chińskich jak Hu Jintao czy Wen Jiabao. To on był twórcą pierwszej strefy ekonomicznej w Shenzhen.
Tak więc można powiedzieć, że pan prezydent Xi Jangping jest członkiem dynastii w prawdziwie chińskim stylu, czego dowodem był pierwszy ożenek: z córką chińskiego ambasadora w Londynie. Widać tu ciągłość władzy, ciągłość wiedzy i praktyki oraz znajomość Zachodu od takiej jego strony, która nawet na Zachodzie objęta jest cenzurą.
Pan prezydent Chin (od 2013 r.) i przewodniczący Chińskiej Partii Komunistycznej (od 2012) Xi Jinping nie musiał uczyć się historii politycznej Chin XX w. z książek, tylko wszystko opowiedział mu Tatuś, który na własne oczy widział, jak wygląda wyższa moralność polityczna Zachodu w latach 20-tych i 30-tych XX w.
Na przykład historię o tym , jak potraktowali Alianci swoje zobowiązania wobec Chin  w Traktacie Wersalskim w roku 1919. Czyli historię o takiej „Jałcie dla Chińczyków w Wersalu”.
 Chiny przystąpiły do I WW w 1917 r. w formie wysłania do Europy na front zachodni tzw. Chińskich Korpusów Robotniczych w liczbie 140.000 mężczyzn – pod warunkiem przekazania przez Aliantów Prowincji Shandong ( wschodnie Chiny z półwyspem Shandong) spod zarządu niemieckiego – do Chin.  Dyplomaci chińscy przyjechali do Wersalu z pełniejszym pakietem żądań, w tym: zlikwidowania wszystkich przywilejów, jakie posiadali cudzoziemcy w Chinach w tzw. strefach eksterytorialnych, odebrania Japonii Prowincji Shandong, którą w czasie wojny zabrała Niemcom, zniesienie tzw. 21 żądań japońskich dotyczących specjalnych praw dla Japończyków na wybranych terytoriach Chin – przez nich zajętych. Nawiasem, zarządzenie niemieckie prowincją chińską musiało być tak delikatne, że to właśnie tam miały miejsce pierwsze i najgwałtowniejsze ataki Powstania Bokserów przeciwko cudzoziemcom.
Ale w Wersalu Chińczycy  bardzo się rozczarowali. Mimo  silnego poparcia prezydenta USA Wilsona i  emocjonalnego przemówienia ambasadora Chin we Francji – pana Wellingtona Koo, który podnosił fakt, iż Chiny nie mogą nigdy wyrzec się Szandongu, ponieważ tam urodził się Konfucjusz, największy chiński filozof, tak jak Chrześcijanie nie mogą wyrzec się Jerozolimy - Francja i Wielka Brytania zlekceważyły chińskie uprawnione żądania i wpłynęły na pominięcie w Traktacie Wersalskim „sprawy chińską”. W efekcie – ambasador Wellington Koo – odmówił podpisania Traktatu.
Można powiedzieć: skąd my to w Polsce  znamy. Szkoda, że politycy II RP nie studiowali tego
„chińskiego przypadku”, może nie byliby tak zdewastowani politycznie w Teheranie i Jałcie. A nawet we wrześniu 1939 r., kiedy „nikt nie chciał umierać za Gdańsk”.

Efekt polityczny i psychologiczny w Chinach był natychmiastowy i porażający. Dołączyły się do tego zapewne opowieści Chińczyków z owych Chińskich Korpusów Robotniczych, którzy wrócili do Chin w 1918 r. a z których kilka tysięcy zginęło pracując przy liniach frontu a kilka tysięcy zmarło na hiszpankę. Okazało się, że wspaniałomyślność symboliczna Europejczyków nie znała granic: na 140.000 chińskich robotników służb pomocniczych aż 5 doczekało się niższych odznaczeń a jednemu nawet dano jakieś wyższe odznaczenie ale zaraz „skorygowano” na niższe.
Podobno „winni byli Lloyd George i Clemenceau” ale Amerykanie nie uczynili w Wersalu żadnych gestów, w efekcie jednemu dyplomacie chińskiemu „na dzień dobry” studenci i tzw. aktywiści lewicowi w Pekinie zdemolowali willę „za zdradę” a następnie zorganizowali się w dniu 4 maja 1919 r. w Ruch Czwartego Maja i ruszyli w kilku pochodach – na Plac Tienanmen oczywiście.  

Wśród organizatorów zamieszek byli tacy ludzie jak Li Dazhao i Chen Duxiu. Ten pan Li Dazhao był w 1919 r. szefem biblioteki Uniwersytetu Pekińskiego i znanym wielbicielem Kropotkina. Tak się przypadkiem złożyło, że akurat w roku 1919 r. świeżo przybyły z prowincji Mao Zedong, został przyjęty do pracy w czytelni tej biblioteki przez pana Li Dazhao.

Tak więc nie było przypadkiem, że panowie Li Dazhao i Chen Duxiu postanowili z innymi panami założyć Chińską Partię Komunistyczną, do czego doszło na Kongresie Założycielskim w dniach 23-31  lipca 1921 r. Pierwotny adres Kongresu założycielskiego był wyznaczony w tzw. Francuskiej Koncesji w Szanghaju( terytorium eksterytorialne)  3 lipca, ale rozgoniła to francuska policja, więc towarzysze przenieśli się na statek turystyczny na jeziorze Białym w Jiaxiang.

I się porobiło. W Szanghaju od czasów klęski Chin w wojnach opiumowych w 1844 r. Brytyjczycy , Amerykanie wyznaczyli sobie spory kawał miasta na wyłączną siedzibę ich obywateli wyłączoną spod jurysdykcji chińskiej, na południe od nich była „Koncesja Francuska” a na wschód od nich identyczną strefę eksterytorialną urządzili sobie Japończycy. Miały tam siedzibę firmy głównie zajmujące się handlem, transportem morskim i bankowością. W latach 30-tych XX w. funkcjonował nawet brytyjsko –amerykański Sąd
Rządzili tak naprawdę Brytyjczycy i to oni mieli główne monopole, z których najważniejszy był na import opium. W tym interesie rządziły dwie „rodziny”: żydowska familia rodem z Bagdadu Sassoonów, która przerzuciła jednego ze swoich przedstawicieli do Szanghaju, Hong Kongu i Yokohamy jeszcze przed traktatem opiumowym (a której najsłynniejszym przedstawicielem w Szanghaju był sir Victor Sassoon trzeci baronet, podobno piąty najbogatszy człowiek świata, zajmujący się w interesującej nas epoce – nieruchomościami w Szanghaju)  oraz rodzina szkocka Keswicków, skoligacona z rodziną Jardinów uznawana jest za najbardziej wpływową rodziną traderów opium w pierwszej i drugiej wojnie opiumowej.
Interesy funkcjonowały w ten sposób, że rodziny Sassoon i Keswick oraz mniejsze piranie przywozili z centralnej Azji opium a z Chin wywozili jedwab, ceramikę, metale szlachetne i inne wyroby aby następnie przywozić z Anglii słynne angielskie wyroby włókiennicze. Z czasem rodzina Keswicków bardziej skoncentrowała się na Hong Kongu i tam operowała wieloma firmami, w tym np. The Canton Insurance Office Ltd, które dzisiaj nazywa się znajomo the HSBC Insurance Co. Co nie znaczy, że „odpuściła Szanghaj”, w którym rządziła przez 2 pokolenia na stanowiskach dyrektorów zarządu tzw. The Shanghai International Settlement czyli strefą eksterytorialną w Szanghaju.
Efekty dla Chińczyków były takie, że co rano służby porządkowe musiały sprzątać na każdej ulicy na obrzeżach Settlement, gdzie urządziły się restauracje, kasyna i burdele – kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych opium. W mieście było kilkaset burdeli, zarówno z „obsługą” miejscową jak i importowaną.
O czym wspominają dawni rezydenci owej strefy eksterytorialnej w filmie  dokumentalnym z 2005 r. pt. „Legendary Sin Cities- Shanghai: Paradise for Adventurers” (Legendarne Miasta Grzechu- Szanghaj: Raj dla Poszukiwaczy Przygód”). O czym film nie mówi, to spory udział w biznesie narkotykowo -prostytucyjnym – osławionych handlarzy żywym towarem z Europy Centralnej, przywożących do portów Wietnamu, Chin i Japonii – młode Żydówki z terenów południowej Rosji, Mołdawii, Austro-Węgier i generalnie Bałkanów.  
Zapewne Rewolucja Październikowa i jej niespodziewany sukces oraz wiadomość o zamieszkach w Pekinie  trochę wstrząsnęły Amerykanami, którzy też „partycypowali w Chinach”, więc na międzynarodowej Konferencji Morskiej w Waszyngtonie USA , jaka miała miejsce w dniach 12 listopada 1921 – 6 lutego 1922 r. z udziałem przedstawicieli Chin, uczestnicy ustalili przyznanie Chinom Prowincji Shandong, która zresztą zaraz znalazła się w rękach jednego z tzw. chińskich baronów wojennych. Bo chińscy baronowie stworzyli co najmniej 8 praktycznie niezależnych od rządu centralnego stref i uniezależniali się też od „zarządu cudzoziemców”, którzy koncentrowali się na drenowaniu gospodarczym Chin w wielkich miastach nadmorskich i wzdłuż głównych spławnych rzek.
Przy okazji Chińczycy zobaczyli, jak Francuzi i Anglicy potraktowali w Szanghaju 20 tysięcy białych Rosjan, którzy uciekli do Chin przed Rewolucją Bolszewicką. Otóż dla niedawnych aliantów nie było ze strony francuskiej i angielskiej, nie mówiąc o amerykańskiej – najmniejszego wsparcia. Nagle Rosjanie przestali być dobrymi znajomymi a stali się: szoferami, odźwiernymi, kelnerami, obsługą pól golfowych i gonitw konnych a Rosjanki usiłowały prowadzić jakieś sklepiki, butiki czy herbaciarnie. Ale i tak nie dla wszystkich starczało zajęcia i Szanghaj biały i chiński zobaczył „rewolucję”: rosyjskie prostytutki nie miały rasowych uprzedzeń i świadczyły „usługi dla ludności” także dla Chińczyków. Wzbudziło to zgrozę w klubach i salonach Zachodu, ale Chińczycy mieli się nad czym zadumać. Nad solidarnością Zachodu na ten przykład.

Pan prezydent Xi Jinping doskonale zna te sprawy, bowiem w marcu 2007 r. został mianowany szefem organizacji szanghajskiej Komunistycznej Partii Chin a stamtąd już w październiku 2007 r. – został wybrany jako dziewiąty członek Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Chin.
I jako najważniejsza osoba w Szanghaju mógł oglądać odbudowę legendarnego przedwojennego Cathay Hotel otwartego w 1929 r. przez równie legendarnego  sir Victora Sassoon, trzeciego baroneta,  który część kasy zarobionej przez tatkę i dziadka na handlu opium przeznaczył na wykupienie całkiem ładnego kawałka najważniejszej ulicy w Szanghaju (ok. 1500 m ) i wybudowanie najbardziej ekskluzywnego hotelu w ówczesnej Azji - Cathay Hotel, na którego najwyższym piętrze miał luksusową kawalerkę, w której przyjmował różne niepruderyjne panie z najwyższych sfer międzynarodowych.  Podobno wyłącznie w celach artystycznych: robił  zdjęcia tym paniom, zasadniczo ubranym w zapach perfum.
Odwiedzali go tacy turyści z USA jak Marlena Dietrich czy Charlie Chaplin, co z pewnością napędzało mu klientelę i gości na szampańskie imprezy.
Wszystko skończyło się po dojściu komunistów do władzy w 1949 r. ale sir Victor już w 1939 r. prowadził rozmowy bezpośrednie z japońskim ministrem finansów, członkami parlamentu japońskiego a niektórzy mówią, że nawet z samym Imperatorem. W efekcie, sprzedał „kawał Chin” czyli grunta i nieruchomości, jakie posiadał w Chinach – Japończykom, co zapewne wprawiło jego chińskich bogatych znajomych w spory szok
A potem „wszyscy się rozjechali”: bogaci Chińczycy z Szanghaju uciekli do na południe, do Hong Kongu a potem na Taiwan, mniej bogaci Europejczycy  i Chińczycy wpadli w ręce Japończyków . Część Brytyjczyków musiała w morderczych warunkach budować pod japońskim batogiem różne drogi i lotniska. Nie wiedząc, co dzieje się z rodzinami.
 A sir Victor zwinął resztę swoich „aktywów”, których wcześniej nie umieścił w bezpiecznych miejscach i w 1948 r. tuż przed komunistycznym przewrotem wyjechał na Wyspy Bahama, gdzie ożenił się z miłą angielską pielęgniarką. Wyspy Bahama to raj podatkowy jak wiadomo.
A w odnowionym hotelu sir Victora w Szanghaju powieszono ostatnio obrazy jego i ukochanej małżonki.
Taką i inną wiedzę posiada pan prezydent Xi Jinping, kiedy jedzie np. do Hamburga aby dyskretnie załatwiać chińskie sprawy. Chiny, tak jak Polska są nieustannie obiektem „krucjaty Zachodu” z jego rzekomymi „wartościami” i bajeczną obłudą, o której prosty polski lud dopiero teraz uczy się „na przykładach praktycznych” a Chińczycy mają to „oblatane” od XIX w.
Różnica między nami jest taka, że III RP jest państwem słabym gospodarczo i militarnie, więc „na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą”. A wokół Chin wszyscy wywijają piruety jak w balecie „Jezioro Łabędzie”, bo oczekiwane zyski gospodarcze i polityczne zaślepiają niejeden umysł.
Więc my nie powinniśmy się dziwić temu rabunkowi, kłamstwom i agresji, bo to tylko dowód, że oświecony i nie-katolicki już Zachód w pewnych kwestiach ma skłonność do recydywy.
http://thediplomat.com/2014/07/china-and-germanys-special-relationship/

piątek, 7 lipca 2017

Donald Trump, Powstańcy Warszawscy i rodzina vs LGBT i Berliner Luft.



W dalekim Hamburgu, w którym już trzeci dzień trwa „powstanie antyglobalistyczne” z udziałem 100 tysięcy anarchistów i oddziałów niemieckiej policji uzbrojonej z armatki wodne i inne pokojowe środki perswazji prezydent Donald Trump zapewne już ściska dłoń Władymira Władymirowicza a media całego świata wstrzymują oddech a część z nich, nawet amerykańskich – nie wie, komu naprawdę kibicować.
Tymczasem Polacy dochodzą do siebie po wczorajszych „wypadkach na Placu Krasińskich”, które niewątpliwie zaskoczyły nie tylko Polaków ale i światowych polityków oraz międzynarodowe media.
Podsumowania wizyty prezydenta Donalda Trumpa i pani Melanii Trump w Warszawie  zaczęły się już wczoraj a włączenie telewizorni dzisiaj pokazuje, że impreza pod hasłem „przeżyjmy to jeszcze raz” trwa w najlepsze. Trudno się jednak dziwić, bowiem tak sensacyjnej historii politycznej nie wymyśliłby największy wizjoner polityczny świata.
Tak symbolicznej i pięknej scenografii, tak pięknych dwóch Pierwszych Dam „komponujących się” wspaniale z grafitowym Pomnikiem Powstańców Warszawskich i jego dramatyzmem, po raz pierwszy od odsłonięcia idealnie „grającym” w całej tej politycznej „sztuce”. Jeśli dodamy do tego spontaniczny okrzyk publiczności „Cześć i chwała Bohaterom” w trakcie składania wieńców przez obie pary prezydenckie i trębacz grający „Jak to na wojence ładnie” – to widać, że takiego scenariusza nie wymyśliłby najbardziej wyrafinowany pijarowiec z Waszyngtonu i Londynu. Brawo my. To mogło się wydarzyć tylko w Warszawie i tylko  w Polsce i pan prezydent Trump wiele nam zawdzięcza.
Ale my też zawdzięczamy Mu bardzo wiele. I nie chodzi mi wcale o słynny „art. 5 NATO” czy dostawy gazu skroplonego oraz o te wszystkie komplementy i błogosławieństwa.
Chodzi mi o to, że przyjechał znienawidzony przez amerykańskie lewicowe media prezydent imperium i w ciągu czterdziestominutowego przemówienia wyrzucił do śmietnika całą wieloletnią światową antypolską propagandę, tak pracowicie komponowaną przez naszych niemieckich sąsiadów do spółki z lewactwem Zachodu i naszym sąsiadem ze Wschodu. Tyle kasy poszło w błoto.
Zdjęcie prezydenta USA na tle nagle wyrosłego spod ziemi gigantycznego jednak pomnika Powstańców Warszawskich i opowieść o barykadzie w Alejach Jerozolimskich oraz o „żywych tarczach” i „sowieckiej Armii Czerwonej” co to „przyszła nad Wisłę, stała i patrzyła” – to najdramatyczniejsza lekcja historii XX w. dla amerykańskich obywateli. Oraz, co już można poczytać w komentarzach amerykańskich internautów pod filmem z przemówieniem Donalda Trumpa na Placu Krasińskich, wielkie dowartościowanie Donalda Trumpa w oczach jego wyborców, którzy go popierali i lubili jako reformatora gospodarki amerykańskiej ale chyba nie bardzo wierzyli, czy może on się pokazać jako człowiek idei, mąż stanu i wizjoner. A teraz są z niego bardzo dumni i dumni z pani Melanii, która też miała swój piękny wkład w ten sukces.
Natomiast my jeszcze może nie zauważamy tego, co zyskaliśmy małym kosztem w zakresie pozytywnego pijaru i pozbycia się tego potwornego oszczerstwa o współudział w Holocauście, co jeszcze dosłownie kilka dni temu mało finezyjnie insynuował nam niemiecki dziennikarz Arno Widmann po wizycie Premier Beaty Szydło w KL Auschwitz.
Przemówienie Donalda Trumpa zarysowało też bardzo wyraźnie, iż jesteśmy w samym środku „wojny cywilizacji” o zupełnie podstawowe wartości i on oraz jego amerykańscy wyborcy są  „po naszej stronie” a takie na ten przykład Niemcy – nie są.  
Zajęci przygotowaniami do szczytu Trójmorza (które jest oczywiście bardzo ważne) i do wizyty Donalda Trumpa w Polsce nie zauważyliśmy, że w nieustającej od czasu wyborów w USA,  nagonce lewackich mediów i pechowej demokratycznej kandydatki Hillary Clinton na Donalda Trumpa – w dosłownie ostatnich dniach wybiło się na czoło oskarżenie Donalda Trumpa o „prześladowanie środowiska LGBT”.  
Okazuje się, że Donald Trump dopuścił się zaniedbania wołającego o pomstę do nieba a polegającego na tym, że nie uczynił czerwca „miesiącem dumy LGBT”, jak to robił przed nim pan prezydent Obama i pan prezydent Clinton Bill. Środowiska LGBT w USA a również i na świecie obrały sobie czerwiec jako miesiąc dorocznych imprez w rodzaju parad LGBT, konferencji, manifestacji etc. na pamiątkę bijatyki, do jakiej doszło między gejami Nowego Jorku i policją po nalocie na jeden z lokali gejowskich w Nowym Jorku z podejrzenia o sprzedaż alkoholu bez koncesji. Doszło do przepychanki i aresztowania kilku krewkich klientów knajpy i szybko przerodziło się w zamieszki po tym, jak tzw. publiczność LGBT na ulicy obrzuciła policjantów butelkami na widok swoich kumpli w kajdankach. Rzecz miała miejsce w roku 1969 a w roku 2000 została upamiętniona jako nowa świecka tradycja.
Tymczasem w tym roku nowy prezydent  USA Donald Trump czerwiec 2017 ogłosił jako: Miesiąc „Wielkiego Wychodzenia z Domu” (Great Outdoors), Miesiąc Dziedzictwa Karaibsko-Amerykańskiego, Miesiącem Uznania Muzyki Karaibsko-Amerykańskiej , Narodowy Miesiąc Oceanu a nawet Narodowy Miesiąc Posiadania Domu. A przemilczał „miesiąc dumy LGBT” i to przelało czarę goryczy, bo przedtem zdążył rozjątrzyć aktywistów LGBT i ich patronów z Partii Demokratycznej z panią Hillary Clinton na czele – wstępnym projektem budżetu na 2018 r., w którym czujne oczy obrońców praw gejów-i-lesbijek dopatrzyli się ostrych cięć w kosztach biurokracji centralnej i lokalnej, które mają ostro uderzyć w komfort życia tych środowisk.
Tak przynajmniej pisze pani Brooke Sopelsa w dniu 28 maja 2017 r. w artykule pt.
„LGBTQ Community Would Be „Hard Hit” by Trump’s 2018 Budget” na portalu NBC News. Okazuje się, że służby planistyczne Donalda Trumpa przygotowują projekt budżetu, w którym przewidziane są cięcia budżetów m.in. dla Departamentu Zdrowia, Departamentu Sprawiedliwości i Departamentu Edukacji, co zdaniem jednej z aktywistek LBGT ma strasznie ograniczyć prawa obywatelskie środowisk LGBT, albowiem to te departamenty walczą najbardziej o ich prawa. Do których należą ostatnio m.in. takie żywotne sprawy jak prawo uczniów transseksualnych do swobodnego wyboru toalety w szkole. Co podobno budzi bardzo żywe emocje ze sprawami sądowymi w tle. A te departamenty wydają pieniądze podatnika na to, aby dokonywać kontroli w  szkołach publicznych czy te „prawa uczniów LGBT” „zabezpieczają”.
Aktywiści LGBT leją łzy nad cięciami dotacji dla Planned Parenthood, bo podobno ta świątobliwa firma obejmuje ich czułą opieką zdrowotną, jak się okazuje, na koszt podatnika. Również cięte mają być koszty w takich instytucjach jak Center for Desease Control and Prevention (Centrum dla Kontroli i Prewencji Chorób), co ma się odbić na prewencji w zakresie HIV, w PEPFAR/Global Fund Fund to Fight AIDS (Fundusz dla Zwalczania AIDS), co ma oddalić wynalezienie cudownego leku na HIV a nawet w Refugee Programs (Programy ws.Uchodźców) , co ma mieć potworne skutki dla świata, bowiem :”… Przy prawie 80 krajach kryminalizujących związki jednopłciowe – jak również naprawdę potwornych sprawozdaniach o przemocy przeciwko LGBT w Czeczenii, Bangladeszu czy w Indonezji- rola USA jako  latarni morskiej” asekuracji i ochrony dla LGBT – jest ważniejsza obecnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej..”.  W Czeczenii chodzi podobno o aresztowanie dwóch młodych czeczeńskich homoseksualistów przez lokalne służby bezpieczeństwa, torturowanie ich oraz być może nawet zabicie. Pewności nie ma, ale jak tu nie wierzyć, skoro sama pani Hillary Clinton na bankiecie organizacji LGBT wydanym na jej cześć pochyliła się nad tą (prawdopodobną ale jednak) martyrologią LGBT w Czeczenii.
Znękany prezydent Donald Trump przyjeżdża potem na Plac Krasińskich w Warszawie –Polska i narzeka na nadmiar biurokracji, ograniczający swobodę jednostki i trudno mu nie współczuć, skoro ma pod sobą takie jednostki biurokratyczne jak trzy departamenty kontrolujące w szkołach publicznych sposób korzystania ze , sorry, sraczy, przez uczniów „w podziale na orientacje seksualne”.
A u nas po staremu: kółko i trójkącik albo „chłopczyk” lub „dziewczynka”.
Tymczasem nasi zachodni sąsiedzi Niemcy, którzy w zakresie postępu, czy to technologicznego, czy to religijnego, czy obyczajowego są zawsze na czele postępu, więc uczcili „Czerwiec-Miesiąc Dumy LGBT” uchwaleniem przez Bundestag przepisu legalizującego małżeństwa jednopłciowe. Dokładnie 30 czerwca.  Ten jakże postępowy czyn może mieć rewolucyjny wpływ na działania słynnej agencji niemieckiej o nazwie Jugendamt w zakresie odbierania polskim rodzinom ładnych, małych dzieci, albowiem teraz dopiero radykalnie wzrośnie popyt na adopcje. Pojawią się lawinowo „nowe niemieckie małżeństwa” a tymczasem niemieckich dzieci tak jakby brak, nie mówiąc o tym, że niemieckie rodziny są idealne i nie ma powodu aby im odbierać dzieci. Podobnie jak rodziny tureckie czy generalnie islamskie. Pozostają na placu boju polskie rodziny, jak wiadomo, zwyczajowo „patologiczne” i w dodatku całkowicie pozbawione ochrony prawnej i konsularnej naszej nieszczęśliwej Ojczyzny. Więc z tego miejsca sugerują polskim rodzicom w Niemczech aby czym prędzej odesłały dzieci do dziadków w Polsce i pal sześć zasiłki.
Przy okazji rozważań o tym, jak to w przeciwieństwie do nas Niemcy kroczą w zakresie akceptacji i praw dla LGBT na czele postępu przypomniało mi się, iż ten wątek jest bardzo popularny w naukach gender i warto może mu poświęcić parę chwil, bowiem to są takie sprawy, o których podobno uczą się nasi studenci na wydziałach gender za nasze ciężko zarobione pieniądze. A przy okazji uświadomimy sobie, co  znaczy w ustach niemieckiego czy skandynawskiego dziennikarza określenie „ultrakonserwatywny” w odniesieniu do rządu PiS w Polsce.
Literatura w tym przedmiocie mnoży się niesamowicie, zwłaszcza w USA, podobnie jak filmy dokumentalne.
Dzięki nim można dowiedzieć się, że np. pierwszy w historii film „z życia LGBT” pt. „Anders als die Andern” (Diffrent from the Others, Inaczej niż inni)  został nakręcony w Republice Weimarskiej w roku 1919. Wyprodukował go i wyreżyserował pan Richard Oswald aktor i reżyser z Wiednia a scenariusz napisał wspólnie z samym profesorem Magnusem Hirschfeldem, ur. w Kolberg 1868, filozofem, filologiem i lekarzem i pierwszym człowiekiem określającym się jako „seksuolog”, który nawet zagrał w tym filmie małą rolę.
Film był o problemie szantażowania biednych homoseksualistów w Niemczech z powodu obowiązywania paragrafu 175, zakazującego stosunków seksualnych między dorosłymi mężczyznami. Problem był profesorowi Hirschfeldowi znany od dawna i to niemal z pierwszej ręki, albowiem jako założyciel organizacji pod nazwą Wissenschaftlich-humanitäres Komitee (WhK) czyli Komitet Naukowo-Humanitarny w roku 1897 r. w Berlinie i organizator kampanii na rzecz praw gejów, lesbijek, biseksualistów, transseksualistów (trzykrotnie zbierał podpisy pod petycją do niemieckiego parlamentu  o zniesienie art. 175, w tym takich osób jak Albert Einstein, Hermann Hesse, Thomas Mann, Heinrich Mann, Reiner Maria Rilke oraz tak wielkie autorytety jak Martin Buber , Karol Kautsky czy August Bebel spec od marksizmu). Profesor Hirschfeld zasłynął jako specjalista rozróżniający aż 64 rodzaje opcji seksualnych (!!!) i głosił teorię, że opcja seksualna taka jak homoseksualizm czy biseksualizm jest wrodzona.
Był bardzo sławny  a stał się jeszcze sławniejszy kiedy został  powołany przez wysoki sąd w Berlinie w roku 1907 jako ekspert w procesie, jaki generał Kuno von Moltke, adiutant cesarza Wilhelma II i wojskowy komendant Berlina wytoczył sławnemu dziennikarzowi Maksymilianowi Hardenowi proces o zniesławienie, kiedy ten ostatni napisał artykuł, w którym oskarżył generała von Moltke o zakazane przez art. 175 stosunki erotyczne z księciem Phillipem Alexandrem von Eulenburg und Hertefeld, najbliższym przyjacielem cesarza Wilhelma II. Książę von Eulenburg pochodził z rodziny junkrów pruskich, która od wieków służyła rodzinie Hohenzollernów. Jego ojciec był ministrem spraw wewnętrznych Prus.  Sam książę Phillipe był od roku 1886 osobistym przyjacielem najpierw następcy tronu Niemiec a następnie cesarza Wilhelma II. Jednym z ciekawszych zainteresowań obu panów był okultyzm i seanse spirytystyczne. Był na tyle wpływowym człowiekiem, że w roku 1897 zdołał wylansować księcia von Bülow, swojego byłego szefa z czasów pracy na posadzie II sekretarza ambasady Niemiec w Paryżu – na szefa Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Książę von Bülow w latach 1900-1909 był kanclerzem Niemiec, więc, jak widać, pozycja księcia Eulenburga była najwyższą z możliwych.
Sam książę Eulenburg miał bardzo ciekawe zainteresowania. Okazuje się, że był agresywnie antykatolickim protestanckim bigotem, który postrzegał Watykan jako siłę zła, która tylko knuje spiski przeciwko protestanckim Prusom. Jedną z jego ulubionych teorii spiskowych było przekonanie, że samobójstwo arcyksięcia Rudolfa Habsburga następcy tronu Austro-Węgier nie było żadnym samobójstwem, tylko spiskiem Watykanu po to, aby stojący jako następny w kolejce do tronu wiedeńskiego arcyksiążę Franz Ferdynand (zastrzelony w 1914 w Sarajewie), którego Eulenburg uważał za marionetkę Watykanu, mógł objąć władzę cesarską w Wiedniu. Natomiast jako cesarz Franz Ferdynand miał zorganizować spisek wspólnie z katolicką Bawarią i z błogosławieństwem Watykanu  przejąć władzę nad Prusami. Poza tym był zdeklarowanym luteranem i gorącym okultystą, który wierzył w duchy i urządzał różne wieczorki spirytystyczne nawet będąc z wizytą u przyjaciół. Zwierzał się siostrze, że w czasach, gdy cesarz był jeszcze następcą tronu, „wiele rozmawiali o tych sprawach”.
Ale to i tak było nic wobec pomysłu Eulenburga, aby kanclerz Prus Hollstein dał łapówkę Papieżowi Leonowi XIII aby ten nakazał członkom partii katolickiej, aby pod grozą ex-komuniki głosowali w parlamencie za nowym przepisem dotyczącym armii pruskiej. Poza tym uważał Wilhelma II za człowieka predestynowanego przez Boga do tego, aby uczynić Prusy najsilniejszym i najważniejszym imperium na świecie. Nienawiść do Polaków i zablokowanie propozycji  polskich arystokratów z imperium rosyjskiego w 1894 r. aby „wyjąć” spory kawał zaboru rosyjskiego i uczynić z tego niezależne Królestwo Kongresowe pod protektoratem pruskim, to był już tylko detal.
A poza wszystkim książę von Eulenburg, formalnie ożeniony z hrabianką Augustą Sandels, prawnuczkę wysokiej rangi generała szwedzkiego, znanego z czasów wojen napoleońskich, która posiadała spore majątki na Pomorzu, miał sporo związków homoseksualnych, co było tajemnicą poliszynela. To plus skłonności do intryg w duecie z księciem von Bülow wokół cesarza Wilhelma II i kanclerza Holsteina doprowadziło do tego, że kiedy w maju 1906 r.  kanclerz Holtein kolejny raz złożył na ręce cesarza rezygnację, które te dotychczas odrzucał – tym razem cesarz ją przyjął. Co bardzo nieprzyjemnie zaskoczyło Holsteina. Kiedy zaczął badać przyczyny, okazało się, że dzień wcześniej cesarz jadł śniadanie z Eulenburgiem i to ten podpuścił cesarza, żeby wreszcie przyjął rezygnację.
Rozżalony Holstein najpierw napisał brutalny list do Eulenburga i wyzwał go na pojedynek, a kiedy ten odmówił, Holstein zwrócił się do swojego starego znajomego z dawnych czasów, wpływowego dziennikarza Hardina, który od lat czekał na okazję, aby dopaść Eulenburga.
No i dostał swoją szansę, bowiem Holstein podobno ujawnił niektóre smaczki z tego, co krążyło po dworze a o czym szeptała ulica – swojemu znajomemu z dawnych czasów dziennikarzowi Hardinowi. Ten wysmażył serię artykułów na temat tajemniczego kółka pod nazwą „Liebenberg Round Table", który miał być homoseksualno-okultystyczną kliką w najwyższych kręgach arystokracji odpowiedzialnej m.in. za niepowodzenia w polityce zagranicznej (kryzys marokański). Opisane postacie były co prawda zakodowane pod różnymi pseudonimami, ale artykuły były raczej przejrzyste.
 I wtedy książę von Moltke zaskarżył dziennikarza Hardina o zniesławienie a sprawa przeniosła się do sądu i nabrała międzynarodowego rozgłosu.  Hardin powołał na świadka Magnusa Hirschfelda jako eksperta od homoseksualizmu a ten z kolei wcale nie zachowywał się przed sądem jako niezależny ekspert tylko jako bojownik o sprawę. Wierząc, iż udowodnienie, iż w wyższym korpusie oficerskim Prus są homoseksualiści ułatwi zniesienie paragrafu 175, stwierdził przed sądem, że von Moltke jest homoseksualistą.  Hirschfeld został powszechnie skrytykowany jako pseudo-naukowiec przez opinię publiczną. Faktycznymi świadkami był żołnierz Bollhardt, który miał go widzieć w towarzystwie mężczyzny na zakrapianej imprezie oraz była żona, która ku uciesze publiczności zeznała, że ukochany małżonek skonsumował z nią związek małżeński dwa razy. Za co została, jako kobieta publicznie opowiadająca o szczegółach swojego życia intymnego określona jako nimfomanka histeryczna. Koło tego wszystkiego kręcił się pan profesor Hirschfeld, który miał na podstawie obserwacji określić, czy świadkowie mówią prawdę. 29 października 1907 r. sąd uznał księcia von Moltke za winnego a Hardina uniewinnił.

Jednakże w trakcie apelacji 25 grudnia 1907 r. była żona księcia von Molke został ostatecznie zdyskredytowana jako histeryczka. A profesor Hirschledt z nieznanych powodów odwołał poprzednie „eksperckie opinie”. Hardin przegrał i aby się ratować zaproponował ugodę pozasądową. Ale w tym momencie włączył się do gry kolejny bojownik o prawa gejów, niejaki pan Adolf Brand, wydawca pierwszego na świecie periodyku o tematyce homoseksualnej pt. Der Eigene.  Przyłączając się do „pro-gejowskiej” kampanii profesora Hirsschfeldta dla obalenia paragrafu 175 napisał pamflet, w którym z kolei oskarżył o homoseksualizm księcia Bülow, który pozwał go do sądu o zniesławienie. W procesie tym książę von Eulenburg został wezwany na świadka i pod przysięgą zeznał, że nie miał żadnych homoseksualnych stosunków z księciem von Moltke ani z żadnym innym mężczyzną a tak wogle, to uważa homoseksualizm za rzecz niemoralną wysoce.
No i wtedy dopadł go prawdziwy spisek dziennikarski, bowiem pan Hardin, uznając, że nie wygra żadnego procesu w Prusach, zapłacił trochę grosza dziennikarzowi w Bawarii, panu Antonowi Städele a ten w gazecie Neue Frie Volkszeitung napisał artykuł, w którym oskarżył Hardina o to, że wziął łapówkę od Eulenburga (zapewne za tę ugodę pozasądową), bowiem on znalazł dwóch rybaków bawarskich, którzy pod przysięgą stwierdzili, że mieli zakazane stosunki homoseksualne z księciem Eulenburgiem w roku 1880 w czasie wakacji nad Starbergersee.
I w tym momencie wkroczyła policja pruska z departamentu obyczajowego , która 30 kwietnia 1908 r. wybrała się do  Liebenberg aby przesłuchać księcia na okoliczność rewelacji z procesu w Monachium.
W przeciwieństwie do wysokiego sądu, policyjne wygi z wydziału obyczajowego nie uwierzyły w zeznania księcia Eulenburga i już 8 maja 1908 r. został on aresztowany z paragrafu 175. Jednocześnie policja zrobiła rewizję w posiadłości i spaliła wszystkie papiery prywatne księcia. Jednocześnie policja bawarska zrobiła nalot  na posiadłość barona Jana von Wendelstadta, przyjaciela księcia Eulenburga i dokonała rewizji oraz spalenia papierów osobistych.
W czasie , gdy dwóch najbliższych arystokratów z otoczenia cesarza Wilhelma II toczyło boje przed sądami cywilnymi, sześciu oficerów pruskich popełniło samobójstwa z powodu szantażu z podejrzenia o homoseksualizm a po roku 1907 około 20 oficerów stanęło przed sądami wojskowymi z oskarżenia o to samo. Oskarżony został również o homoseksualizm oficer z osobistej ochrony cesarza (Regiment der Gardes du Corps), której dowódcą był kuzyn cesarza generał Wilhelm graf von Hohenau. Wszystko wskazywało na to, że ostatecznie faktycznym celem pamfletów dziennikarskich i  procesów sądowych nie był  von Eulenburg sam cesarz Wilhelm II. Harden miał się przyznać Hirschfeldowi,  że afera ta była największym błędem w jego życiu. Niektórzy twierdzą, że  daleko idące skutki tej dziwnej afery pośrednio przyczyniły się do zniszczenia autorytetu pruskiego korpusu oficerskiego i przegrania I  wojny przez Niemcy.
O ile Hardin poszedł po rozum do głowy, to szlachetny profesor Hirschfeld już po przegraniu wojny przez Niemcy i po abdykacji cesarza Wilhelma II miał w świeżej niemieckiej demokratycznej Republice Weimarskiej odegrać wielką rolę w popularyzowaniu homoseksualizmu.
W 1919 r.  wynajął śliczną willę koło Reichstagu i wraz z innym „seksuologiem” panem Arthurem Kronfeldem założył Institut
 für Sexualwissenschaft, do którego przytargał zbieraną przez lata literaturę erotyczną i liczne „zabawki erotyczne”, z których zrobił „naukową wystawę”.
Instytut posiadał trzy oddziały: medyczny, psychologiczny i etnologiczny oraz udzielał porad w zakresie małżeństwa i seksu. Tak naprawdę zajmował się propagowaniem tzw. edukacji seksualnej, antykoncepcji, leczeniem chorób przenoszonych drogą płciową, prawami kobiet i prawami osób transseksualnych, dla których profesor Hirschfeld żywił prawdziwie ciepłe uczucia, zatrudniając ich w instytucie jako pracowników. Podobno rocznie instytut udzielił 1800 porad a odwiedziło go 20 tysięcy gości i pacjentów.
Ale największym  sukcesem było zorganizowanie przez profesora Hirschfelda w 1921 r. I Kongresu Światowej Ligi Reform Seksualnych, w której udział wzięli m.in. tacy spece jak Bertrand Russel, małżonka jego Dora, Bernard Shaw,Charles Drysdale z Ligi Maltuzjańskiej oraz wielu różnych dobrych ludzi , w tym Albert Einstein jako „obserwator, który nie zabrał głosu”.
Tymczasem Berlin zajmował się raczej praktyką seksu a nie teorią i to bez porad profesora Hirschfelda – na skalę wprost niewyobrażalną. Pierwsza Wojna Światowa zebrała swoje żniwo. Zwycięska Francja straciła na wojnie 1.150.000 żołnierzy zabitych a rannych zostało 4.266.000 mężczyzn. Ilu było zdolnych do pracy po wojnie, nie wiem.
Przegrane Niemcy zostawiła na polach bitwy 1.800.000 zabitych żołnierzy a rannych zostało 4.215.000 mężczyzn. Zwycięska Wielka Brytania straciła 744.000 mężczyzn a rannych zostało 1.675.000. Teoretycznie zwycięska Rosja straciła odpowiednio 1.700.000 zabitych i odpowiednio 4.950.000 rannych. Dodatkowo w Rosji wybuchła sterowana z zewnątrz rewolucja i walki trwały nadal a z dokonanego masowego rabunku klas wyższych bolszewicy zebraną walutę, złoto, dzieła sztuki i wyroby jubilerskie na szacunkową kwotę ówczesnych 7 mld dolarów – wywieźli via Szwecja do USA.
Dodatkowo Niemcy straciły terytoria na rzecz nowych państw i Francji. Za to we wszystkich tych państwach pojawiła się klasa świeżo wzbogaconych spekulantów – dostawców dla wojska, którzy dorobili się milionów.
I się zaczęło. Miliony rodzin i ludzi niezdolnych do pracy zostało pozbawionych dotychczasowych żywicieli rodziny, a czasem trzeba było jeszcze utrzymać męża/ojca/brata – kalekę niezdolnego do pracy.
W krótkim czasie Berlin (podobnie jak Paryż) stał się światową stolicą płatnego seksu i występku. Kiedy dr Magnus Hirschfeld wydawał naukowe dzieła takie jak: „Afrodyzjaki”, „Prostytucja”, Seksualne Katastrofy”, „Seksualna patologia”, „Perwersje” codziennie na ulicach Berlina, w restauracjach, pod hotelami, na rogach ulic i w prywatnych mieszkaniach rozpoczynało po godzinie 17 pracę około 100.000 prostytutek: kobiet, mężczyzn, dziewczynek i chłopców.
Wszystko to zostało opisane w dramatyczny sposób przez Mela Gordona w książce pod tytułem :”Zmysłowa Panika: Erotyczny Świat Weimarskiego Berlina”.
Dla pracy takiej ilości prostytutek męskich i żeńskich należało stworzyć odpowiednią scenografię oraz przygotować nastrój potencjalnego klienta.
Służyły temu teatry, kabarety, kina: wszystkie wystawiające w większości słabo lub wcale nie zawoalowane odniesienia do seksu. Nagość w tzw. wodewilach i występach kabaretowych czyli wg dzisiejszych standardów – lekkie i ciężkie porno – były wszechobecne. Najsłynniejszą  i „najodważniejszą”  tancerką i piosenkarką była niejaka Anita Berber, obecnie ikona feministek i wykładowców gender, która występowała nago sama lub w towarzystwie męża, pana Drosde, zdeklarowanego homoseksualisty. Była też narkomanką. Przy niej Marlena Dietrich nosiła się jak uczennica szkoły klasztornej. Obie wyszły z tej samej „szkoły teatru”, bo teatry w Berlinie „trzymał” wówczas głównie pan Max Reinhardt, właściciel co najmniej 11 scen teatralnych i wielu „kontrowersyjnych” kabaretów.
W podziemiach klubów, teatrzyków i restauracji czekały przygotowane „pomieszczenia zamknięte” dla „indywidualnej i zbiorowej konsumpcji”.
Berlin był światową stolicą kina  a największym producentem była UFA. W tym to gatunku odnalazł się był profesor Hirschfeld jako scenarzysta i aktor wspólnie z panią Anitą Berber. Wyjątkowo ubraną, bo film był o dwóch nieszczęśliwych homoseksualistach. W owym czasie Berlin produkował więcej filmów niż wszystkie kraje razem wzięte, włącznie z Hollywood.  Tematyka była rozrywkowa i ..jeszcze bardziej rozrywkowa.
Kobiety pozbawione mężczyzn z dowolnej klasy społecznej w warunkach hiperinflacji dokonywały czasem piekielnych wyborców aby zapewnić jedzenie i ogrzewanie dzieciom czy rodzicom. To samo dotyczyło też młodych mężczyzn i osieroconych dzieci.
Przy całym tym szaleństwie Niemcy były jednak państwem porządku i w krótkim czasie zdołano podzielić prostytutki na „segmenty” czy „specjalizacje”. Wyróżniono ogólnie 17 typów prostytutek, z tego 8 pracujących na ulicy a 9 „pod dachem”.  Charakterystyka typów prostytutek daje obraz piekła, w jakim nagle znalazło się społeczeństwo niemieckie.
Oto następujące typy: 1) prostytutki zarejestrowane w urzędzie i poddane kontroli lekarskiej, 2) amatorzy/amatorki na pół etatu posiadające pracę dzienną jako niżsi urzędnicy lub sklepowe lub robotnice dzienne, dorabiające po pracy, 3) spacerujące wolno po ulicach, świadczące usługi w ciemnych alejach lub zaułkach, 4) nastoletnie dziewczęta o chłopięcym wyglądzie „dorabiające” po szkole bez wiedzy rodziców, 5) dziewczęta w wysokich butach (dominy), 6) szykownie ubrane  duety „matka-córka” świadczące usługę wspólnie,  7)
Münzis- kobiety w różnym stadium ciąży (bardzo drogie), 8) kobiety widocznie oszpecone i kalekie (bez nóg, bez rąk, zdeformowane). Wśród prostytutek pracujących pod dachem wyróżniono m.in. „chantes”- żydowskie prostytutki z  niskich klas, głównie z Polski, 2) „Fohses”: eleganckie kobiety ogłaszające się dyskretnie w magazynach jako prywatne masażystki i manikiurzystki,3) „Demi-castors”: młode dziewczęta z wyższych klas , pracujące po południu lub wczesnym wieczorem, 4) „table –ladies”: bardzo piękne kobiety o egzotycznym wyglądzie mające zarezerwowane stoły w ekskluzywnych klubach nocnych.
I tak dalej, i tak dalej.
Była oczywiście pedofilia zorganizowana sprytnie w systemie aptek, do których zgłaszali się klienci, skarżący się na różne dolegliwości trwające ileś tam lat. Liczba lat „cierpienia’ oznaczała wiek  dziecka, które było „zamawiane” przez aptekarza przez telefon. Narkotyki były sprzedawane i kupowane publicznie.
I powszechna nagość. I żadnego podziału na płeć. Usługi świadczyli homoseksualiści i lesbijki, transseksualiści i biseksualiści.
Wszystko ustało po krachu na giełdzie, bowiem największa grupa klientów, czyli bogaci turyści seksualni z USA, Wielkiej Brytanii i miejscowi dorobkiewicze – nagle stracili majątki a zaraz potem nastał pan Hitler, który trochę spraw ukrócił a trochę zmodyfikował. Zostawił np. kult nagości czyli nudyzm oraz stosunki pozamałżeńskie –ale tylko w celach prokreacyjnych w ramach poprawiania rasy w  systemie Lebensbornu. Jedno diabelstwo zastąpiło drugie.
Coś wisiało w powietrzu Berlina, co powodowało, że ludzie zachowywali się, jakby świat się kończył. Opanowało ich powszechne szaleństwo. Nazywano to czasem określeniem „Berliner Luft”: Berlińskie Powietrze”.
Pani Anita Barber zmarła w wieku lat 29  z powodu przedawkowania specyficznej mieszanki narkotyków.  Marlena Dietrich, która uczyła się śpiewu i tańca u pierwszej otwarcie zdeklarowanej lesbijki  niemieckiej Claire Waldoff, wyemigrowała do USA z mężem producentem filmowym Siebertem i jego przyjaciółką Tamarą Matul.
A film „Kabaret” oczywiście nie opisuje rzeczywistości, mimo, że opiera się na wspomnieniach „obserwatora uczestniczącego” brytyjskiego homoseksualisty Christophera Isherwooda. Przyjechał on do Niemiec kiedy wszystko już wygasało, a w dodatku odwrotnie obsadził bohaterów dramatu. To nie cudzoziemcy byli biedni i dorabiali i byli uwodzeni przez bogatych wyrafinowanych Niemców. To Niemcy  z różnych klas społecznych sprzedawali się za dolara (w przeliczeniu) i papierosa bogatym zepsutym „turystom seksualnym” wszelkich opcji aby mieć na kawałek chleba, palto i wiadro węgla w zimie do pieca.
W zwycięskim Paryżu i w dalekim Szanghaju działy się podobne rzeczy i zawsze była to ludzka tragedia i rozpacz ale lewacka propaganda, która wykiełkowała w 1968 r. upiększyła i ocenzurowała wiedzę o tamtych strasznych czasach.
I pomyśleć, że ta epoka grzechu rozpoczęła się zaledwie w 2 lata po objawieniach w Fatimie i objęła zarówno zwyciężone Niemcy jak i zwycięską Francję jak i rewolucyjną Rosję.
Podsumowując: stoimy z prezydentem Donaldem  Trumpem i jego marzeniem o obronie rodziny oraz zachodniej cywilizacji po zupełnie innej stronie barykady niż ci, którzy w Bundestagu przegłosowali ustawę o jednopłciowych małżeństwach i sponsorujących parady równości w Polsce pod pretekstem lansowania wolności i demokracji.
PS. Do profesora Hirschfelda i jego „Instytutu Badań Seksualnych” w roku 1923 przyjechał w celu wymiany doświadczeń z Rosji Sowieckiej towarzysz Nikołaj Aleksandrowicz Siemaszko, sowiecki komisarz ds. zdrowia. Profesor Hirszfeld zrewizytował go w Moskwie w roku 1926.
PS2. Klimaty Republiki Weimarskiej i Berliner Luft pokazuje znakomicie film dokumentalny z serii „Legendary Sin Cities- Berlin Metropolis of Vice” ( Legendarne Miasta Grzechu- Berlin, Stolica Występku), produkcji CBC Documentary z 2005 r.