czwartek, 5 października 2017

Soros, Orban, Smolar, Ignatieff czyli uniwersytety, NGO i Ochrana.



Okazuje się, że w związku z rozpoczęciem roku akademickiego 2017/2018 zaszczycił nas swoją obecnością sam pan rektor Uniwersytetu Europy Centralnej w Budapeszcie pan Michael Ignatieff, główny bojownik o wolność Akademii na Węgrzech. W trakcie pobytu w Warszawie przewidziany jest m.in. wykład inauguracyjny na SWSP Uniwersytecie Humanistyczno Społecznym pt. Universities and Liberal Freedem in Central Europe” ( Uniwersytety i Wolność Liberalne w Europie Centralnej”. A następnie zaśpiewa chór.
Uniwersytet Humanistyczno –Społeczny SWSP , podobnie jak Central European University  w Budapeszcie są uniwersytetami bardzo młodymi. Pierwszy został założony przez prof. Janusza Reykowskiego z kolegami jako Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej. Sam pan prof. Reykowski, psycholog, był od roku 1949 filarem partii naszej kochanej PZPR aż do jej smutnego końca. 

 W latach 1988-1990 był członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR a wcześniej też zdarzało mu się służyć partii swoimi talentami na wysuniętych odcinkach. Np. w latach 1967-1968 był kierownikiem Ośrodka Badań Społecznych Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego, w latach 1982-1989 wchodził w skład kierownictwa Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego a ciemne czasy komunizmu zwieńczył kierowaniem zespołu ds. reform politycznych Okrągłego Stołu.

 Będąc już po stronie jasności  w 1996 „poszedł na swoje”, chociaż chyba nie do końca, bowiem od roku 2007 jako podmiot założycielski dla Uniwersytetu Humanistyczno Społecznego SWSP jest wymieniany podmiot o nazwie Instytut Rozwoju Edukacji, który jest spółką z ograniczoną odpowiedzialnością KRS 0000291897, z siedzibą na ul. Chodakowskiej 19/31. Jest ona z kolei własnością spółek : Instytut Edukacji Europejskiej Spółka z o.o, (KRS 0000097161) z siedzibą w Poznaniu ul. Gen. T. Kutrzeby 10 oraz Instytut Edukacji SA (KRS 0000487031) z siedzibą w Janikowie k. Poznania.

 We władzach (zarządzie lub radzie nadzorczej) zasiada dynamiczny pan Piotr Zenon Voelkel, który jest szczęśliwym właścicielem kilku innych spółek a ponadto zasiada wraz z panią Grażynką Kulczyk w radzie Fundacji Malta jak również wraz z rodziną we władzach Fundacji Vox Artis Promocja Polskiej Sztuki Współczesnej i Designu z siedzibą również na ul. Gen T Kutrzeby 10  w Poznaniu.

Struktura właścicielska Uniwersytetu Humanistyczno Społecznego SWSP przypomina dość wiernie konstrukcję biznesową Central European Universtity w Budapeszcie, którego szczęśliwym rektorem jest od września 2016 r. prof Michael Ignatieff.  Jest to bowiem też prywatne przedsięwzięcie pewnego obywatela a konkretnie obywatela USA niejakiego George’a Sorosa, który od roku 1991 r. jest bardzo aktywny na Bałkanach.  Wyłożył podobno na ten uniwersytet dużo pinionżków (podobno ok.880 mln USD) w sobie znany sposób.
No i słynna „dyktatura większości” na Węgrzech czyli rząd premiera Orbana w czerwcu 2017 r. wprowadził ustawę „o przejrzystości organizacji pozarządowych”, która przewiduje m.in. obowiązek każdorazowego zgłaszania w sądzie (zapewne rejestrowym) faktu otrzymania zagranicznej dotacji w kwocie wyższej niż 24 tysiące Euro (w przeliczeniu). Dodatkowo organizacja pozarządowa, będąca szczęśliwym beneficjentem takiej pomocy winna niezwłocznie zamieścić informację o fakcie uzyskania wsparcia finansowego na swojej stronie internetowej.

Obowiązek nie dotyczy pomocy z funduszy z terenu UE rozdysponowywanych przez agencje rządowe. Co ciekawe, ustawa NIE ZABRANIA pobierania dotacji od zagranicznych sponsorów spoza UE.  Tylko nakłada obowiązek podawania do publicznej wiadomości - informacji o takiej dotacji.
Na takie brewerie nie mogła patrzeć Komisja Europejska i inni ludzie dobrej woli.
Niezawodna Komisja Wenecka, którą znamy i kochamy, natychmiast „nakazała zlikwidowanie tego zapisu”. No a 4 października 2017 r. Komisja Europejska wydała tzw. uzasadnioną opinię w tej sprawie a Węgry mają miesiąc na odpowiedź.

I w tych okolicznościach przyrody rektor Uniwersytetu Europy Centralnej pan prof. Michael Ignatieff przyjeżdża do Warszawy aby nie tylko wygłosić wykład inauguracyjny w Uniwersytecie towarzysza Reykowskiego & Kolegów, ale w dniu 6 października 2017 r.  uda się oficjalnie do „Braci Smolar” czyli do siedziby Fundacji Batorego na ul. Sapieżyńską 10a aby wygłosić wprowadzenie do debaty , której tematem będzie: „Społeczeństwo Otwarte i jego wrogowie” . Wedle Karla Poppera, którego uwielbia George Soros, sponsor tej, jak i wielu innych, imprezy.

Pan prof. Michael Ignatieff z dalekiej Kanady ma dodatkowy problem z rządem węgierskim, albowiem od kwietnia prowadzi swój własny bój z „węgierską dyktaturą większości” o utrzymanie przy życiu podmiotu jakim jest Central European University w Budapeszcie.

Albowiem krwawy satrapa Victor Orban, budujący druciane płoty, zamachnął się nie tylko na „tajemnicę źródeł finansowania i kanałów przepływu środków finansowych dla organizacji pozarządowych”, ale jeszcze  wdrożył ustawę o uczelniach wyższych, na podstawie której prawo do prowadzenia działalności rozumianej ogólnie jako „uniwersytecka” mają mieć tylko takie podmioty zagraniczne, które w swoich krajach macierzystych RÓWNIEŻ prowadzą „symetryczną” działalność dydaktyczną, badawczą oraz posiadają tzw. kampus  czyli prawdziwych, żywych studentów.
Uniwersytet Europy Środkowej w Budapeszcie nie spełnia tych kryteriów a jako podstawę prawną swego istnienia posiada podobno jedynie jakieś porozumienie pomiędzy Stanem Nowy Jork a Ratuszem Budapesztu. Co oznacza, że rząd węgierski może w każdej chwili zakazać jego działalności.  
Tak więc być może pan prof. Ignatieff przyjechał do Warszawy aby podzielić się swoimi lękami i nadziejami z ludźmi szlachetnymi i tak jak on walczącymi z: nacjonalizmem, ksenofobią, rasizmem, islamofobią, antysemityzmem, seksizmem i wszystkim tym, o co oskarżana jest przez lewactwo Zachodu Europa Centralna od roku 1991.

Pan prof. Michael Ignatieff w dodatku ma problem, bo jeśli polegnie w bojach ze zdeterminowanym rządem węgierskim o jawność przepływów finansowych i nie okaże dowodu, że Central European University jest filią jakiegoś PRAWDZIWEGO uniwersytetu, to będzie to już jego druga wielka wpadka zawodowa i wizerunkowa zaledwie w ciągu jednej dekady.

Albowiem pan prof. Michael Ignatieff, potomek dwóch wielce wpływowych rodów: rosyjskiego i kanadyjskiego, światowiec brylujący ponad 30 lat w prestiżowych mediach i na uniwersytetach Wielkiej Brytanii, USA i Kanady – nie zakopałby się w pięknym lecz jakże prowincjonalnym Budapeszcie ze swoją węgierską żona tak sam z siebie.

W latach 2006 – 2011 był liderem jednej z trzech ważnych partii kanadyjskich: Partii Liberalnej. Z perspektywą zawalczenia o fotel premiera. Ale pokazał jakieś deficyty wizerunkowe w tym ciekawy brak lojalności: w tej samej partii startował w 2006 r. na lidera jego kumpel z pokoju w akademiku i bardzo zasłużony dla Partii Liberalnej polityk – pan Robert Keith Rae (Bob Rae), wcześniej m.in. gubernator stanu Ontario i mimo, iż Ignatieff wcześniej nie interesował się zbytnio Kanadą (ponad 30 lat poza krajem i poza polityką) – wyciął kolegę w wewnętrznych wyborach partyjnych, aby za 5 lat poprowadzić Partię Liberalną do największej klęski w historii. W roku 2011 Partia Liberalna uzyskała w wyborach nieco ponad 30 miejsc w parlamencie, gdzie zawsze miała nie mniej niż 70.

Ale pan profesor Ignatieff  zawsze celował bardzo wysoko.  Kiedy w roku 2000 był dyrektorem raczej bardzo skromnego ośrodka badawczego w The Kennedy School of Law na Uniwersytecie Harwarda – pod nazwą The Carr Center for Human Rights Policy (Centrum Carra  w zakresie polityki praw człowieka), opracował dla potrzeb stworzonego pod patronatem rządu kanadyjskiego dla potrzeb ONZ dokumentu, który udowadniał celowość „interwencji humanitarnej” i „interwencji odbudowującej demokrację” a jego tytuł brzmiał „Responsability to protect”.

No i gdzie się teraz człowiek nie obejrzy, wszędzie „interwencje humanitarne”, „odbudowa demokracji”: od Libii przez Irak aż do Syrii. Widać nawet „poczucie odpowiedzialności aby chronić” – „społeczeństwo otwarte” w Polsce czy na Węgrzech.

Czyli pan prof. Michael Ignatieff stworzony jest do wyższych celów.

Nie na darmo jego ojciec  graf Grigorij Pawłowicz Ignatiew urodzony w 1913 r. w Sankt Petersburgu syn ostatniego carskiego ministra edukacji Pawła Nikołajewicza Ignatiewa – dobrze się ożenił jako emigrant w Kanadzie.  Pan prof. Michael Ignatieff jest poprzez matkę panią Alison Grant, siostrzenicę samego Vincenta Massey’a , Generalnego Gubernatora Kanady w latach 1952-1959 i potomka starej i bardzo bogatej rodziny Massey ( m.in. Massey Fergusson Tractor Company) , który bardzo wcześnie, bo już w 1943 r. wylansował  syna białych Rosjan – na przedstawiciela Kanady przy Czerwonym Krzyżu. Należy domniemywać, że chodziło o to, aby siostrzenica nie wychodziła za mąż „za nikogo”.
A może w tle było coś jeszcze, bowiem ucieczka rodziny „ostatniego ministra edukacji carskiej” owiana jest mgłą tajemnicy, podobnie jak życiorys wojenny i powojenny Georgy Schwartza, później miliardera Sorosa.
Oto bowiem podobno minister Paweł Ignatiew został aresztowany w 1918 r. przez potworną Czeka Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego i powinien był zniknąć bez wieści w jakimś dole śmierci. A tymczasem „został uwolniony z więzienia dzięki wsparciu swoich zwolenników”.  I rodzina wyjechała z Rosji Sowieckiej przez Paryż do Kanady. Paryż można zrozumieć, bowiem dwaj stryjeczni bracia ministra byli wysokiej rangi wojskowymi i członkami misji wojskowych we Francji, więc sami tam uciekli.  No, no.  A to ciekawostka.

Wyjazd do Kanady i późniejsza bajeczna kariera syna Grigorija w anglosaskiej Kanadzie jest jeszcze jedną zagadką, albowiem dziadek Nikołaj Pawłowicz Ignatiew oficer carski w służbie dyplomatyczno –szpiegowskiej Rosji – brał udział w wojnie wywiadów rosyjskiego i brytyjskiego na terenie Azji – pod nazwą „Wielka Gra”. Zaczął od szpiegowania w Londynie aby otrzymać następnie misje w Chiwie i Bucharze (1858, pułkownik), gdzie odniósł był wielkie sukcesy. W 1958 r. wysłany został do Chin, gdzie wynegocjował dla Rosji nie tylko dostęp do jednego brzegu rzeki Amur ale i do całkiem sporego kawałka wybrzeża i ratyfikacji tzw. Ajgurskowo Dogowora. W 1861 był już posłem w Konstantynopolu i generalnie kręcił się po Europie, która dzieliła wówczas między sobą Afrykę i Chiny. I awansował w ministerstwie spraw zagranicznych.

Aż nadszedł rok 1981 r. i  rewolucjonista narodowo lec Hryniewicz rzucił bombę pod koła powozu cara Aleksandra II. Był to już chyba 6 zamach na cara i wreszcie „udany”. Może to te sukcesy wywiadu rosyjskiego w „Wielkiej Grze” tak „mobilizowały ludzi szlachetnych”.
Następny imperator, Aleksander III  wobec  ataku ,  który sięgnął tronu Rosji, musiał zacząć władzę od ogarnięcia spraw wewnętrznych kraju ze szczególnym uwzględnieniem wyśledzenia i zneutralizowania  wrogów wewnętrznych i zewnętrznych.
W roku 1881 r. generał Nikołaj Pawłowicz Ignatiew miał już lat 49 i za sobą bardzo nerwowy i niebezpieczny tryb życia.  Kiedy car Aleksander III wymieniał służby z bardziej frywolnych na bardziej stateczne, jego uwaga została skierowana na człowieka doświadczonego we wszystkich możliwych spisach i „kombinacjach operacyjnych”, to jest na generała Ignatiewa. Początkowo Ignatiew był mianowany na ministra „ziem i własności”. Ale już po 6 tygodniach, 4 maja 1991 r.  powołany został na stanowisko ministra spraw wewnętrznych.

No i ten zdolny generał przedstawił carowi projekt ustawy, którą ten w dniu 14 sierpnia 1881 r. zatwierdził. Była to  „Ustawa o środkach i ochronie porządku państwowego i spokoju społecznego”. Te  „środki” to była m.in. tajna policja, prowokatorzy, szpiedzy, cenzura, nadzór policyjny etc.  Słynna ustawa o powołaniu Ochrany.

Ustawa okazała się wielkim sukcesem w oczach cara i jego następców i obowiązywała aż do wieku XX, niejednokrotnie (1905-1906) przechodząc w stan wojenny.

Ta jutrzejsza debata o „Społeczeństwie otwartym i jego wrogach” zagajana przez prawnuka twórcy Ochrany  to będzie prawdziwy cymes. W siedzibie organizacji pozarządowej, prowadzonej od lat przez potomka państwa Smolar-Najdus, którzy chlebem i solą witali w 1939 r. w Białymstoku „społeczeństwo otwarte” uosabiane przez Armię Czerwoną i enkawede.  To będzie historyczny moment.
  
W pierwszym rzędzie zapewne zasiądzie nasze dobro narodowe, pan Adam Bodnar Rzecznik Praw Obywatelskich i obrońca „czyścicieli”, „student dwuletniego studium prawo konstytucyjne porównawcze” Uniwersytetu Europy Centralnej rocznik 2000.  Czy Vincent Rostowski, wykładowca tegoż Uniwersytetu w dziedzinie ekonomii, co to się teraz zaczął modlić.

Do tego kilkoro innych niezwykle kompetentnych absolwentów tej placówki, działających już to na niwie uniwersyteckiej (pan prof. Eryk Kosiński, UAM, prawo), pan Sergiusz Trzeciak, specjalista z zakresu „marketingu politycznego” co to „…Obecnie jako konsultant i trener Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) szkoli parlamentarzystów i liderów politycznych w Europie, Azji i Afryce..” i wykłada w Colegium Civitas.
Czy pani Justyna Drath: nauczycielka, rowerzystka, feministka. Jedną nóżką w Związku Nauczycielstwa Polskiego, drugą w Krytyce Politycznej – pisze broszury na temat narkotyków w szkołach. Gdyby pani Drath nie ukończyła  w 2012 r. seminarium „Human Rights and Drug Policy” w CEU w Budapeszcie, zapewne nie wiedzielibyśmy, co robić z tym „problemem narkotyków”.
Albo pani dr Monika Konieczyńska, pracująca w Departamencie Geologii Środowiskowej Państwowego Instytutu Geologii w Warszawie. W latach  2009-2011 - Kierownik Departamentu Geologii Środowiska w Państwowym Instytucie Geologicznym, członek Grupy Ekspertów GeoEnergy w ramach EuroGeoSurveys. Pani dr Konieczyńska jest wymieniana w składzie zespołu opracowującego Mapę Geośrodowiskową Polski. A w dniu 17 września 2015 r. była wymieniona jako prelegent na konferencji w Brukseli pt. „Unconventional Hydrocarbons. The Polish experience in the European dimension”. (Niekonwencjonalne węglowodory. Polskie doświadczenie w perspektywie europejskiej).  Konferencję otwierał pan professor Jerzy Buzek ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego a wśród prelegentów był Główny Geolog Kraju pan dr inż. Stanisław Brodziński oraz dyrektor departamentu Geologii i Koncesji Geologicznych w Ministerstwie Środowiska pan Rafał Miland. Chyba chodziło o ten cały gaz łupkowy.
Tak się przypadkiem składa, że firma San Leon, w której Quantum Fund pana Sorosa  ma znaczące udziały jest prawdziwym mistrzem w zdobywaniu koncesji na wydobycie gazu łupkowego w Polsce. Trochę gorszy jest Chevron, ale pan Soros też ma tam udziały.
No a pani dr Monika Konieczyńska jest nie tylko absolwentką geologii na UW ale też ukończyła Wydział Kształtowania Środowiska w Central European University w Budapeszcie. A to się dobrze składa.

Albo kto „naprawia stosunki z Litwą”?  I to już od pewnego czasu. Albo organizuje jakże trudne i skomplikowane relacje Macierzy z Polonią – Brytyjską? To tak odpowiedzialny odcinek ta polityka zagraniczna i kontakty z Polonią.

Na szczęście jest pani dr Jolanta Rzegocka, małżonka pana ambasadora RP w Londynie – Arkadego Rzegockiego.  Pani dr Rzegocka od 1997 r. współpracuje z Polskim Uniwersytetem na Obczyźnie w Londynie (PUNO) a od 2004 r. jest członkiem Stowarzyszenia Naukowców Polaków na Litwie (SNPL). A na chlebek z masełkiem zarabia/ła jako Sekretarz Katedry Interdyscyplinarnych Badań nad Językiem w Wyższej Szkole Europejskiej im. Ks Józefa Tischnera w Krakowie.

A kształciła się bardzo starannie.  Najpierw w 1998 r. magisterka w specjalizacji dramat angielski i teoria literatury na Wydziale Neofilologii w Instytucie Filologii Angielskiej.
 Po czym przeniosła się do Budapesztu, gdzie w 1999 r. zrobiła magisterkę na Wydziale Mediewistyki Uniwersytetu Europy Środkowej w Budapeszcie a następnie w 2003 r. tamże doktorat (uznanie tytułu) na Wydziale Mediewistyki na podstawie rozprawy pt. „Religious Drama and Performance in Early Modern Krakow”.
 
George się pewnie zaczytywał do upojenia. Z tego kształcenia mogły powstać tylko szlachetne pomysły w gronie szlachetnych ludzi i dr Rzegocka wraz z małżonkiem Arkadym podpisali w maju 2012 r.  deklarację powołującą  powołującą Forum Dialogu i Współpracy z Litwą. Wśród 100 intelektualistów i innych autorytetów widzimy podpisy takich rzeczników polskiego interesu i polskiej racji stanu w stosunkach z Litwą jak m.in. pan Klaus Bachmann , niemiecki dziennikarz i wykładowca Uniwersytety Wrocławskiego, pani Bogumiła Berdychowska, pan Stefan Chwin pisarz, Agnieszka Holland reżyser filmowy, pan Adam Michnik redaktor Gazety Wyborczej, Henryk Samsonowicz historyk , profesor,  pan Aleksander Smolar prezes Fundacji im Batorego, pan Andrzej Wielowieyski, katolicki publicysta , pan Kazimierz Wóycicki publicysta i wykładowca oraz pani Ludwika Wujec społecznik, pedagog.

Walka społeczeństwa otwartego z jego wrogami trwa. Jutro pan rektor Uniwersytetu Europy Środkowej w Budapeszcie zagai dyskusję. Nie wiemy, czy będzie się jej przysłuchiwać obecna ukochana Małżonka pana Rektora, pani Zsuzsanna M. Zsohar małżonka i emigrantka węgierska, o której korzeniach i młodości nie wiadomo nic, poza tym, iż cierpiała w  recepcji węgierskiego hotelu dla cudzoziemców kiedy goście hotelowi obdarowywali ją butelkami szamponu na odchodne.
Ja z grzeczności nie zapytam, kogo za komuny hotele dla cudzoziemców zatrudniały w recepcjach i jak ta bieda za komuny miała się  do oszałamiającej kariery matrymonialnej i zawodowej pani Zhohar w Holandii (pierwszy małżonek był holenderski), RPA i Wielkiej Brytanii (wydawnictwo Penquin). Z perspektywą zostania premierową Kanady.
Nie czepialibyśmy się pani Zsuzanny Zsohar gdyby nie to, że w 2015 r. na Węgrzech grasowała jakaś pani Zsuzanna Zhohar, aktywistka – rzeczniczka Migrant Aid, która ściągała na potęgę różnych „uchodźców” i organizowała im jakieś chatki nad Balatonem jako „schronienie” i zastrzegała się, że nie Migrant Aid nie bierze kasy do George’a Sorosa.
Kadry to potęga.

niedziela, 1 października 2017

Maxwell, Podkański i Holland czyli Axel Springer na polskim Majdanie.



Kilka dni temu brytyjski tabloid Daily Mirror czyli gazeta dla miejscowej gawiedzi, przedstawił w jednym ze swoich artykułów Niemca Hansa Franka generalnego gubernatora okupowanych przez III Rzeszę niemiecką ziem polskich i zbrodniarza wojennego skazanego na śmierć w Norymberdze – jako „polskiego masowego mordercę”. Czy był to przypadek, czy  „zneutralizowanie medialne” zwycięstwa Polaka płk. Franciszka Kornickiego  w plebiscycie zorganizowanym przez dziennik „Daily Telegraph” i Muzeum Królewskich Sił Powietrznych na najlepszego pilota Spitfire’a w II WW, to już słodka tajemnica brytyjskiej polityki wizerunkowej.

Incydent z Hansem Frankiem pokazał z jednej strony całkowity brak polskiej polityki wizerunkowej a z drugiej wielorakie korzyści z posiadania   mediów na usługach własnego a nie cudzego –państwa.
Oto bowiem na ten skandaliczny wybryk wysokonakładowego tabloidu – zareagowało jedynie Muzeum KL Auschwitz i to w sposób co najmniej –podejrzany. Muzeum napisało do Daily Mirror list, od razu „podpowiadając”, że był to „błąd” tego szmatławca, który na procesy o zniesławienie wydał już pokaźną fortunę. Kierownictwo gazety nie bawiło się w żadne kurtuazyjne przeprosiny tylko „wygumkowało” słowo „polski” – i było po sprawie. Nie było szkody dla Imperium, nie było tematu.  A parę milionów brytyjskich prostaków zostało z „wiedzą” o „polskim masowym mordercy Hansie Franku”.

Taki i wiele innych „incydentów” z aferą „polskich obozów koncentracyjnych” na czele  winien uświadomić, jakie szkody ponieśli i ponoszą Polacy i polski interes  w wyniku całkowitego pozbawienia się przez władze III RP - polskich mediów. Głównie na rzecz mediów niemieckich.
A w szczególności na rzecz koncernu Axel Springer.
W świetle brutalnej wojny medialnej prowadzonej  z obecnym rządem  i przeprowadzanymi reformami sprawa wdrożenia odpowiedniej ustawy „neutralizującej” miażdżącą przewagę mediów niemieckich na rynku polskim jest co najmniej tak samo ważna jak wojna z kastą sędziowską.

I dlatego przygody różnych figur z koncernu Axel Springer na Wyspach Brytyjskich są szalenie kształcące w zakresie tego „jak się to robi w Imperium” czyli jak pozornie wolny rynek prasowy w Wielkiej Brytanii  jest „państwowotwórczy” i jak żelazną ręką jest prowadzony „ku chwale Imperium”.
 Bo obecność  na „warszawskim Majdanie” różnych figur z gazet należących do koncernu Ringier Axel Springer Polska  jak na przykład: Broniatowski „młodszy” - autor „Małej Instrukcji co musi się stać aby powstał Majdan”  – ze springerowskiego Forbesa czy gorącego mówcy wiecowego przed Sejmem RP – pana Lisa ze springerowskiego Newsweeka powinny dać do myślenia. Podobnie jak „rewolucyjny aktywizm uliczny” pani Agnieszki Holland zupełnie bez związku z faktem, iż w 2013 r. została wymieniona jako „reprezentant ruchu” Kreatywna Polska (wraz ze Zbigniewem Hołdysem, Urszulą Dudziak, Jackiem Bromskim), za którego powstaniem widać pana „honorowego prezesa” Axel Springer Polska – pana Wiesława Podkańskiego.

 W wolnych chwilach Prezesa Izby Wydawców Prasy, urodzonego w 1954 r. w  Krośnie Odrzańskim filologa germańskiego, co to w latach 1980-1991 miał etat na Uniwersytecie Wrocławskim, maturę zrobił w 1973, czyli trochę na te studia czasu poświęcił. A potem był tłumaczem w jakimś wydawnictwie we Wrocławiu aby zabłysnąć na firmamencie Ringier Axel Springer Polska w latach 90-tych i pozostać na posterunku jako prokurent do chwili obecnej. Co oznacza, iż cały ten springerowski zarząd musi stać na baczność przed panem Wiesławem ale on ma ważniejsze rzeczy niż siedzenie w firmie i podpisywanie przelewów. Musi wprawić w ruch różnych szlachetnych ludzi, żeby robili różne szlachetne rzeczy np. zniechęcili do rządzenia złych pisowców. Żeby było tak jak było.

Obecnie można zobaczyć pana „honorowego prezesa” Ringier Axel Springer Polska Sp z o.o.  przy wspólnym stole obrad z posłem artystą dramatycznym Krzysztofem Mieszkowskim, który ogłosił na Komisji Sejmowej Kultury i Środków Przekazu w marcu br. , że „..obawia się dekoncentracji niemieckiego kapitału w mediach” oraz że :”…Mnie nie interesuje kapitał mediów, ale wolność słowa. Jeśli wolność słowa nie jest łamana, to o czym rozmawiamy? Ważniejsze są cele polityczne!...”.
 
No jasne,  że są. I dlatego nie ma żadnego związku z tym, że „zagraniczny nadzorca” całego tutejszego springerowskiego biznesu (nadal w radzie nadzorczej ONET SA) pan Ralph Max Büchi dostał w 2013 r. Hienę Roku za :”… przykład niedopuszczalnego i kreującego mechanizm autocenzury ingerowania wydawcy w niezależność redakcji i dziennikarza towarzyszący publikacji pt. Kadisz za milion dolarów”..”. Bo niejaki dziennikarz Surmacz Wojciech wspólnie z niejakim Nissanem Tzurem opisali niejasne okoliczności towarzyszące „reprywatyzacji nieruchomości przedwojennych wspólnot żydowskich, zwracanych im przez państwo” i zaraz potem odczuł nieprzepartą chęć rozwiązania stosunku o pracę z Forbesem „za porozumieniem stron”.

A teraz „reprywatyzacjami kamienic w ogólności” zajmuje się sejmowa komisja i minister Patryk Jaki z kolegami wysłał już kilku członków nietykalnej kasty „pod celę” a kamienice –odbiera. Niby „nie te kamienice” ale Surmacz wyleciał z Forbesa „w ramach wolności słowa” a Ringier Axel Springer Polska uzbierał największą kolekcję Hien Roku z 15 przyznanych, bo aż 5.

Czasem nie otrzymuje „Hieny Roku” ale poszkodowani „wolnością słowa wg mediów grupy Ringier Axel Springer” idą do sądu i muszą walczyć o zniszczone dobre imię swoje lub swoich bliskich. Czasem bliskich Zmarłych.

Jeszcze nie opadł kurz po awanturze o zdjęcie zamieszczone na springerowskim portalu internetowym Onet.pl, które miało ilustrować pikantnie  artykuł pana Daniela Olczykowskiego o Polkach fraternizujących się z żołnierzami niemieckimi  w czasie okupacji rzekomo na wielką skalę.  Oto jakoby na zdjęciu żołnierz idzie z kobietą do lasu w celu konsumpcji erotycznej  a okazało się, że jest to zdjęcie prowadzenia Polek na egzekucję w lesie w Palmirach. A konkretnie jednej Polski śp. Marii Brodackiej, aresztowanej przez Gestapo i torturowanej na Rakowieckiej i na Pawiaku w okresie stycznia – czerwca  1940 r. i rozstrzelanej 14 czerwca 1940 r.  
 
Ani pan Wiesław Podkański ani jego pryncypałowie z centrali Axel Springer a już tym bardziej „piąta wdowa Springer” rządząca całym biznesem, nie strzelili sobie w łeb z powodu tej hańby.

W Wielkiej Brytanii w roku 2009 doszło do procesu z powództwa  byłego prezesa FIA (Federation Internationale d’Automobile) Maxa Mosley’a – syna „tego” Mosley’a i słynnej matki Diany z domu Mitford  przeciwko gazecie koncernu Axel Springer – The News of the World. Tu chodziło o opublikowanie przez tę gazetkę zdjęć i wideo z sex-party, na której jakoby pan Mosley miał wystąpić w uniformie strażnika obozu koncentracyjnego a niepruderyjne panie, które towarzyszyły mu w zabawie, miały być ubrane w uniformy więźniarek obozów koncentracyjnych. A całość odbywać się miała w atmosferze „sado-maso”.  Mosley proces wygrał i otrzymał sowite zadośćuczynienie a egzemplarze niesławnego The News of the World były ścigane również we Francji, gdzie gazeta jest wydawana również. Ale  powiedział też, że „jego życie zostało zdewastowane”.

Prawnik Mosley’a pan Phillippe Ouakrat powiedział przed sądem, iż redaktor naczelny tej gazety The News of the World należy do grupy gazet, które w świecie anglosaskim określa się jako „gazeta rynsztokowa” (gutter Press).

Kiedy się przegląda tabloid „Fakt” –odpowiednik Bilda, grzecznie nazywanego w Niemczech „gazetą bulwarową”, to w zasadzie nie można się z adwokatem Mosley’a nie zgodzić.

Ale jak „wolność to wolność” i dlatego przynależność pani Holland do „ruchu Kreatywna Polska”  nie ma żadnego związku z faktem, iż agresywnie antypolski i w sumie rażąco kłamliwy film „Pokot” pani Holland, aktywistki ruchu „Kreatywna Polska” poza dofinansowaniem z Rady Europy może się poszczycić i „niemieckimi kamerzystami” na liście płac jak również nagrodą na Międzynarodowym Festiwalu Filmów w Berlinie, oraz pełne zachwytu i zupełnie bezinteresowne recenzje filmu w springerowskich gazetkach.

Co prawda podobno „reformami pisowskimi”  nie jest zagrożony  Ringer Axel Springer Polska ale raczej   Polskapresse, własność Passau Verlag, założonego przez pobożnego dr Hansa Kapfingera dzięki zezwoleniu Aliantów, mająca ok.90%  polskiej prasy lokalnej w rękach.  W 2015 r. Verlagsgruppe Passau sprzedała kilka swoich tytułów na rynku czeskim.  Może gromadzi siły i środki tego, aby „bronić się na linii Wisły”.

Jednakże „główna grupa uderzeniowa na Polskę ” to Ringier Axel Springer Polska i warto trochę poznać historię „Springerów dwóch”, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, aby zobaczyć, że poważne państwa bronią swojego rynku prasowego w sposób konsekwentny i dokładny.

„Springerów’ jest w Niemczech dwóch. Ten drugi , który grasuje obecnie w Polsce, to odmiana rzeczywiście „rynsztokowa”, rozwinięta po II WW na podstawie zezwolenia Aliantów uzyskanego przez Hinricha Springera lat 66 z Altony Hamburg i jego syna Axela Springera lat 34 – na założenie Axel Springer Verlag GmbH.  Przed wojną wydawali już całkiem poczytne gazety a na poczet rosnącego majątku syn w 2 lata zaliczył dwa ożenki i dwa rozwody. Historia milczy, co robili w czasie wojny poza tym, że „byli prześladowani w postaci ograniczenia papieru”.

Na podstawie zezwolenia Brytyjczyków wydawali początkowo jakieś „Nordwestdeutsche Hefte” i gazetkę z programem radiowym a później i telewizyjnym „Hör Zu!”. Mało ambitne ale finansowy pewniak dla początkujących. Przełomem był założony w 1952 r. Bild, który wedle historii firmy „miał się wzorować na Daily Mirror” czyli brytyjskiej gazecie bulwarowej.

 Obecnie firma jest w rękach „ostatniej wdowy Axela” – czyli piątej żony  „córki ogrodnika” Friede Springer z domu Riewers, przyjaciółki Angeli Merkel z NRD.  W pakiecie trzyma grupa takie tytuły jak: Bild i wszystkie inne „Bildy” jak „Bild Computer, Sport Bild, Auto Bild oraz bardziej ambitny tygodnik polityczny  Die Welt – i sporo innych tytułów, zwłaszcza w Mitteleuropie. Jak np. Dziennik Gazeta Prawna, Fakt, Forbes, Newsweek Polska, Przegląd Sportowy.

Kierownictwo „na Polskę” charakteryzuje się wyrazistymi poglądami politycznymi, którymi chętnie dzieli się z pracownikami, jak np. pan Marc Dekan, który wedle anglojęzycznej wiki miał w tym roku w okólniku napisać m.in., że :”… polski polityk Jarosław Kaczyński to „loser” czyli „nieudacznik” za to, że przeciwstawiał się kandydaturze Donalda Tuska na Prezydenta Unii Europejskiej…” oraz że :”.. My nie możemy nigdy zapomnieć o fundamentalnych wartościach, które reprezentujemy… To  jest moment, kiedy wolne media, takie jak nasze, muszą być aktywne. Mówimy o ideach ..Zjednoczonej Europy…”.

A gdzieś tam w tle kołacze się pamięć o zdjęciu zamieszczonym na tytułowej stronie „Faktu” w dniu 17 listopada 2005 r. z podpisem „Ten zboczeniec nadal jest na wolności”. Zdjęcie przedstawiało niewinnego obywatela miasta Konin Stanisława Pigułę, prywatnie redaktora naczelnego „Przeglądu Konińskiego” i kilku innych tytułów, przypadkiem NIE należącego jeszcze do żadnej niemieckiej firmy wydawniczej.

A teraz, skoro padła nazwa Daily Mirror, warto wspomnieć o drugiej rodzinie  Springer z niemieckiego rynku wydawniczego, reprezentującej niedosięgłe dla tego pierwszego – wyżyny tematyki wydawniczej jeszcze od wieku XIX.  

Druga a właściwie pierwsza rodzina Springer, to założyciele słynnej i szanowanej grupy wydawniczej Springer Science + Business Media, której korzenie sięgają roku 1842, kiedy to Juliusz Springer żydowski księgarz i wydawca założył na Breite Strasse 20 w Berlinie firmę  Springer-Verlag, zajmującą się wydawaniem i sprzedażą książek naukowych z wielu dziedzin. Od roku 1877 prowadzili ją synowie Ferdinand i Fritz, przy czym Fritz był inżynierem i aktywnie działającym Verein Deutsche Ingenieure. Przemysł i nauka niemiecka uczestniczyły na wielką skalę w wyścigu wynalazczym i wszyscy liczący się naukowcy i zwłaszcza wynalazcy publikowali w Springer -Verlag.  Na początku wieku XX w. i po I WW pojawiły się nazwiska noblistów, których Niemcy mieli wówczas wielu.

I właśnie w owym międzywojniu pojawił się w Springer – Verlag jako pracownik „konsultant naukowy” z Austrii, szczęśliwy brat słynnego dyrygenta – dr Paul Rosbaud.  Pan Rosbaud  ukończył chemię  w Darmstadt Technische Hochschule oraz metalurgię w Berlin –Charlottenburg Technische Hochschule i pisywał do technicznego periodyku „Metallwirtschaft”.  Jak również  walczył dzielnie w czasie I WW ale dostał się do brytyjskiej niewoli i tam nie tylko nauczył się płynnie języka angielskiego.  
 
Wrócił do Niemiec i po pewnym czasie podjął pracę w Springer Verlag, nadal w doskonałej kondycji naukowej i finansowej jako ów „konsultant naukowy”, co dawało mu nieograniczone możliwości w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich w niemieckim świecie naukowym i technicznym, ze szczególnym uwzględnieniem wynalazców.

W tym też czasie major Francis Edward Foley z Hertfordshire Regiment przeniósł się do MI 6 (wywiadu)  i został wysłany na placówkę do Berlina, gdzie udawał, że zajmuje się wyłącznie wizami do Wielkiej Brytanii. A tymczasem zajmował się przede wszystkim pozyskiwaniem informacji z kręgów naukowych i wynalazczych Niemiec. Zwerbowanie dr Paula Rosbauda skutkowało nie tylko nieograniczonym dostępem do najnowszych informacji o możliwych wynalazkach niemieckich ale też tuż przed samą wojną – możliwość przerzucenia z Niemiec niektórych „gorących” naukowców jak pani Lise Meinter, która pracowała jako asystentka Otto Hahna, trudzącego się nad chemią i fizyką jądrową.  

Paul Rosbaud i Frank Foley dzięki wizom Foleya  przerzucili z Niemiec do Wielkiej Brytanii całkiem sporą ilość utalentowanych żydowskich naukowców wraz z rodzinami tuż przed wojną, dzięki czemu po latach Foley doczekał się dziwacznego tytułu „British Schindler”. Ponieważ władze brytyjskie uznały, że takie określenie dla obywatela brytyjskiego jest świetnym pijarem, to nawet cudownie znalazł się kwit na dowód tego, iż szef berlińskiej komórki MI 6 NIE miał statusu dyplomaty. Czyli niby że Niemcy mogli go zaaresztować w każdej chwili.  Naprawdę podziwiam Anglików. Pilnują szczegółów.
 
Czy bracia Springer, synowie i wnukowie : właściciele i szefowie Springer- Verlag nie domyślali się prawdziwego zajęcia swojego „naukowego konsultanta”? Trudno powiedzieć.
Po roku 1933 „aryizacja” wydawnictwa  postępowała dość opornie, rzekomo z powodu dużego udziału eksportu książek wydawnictwa w przychodach. Jeszcze jednak przed wojną niemiecki zarząd wymusił zwolnienie żydowskich pracowników a po wybuchu wojny nastąpiła „aryizacja na całego” czyli przejęcie aktywów od rodziny Springer na „skarb III Rzeszy”.  Zaś w styczniu 1944 r.  synowie Juliusa Springera – Fritz Springer lat 94 i jego młodszy Brat Ernst Springer –lat 84 , zostali wywiezieni do Ghetta Theresienstadt, gdzie 10 stycznia zmarł Fritz a młodszy brat Ernst, prawnik – za jakiś czas.

Wojna się skończyła i firmę Springer Verlag a właściwie to, co z niej zostało, odzyskał wnuk Ferdynand Springer jr., który przeżył jako „mischling  I klasy”.  I zaczął odbudowywać z gruzów dawną firmę.
Znaczna część autorów wydawnictwa żyła na emigracji w USA lub Wielkiej Brytanii i nic nie wskazywało, aby mieli powrócić do powojennych Niemiec. Kapitał i wynalazki były za oceanem i posługiwały się językiem angielskim.
 
W odpowiedzi na to wyzwanie Ferdynand Springer jr. powołał do życia 21 kwietnia 1949 r. w porozumieniu z brytyjskim finansistą Hugh Quenellem reprezentującym tajemniczą firmę Butterworth Scientific  Publications Ltd  joint venture pod nazwą Butterworth – Springer Ltd. Springer dostarczał wiedzę i doświadczenie a Quenell – kapitał. Jako zarządzający firmą zostali powołani: prezes – Rex Foy i  dr Paul Rosbaud – dyrektor wydawniczy. Firma miała poparcie samej Scientific Advisory Board w składzie: Alfred Egerton z historycznej rodziny Egertonów, sir Edward Salisbury botanik, sir Charles Galton Darwin fizyk i Alexander Fleming noblista.

I wtedy  po raz pierwszy pojawia się na „scenie wydawniczej” tajemniczy młodzieniec ze wsi Slatinske Doly  Czechosłowacja (obecnie Słotwino Ukraina) ur. 1923 w biednej żydowskiej rodzinie ortodoksyjnych Żydów jako Jan Ludwik Binyjamin Hoch, który przeszedł do historii jako Robert Maxwell: członek parlamentu brytyjskiego, założyciel Pergamon Press, właściciel Mirror Group Newspaper (Daily Mirror) oraz jachtu Lady Ghislaine, z którego miał  5 listopada 1991 r. wypaść, pogrążając imperium wydawnicze i prasowe w totalnym chaosie, skandalu i ostatecznie – upadłości.

Okazuje się, że ten dynamiczny młodzieniec uciekł w roku 1939 czyli w wieku lat 16 przez Węgry do Francji, gdzie miał wstąpić do Armii Czechosłowackiej a nawet „zbuntować część żołnierzy” jakoby 500 i przejść do brytyjskiej jednostki Royal Pioneer Corps w 1940. Miał uczestniczyć w lądowaniu w Normandii i inwazji na Niemcy „aż do Berlina”, co jest dziwne, bo armia brytyjska do Berlina doszła dopiero w ramach podziału stref okupacyjnych. W tym czasie przedstawiał się jako Ivan du  Maurier.

W 1945 r. z rąk marszałka Montgomery otrzymał jakiś order i załapał się do brytyjskich służb prasowych w Berlinie, gdzie służył 2 lata. Następnie świetnie się ożenił z francuską hugenotką z arystokracji panną Elisabeth Meynard, absolwentką prawa na Sorbonie oraz został przedstawicielem handlowym firmy Springer- Verlag „wydawcy książek naukowych” aby następnie w 1951 r. wykupić 75% udziałów w firmie Butterworth- Springer Ltd. Pozostałe 25% uzyskał/wykupił dotychczasowy dyrektor Paul Rosbaud, zasłużony dla  MI6 i dla zwycięstwa Aliantów.  Panowie zmienili nazwę firmy na Pergamon Press, siedziba była już chyba w Oxfordzie czyli blisko tych wszystkich naukowców i wynalazców i wszystko skończyłoby się happy endem gdyby nie dynamiczny charakter pana Jana Ludwika Binyiamina Hocha, który zdążył zmienić nazwisko z du Maurier na Maxwell.

Wedle Joe Hainesa znanego dziennikarza brytyjskiego tamtej epoki i sekretarza prasowego premiera Harolda Wilsona – w roku 1956 Maxwell – wyrzucił Paula Rosbauda z Pergamon Press. Oficjalnie była to „różnica poglądów” a faktycznie Pergamon Press szykował się do wielkiego skoku zarówno co do ilości tytułów wydawanych książek jak i ilości wydawanych czasopism naukowych. Nie można wykluczyć, że sukces  przygotował wcześniej Paul Rosbaud ale zyski chciał zgarnąć sam Maxwell.
 
Paul Rosbaud przeszedł na emeryturę i zmarł w 1963 r. w wieku lat 60 zaledwie. W tym czasie firma Springer Verlag już otwierała siedziby w Nowym Jorku, Tokio, Singapurze i twardo trzymała się segmentu naukowego.

 Robert Maxwell w 1961 r. został wybrany do parlamentu jako laburzysta i postanowił zakupić jakieś popularne czasopisemko brytyjskie „aby mieć kontakt z ludem”.

Był rok 1968 i Londyn opanowała rewolucja obyczajowa. Ale nie do tego stopnia aby prasa brytyjska miała „iść w obce ręce”.  Maxwell był emigrantem z Czechosłowacji. 

 Co szybko uświadomili mu członkowie rodziny Carr, ówcześni właściciele dziennika The News of the World, którzy zagłosowali na radzie nadzorczej PRZECIW kandydaturze Maxwella jako kupującego a ich dyrektor wykonawczy pan Stafford Somerfield walnął na całą stronę artykuł, w którym uświadomił ciemny brytyjski lud, jak naprawdę nazywa się Robert Maxwell a następnie dodał tytułem wyjaśnienia: „…to jest brytyjska gazeta, wydawana dla Brytyjczyków, tak brytyjska jak pieczeń wołowa i pudding Yorkshire (…) Pozwólcie nam trzymać się tego…”.  I gazeta poszła do Ruperta Murdocha z Australii, którego dziadek Patrick był pastorem urodzonym w okolicach Aberdeen, Szkocja  a ojciec sir Keith Murdoch urodził się w Cruden Bay koło tegoż Aberdeen.

Jakby tego było mało Maxwell zaczął mieć problemy na swoim podwórku w Pergamon Press. W 1969 r. pojawił się na horyzoncie niejaki Saul Steinberg z USA właściciel firmy spoza branży wydawniczej, zajmujący się w istocie przedstawicielstwem handlowym IBM. Steinberg złożył ofertę zakupu akcji i poinformował opinię publiczną, że Maxwell  zapewnił go, że firma zależna Pergamon Press, zajmująca się wydawaniem encyklopedii jest wyjątkowo zyskowna, co rażąco mijało się z prawdą. No i się zaczęło.

Wedle pana Nicolasa Davenporta ze Spectatora z 18 października 1969 r.  bój o miejsce Maxwella w  Pergamon Press miała wszystkie cechy bitwy pod Bosworth, w której Maxwell był obsadzony w roli Ryszarda III.  Aż 66% głosów akcjonariuszy padło przeciwko  niemu a tylko 33 % - było „za’. 
W 1971 r. odbyło się  regularne śledztwo Departamentu Handlu i Przemysłu wg Kodeksu Przejęć (firm) i komisja opublikowała w oświadczeniu m.in. takie stwierdzenie: ”…Z żalem musimy stwierdzić, iż jakkolwiek Mr Maxwell posiada zdolności i energię, nie jest on w naszej opinii osobą, na której można polegać w kwestii właściwego zarządzania (stewardship) firmą notowaną na giełdzie…”.

Bo okazało się już w roku 1971, że aby zwiększyć wartość akcji Pergamon Press, Maxwell dokonywał transakcji między prywatnymi firmami rodziny. W 1974 r. odkupił firmę za pożyczone pieniądze.
Dopiero w roku 1984 Maxwell został uznany „za wiarygodnego” i mógł odkupić gazetkę Daily Mirror "od osób trzecich".
I tu dochodzimy, co prawda dość późno, do istoty różnicy, między brytyjskim i polskim rynkiem prasowym.

Bardzo jaskrawym przejawem tej różnicy jest historia rodziny Harmsworth, której przedstawiciel pan Alfred Harmsworth, Irlandczyk protestant i adwokat „lubiący wypić”, dał światu dwóch wicehrabiów, jednego barona i dwóch baronetów, głównie dzięki działalności jego zdolnych i żywych dzieci (oraz wnuka Cecila) w  prasie brytyjskiej.

Najstarsze dziecko beztroskiego  Alfreda, lord ( a jakże) Northcliffe, Alfred Harmsworth jr w kraju rozwiniętego żurnalizmu klasy średniej– wszedł a raczej sam założył segment prasy masowej dla „prostego ludu”. Była to epoka największej chwały imperium.  Na coś też przydały się szkoły elementarne. Na początek w 1894 założył The Evening News, w 1896 – The Daily Mail „dziennik dla zapracowanych mężczyzn za pół pensa”, w 1903 r. Daily Mirror (dla pań, właśnie się emancypujących) oraz wykupił udziały w The Observer i w The Times, mających kłopoty finansowe.
 
Jego gazety masowe zarabiały głównie na informacjach z wojen (np. burskiej i I światowej),  z wypraw geograficznych (na biegun północny etc) i na podgrzewaniu brytyjskiego patriotyzmu.

 Pierwsza wojna światowa pokazała, że posiadanie w jednym ręku takich gazet jak The Times i The Daily News oznacza „władzę nad klasami i nad masami”, co stało się przysłowiem i przestrogą.
 
Imperium prasowe było zarządzane w rodzinie. Sam lord Northcliffe był bezdzietny, ale jego siostra Geraldine Adelaide wyszła za mąż za sir Lucasa White Kinga również irlandzkiego protestanta i pracownika administracji jak również naukowca botanika i została szczęśliwą matką ośmiorga dzieci, w tym małego Cecila Harmswortha Kinga, który zarządzał wujkowymi gazetami aż furczało. Do towarzystwa dobrał sobie niejakiego Hugh Cudlippa dziennikarza lat 23  i zrobił z niego „prawą rękę” w 1937. Obaj doprowadzili Daily Mirror do poziomu najlepiej sprzedającego się dziennika na świecie z nakładem 5.282.137 egzemplarzy w 1967 r.  
 W 1963 r. Cecil King był twórcą i szefem firmy International Publishing Corporation, która w szczycie popularności obejmowała dwa dzienniki ogólnonarodowe, dwie gazety niedzielne ogólnonarodowe oraz prawie dwie setki „magazynów konsumenckich” jak również ponad 200 tytułów periodyków specjalistycznych z najróżniejszych dziedzin. Nawiasem Cudlipp został baronem w 1974 r.  Imperium odwdzięczało się za zasługi.

Po drugiej stronie „ulicy Fleet” stał lord Beaverbrook czyli Wiliam Maxwell Aitken rodem z Kanady, który był właścicielem the Daily Express oraz Sunday Express i London Evening Standard. Wspierał rządy Baldwina i Nevilla Chamberlaina (w latach 30-tych) i uchodził za przyjaciela Winstona Churchilla.  

Każde słowo drukowane wychodziło spod ręki Brytyjczyków dla Brytyjczyków, albo, jak komunistyczna gazetka Morning Star, było niszowe i bacznie obserwowane.
Zadaniem  prasy jest „przedstawienie naszej wersji” lub „przemilczanie tego, co nam niewygodne”. 

Ten sojusz „prasy z tronem” czy raczej „rządami” – był przez prawie 3 wieki motorem sukcesu imperialnego.  Jeśli coś chwaliły lub coś krytykowały, wiadomo było, że to „w imię imperium”.

W tym miejscu warto wrócić do postaci Roberta Murdocha, który swoimi czynami udowodnił Brytyjczykom, że nawet mały wyłom w monopolu medialnym rodzi ryzyka. Po jego tajemniczej śmierci w New York Timesie z 6 listopada 1991 r. ukazał się specyficzny artykuł –nekrolog, w którym pan Craig R. Whitney przypomniał z pewnym sarkazmem apologetyczne biografie  m.in. Ceausescu z Rumunii, Todora Żivkowa z Bułgarii i Ericha Honeckera z NRD , jakie Maxwell wydał w latach 80-tych. I zupełną bombę: oto jeden z dyrektorów Roberta Maxwella, wydawca zagraniczny Daily Mirror, niejaki Nicolas Davies miał „sprzedawać i kupować broń w porozumieniu z izraelskim wywiadem”. Bo sprawa „wystawienia” przez Maxwella Mordechaia Vanunu wywiadowi izraelskiemu po tym jak ten listownie zwrócił się o pomoc do Daily Mirror jest na razie w sferze mglistych sugestii.

W tych okolicznościach przyrody nikogo nie może zdziwić, że po śmierci Maxwella okazało się, że wyczyścił do zera fundusz emerytalny pracowników Daily Mirror żeby pokryć swoje długi i ratować pozory dobrobytu.
 
Prasa brytyjska, dobra czy zła, wysoka czy dla gawiedzi, podobnie jak prasa niemiecka czy prasa francuska – jest nadal  brytyjska, niemiecka i francuska. Mimo całej gadki o globalizmie i o tym, że kapitał nie ma narodowości. Akurat ten medialny – ma i to „bardzo”.

Tylko III RP w jakimś tańcu śmierci wyprzedała na pniu zarówno same gazety papierowe jak i system dystrybucji czyli przedsiębiorstwo „Ruch” z całym zapleczem logistycznym. W efekcie każdy może na nasz temat napisać wszystko i nakręcić każdą wredną i kłamliwą treść – a my nie mamy narzędzi, aby poinformować polską opinię publiczną o tym, jaka jest prawda. Majątek i zyski przepadły, co jest bolesne ale jeszcze gorsze jest odebranie nam środków kształtowania swojego, polskiego spojrzenia na wydarzenia i sprawy.
 
W dodatku media nie są w rękach zwyczajnych „poszukiwaczy mamony” ale w rękach firm działających otwarcie na rzecz państwa, które prowadzi z nami wojnę na wszystkich frontach, poza użyciem swojej niezwyciężonej armii. A jedna z nich już posunęła się do otwartego podżegania do buntu siłowego.  I jej przedstawiciel, jakby nigdy nic, przychodzi na posiedzenia komisji sejmowej debatującej nad reformą mediów – jako „głos opiniotwórczy”.  To jest regularne wariatkowo i inaczej nie można tego nazwać.

Całe szczęście, że nadeszła era Internetu. Ale i tu trafiamy na Der Onet i zdjęcia Polek mordowanych w Palmirach z podpisami sugerującymi, że idą w krzaki dać ciała niemieckiemu sołdatowi.  

No i ciekawostka taka. Pan Wiesław Podkański „honorowy prezes” Ringier Axel Springer Polska, zapraszany na sejmowe komisje do „reprezentowania świata mediów” – standardowo NIE posiada ojca i matki. Urodził się w 1954 r. w Krośnie Odrzańskim. Miasto zasiedlone zostało przez Polaków w 1945 r. 
Wśród honorowych obywateli miasta Krosno Odrzańskie wymienia się Bronisława Podkańskiego, ur. 1915 r. w miejscowości Gózd. W czasach PRL przez wiele lat był przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej w Krośnie Odrzańskim a  następnie awansował i pracował w Wojewódzkiej Radzie Narodowej w Zielonej Górze. W roku 1945 miał lat 30 i nie są podane żadne informacje na temat tego, skąd i z jakich powodów przywędrował do Krosna Odrzańskiego. Nie wiadomo, czy łączy go jakikolwiek związek rodzinny z Wiesławem Podkańskim.

Tacy tam tajemniczy ludzie w tym Krośnie Odrzańskim, skąd w wielki świat wywędrował przyszły „honorowy prezes” Ringier Axel Springer.  Tak tajemniczy jak spec bankier Kostrzewa, co „robi w ITI”.  Zresztą Michał Broniatowski autor „instrukcji Majdanu w Polsce” też „robił w ITI”.
PS. Trzymam kciuki za pana ministra, który przygotowuje ustawę o reformie mediów.

http://www.press.pl/tresc/34324,wojciech-surmacz---autor-%E2%80%9Ekadisz-za-milion-dolarow%E2%80%9D---odchodzi-z-forbes
https://de.wikipedia.org/wiki/Fritz_Springer
http://www.krosnoodrzanskie.pl/archiwum/en/node/358