niedziela, 3 grudnia 2017

Niemcy w Szczecinie,100 mld Kohla i szubienica Erwina Thun und Hohenstein.



Druga napaść Niemiec na Polskę w XX w. zaczęła się w 1989 r. i podobnie jak ta pierwsza z 1939 r. – NIE została poprzedzona formalnym wypowiedzeniem wojny. Jedyna różnica to ta,  że w ramach Fall Weiss 1.0 – Niemcy 28 sierpnia 1939 r. wprowadzili U SIEBIE kartki żywnościowe. A w Fall Weiss 2.0 – nie.
Wojna trwa do dzisiaj i przekształciła się w męczącą wojnę pozycyjną. W dodatku słynny „sojusznik zza Oceanu” i tym razem „wkroczył” w sam środek wojennego „prawie-już-rozstrzygniętego” bałaganu i po raz kolejny – po właściwej stronie. Czyli przeciwko napastnikowi.  

Dzięki czemu dowiedzieliśmy się, czy te chrześcijańsko demokratyczne protestanckie oczka śp. Kanclerza Niemiec Helmuta Kohla – mogły kłamać. Okazuje się, że niemożliwe jest możliwe i „Niemiec mógł skłamać”. Ała.  W dodatku okłamał samego prezydenta USA i to na całkiem spory kawałek kasy bo na 100 mld dojczmarek z 1989 r.   Czyli jak się doda odsetki , to się uskłada jakieś 200 mld.
W oczekiwaniu na ostateczne dokładne wyszacowanie szkód uczynionych Polsce i Polakom w latach 1939-1945 przez niezdolnych do kłamstwa i rzeczy nieszlachetnych – Niemców, warto obejrzeć sobie obecne pole walk i potyczek między Niemcami a Polską, toczonych w Polsce, w Niemczech, na Bałtyku i na różnych forach międzynarodowych. Ostatnio w Brukseli.
No więc na początek w 1989 r. mimo niezwykle spolegliwej żeby nie powiedzieć – usłużnej postawy premiera III RP niejakiego Mazowieckiego, trzeba było aż „brutalnej siły USA”, żeby dobrego protestanckiego chrześcijanina Kohla przywlec do stołu rokowań i ZMUSIĆ do podpisania traktatu granicznego.
To oczywiście NIE zmieniło tzw. przepisów niemieckich wewnętrznych. Dzięki czemu każdy Bartoszek, Wojtuś, Zbysio czy Jadwisia a nawet Brajanek i Sandra – urodzone w Szczecinie, Gliwicach czy Gdańsku – czyli „na terenach administrowanych przez Polskę” – automatycznie są Niemcami. I jeśli postanawiają się osiedlić na zachód od Odry, to mogą się „zapisać na Niemca” bez wywodzenia jakichkolwiek drzewek genealogicznych „od pradziada Helmuta”.
 
Tak też uczyniła w 1986 czy też 1988 r. rodzina państwa Ziemiaków ze Szczecina, dzięki czemu urodzony w 6 września 1985 r. w Szczecinie Pawełek Ziemiak jest dzisiaj szlachetnym pełnowartościowym Niemcem Paulem Ziemiakiem  i Przewodniczącym potężnej młodzieżówki partii CDU – o nazwie die Junge Union Deutschlands. W ostatnich wyborach wszedł do Bundestagu i można dzisiaj obejrzeć jego zdjęcia, jak pociesza  samą Angelę Merkel po klęsce rozmów koalicyjnych z FDP.

Aby awansować tak wysoko był on młodzieńcem niemieckim wielce pożytecznym. Na przykład kiedy został wybrany w 2015 r. na przewodniczącego ogólnokrajowego Junge Union to PIERWSZE POSIEDZENIE ZARZĄDU  tej  NIEMIECKIEJ organizacji politycznej zorganizował w Urzędzie Miasta Szczecina!!! W Polsce.

Jak informowała na falach Deutsche Welle pani Barbara Cöllen niemiecka dziennikarka 22 lutego 2015 r.  :”… Pierwsze posiedzenie zarządu Junge Union, młodzieżówki CDU/CSU, odbyło się w Szczecinie - miejscu urodzin jej nowego przewodniczącego Paula Ziemiaka. Tam młodzi Niemcy ogłosili „Deklarację Szczecińską”…”.  W której zawarli nie tylko protekcjonalne pochwały dla „rozwiniętej gospodarczo Polski” ale również poparli „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”  a konkretnie :”…rozbudowę wielonarodowej kwatery w Szczecinie jako centrum przyszłej współpracy regionalnej i obrony sojuszu”…”. No i na koniec pobytu w Stettin szczęśliwy ponad wszelkie wyobrażenie  zarząd Jungen Union spotkał się podobno  z szefem G-6 czyli Multinationales Korps Nordost w Stettin oberstem Manfredem Kutzem.

Pan Paul Ziemiak wpada zresztą do Stettin częściej.

Ostatnio widziany był w marcu 2017 r. w towarzystwie samego  pana Hansa-Gerta Pötteringa obecnie Prezesa Fundacji Konrada Adenauera a w latach 1979-2014 posła do Parlamentu Europejskiego (2007-2009 przewodniczący) ale także, uwaga, uwaga – inicjatora utworzenia słynnego House of European History czyli Domu Historii Europy, którą to „historię Europy” na nowo napisał gwiazdor nauk historycznych tutejszych prof. Włodzimierz Borodziej, członek „komisji podręcznikowej polsko niemieckie” i  potomek samego Wiktora Borodzieja z I Departamentu MSW i m.in. rezydenta wywiadu PRL w Berlinie Zachodnim i Wiedniu.

Odwiedziny Hansa-Gerta Pötteringa w marcu 2017r. w towarzystwie wiernego Ziemiaka miały na celu m.in. podtrzymanie słabnącej demokracji w Polsce w formie „spotkania Klubu Obywatelskiego” z udziałem posła PO Norberta Obryckiego a także wizytację dowództwa (znowu) Korpusu Nordost z Generalleutnantem Manfredem Hoffmanem na czele. Jak również złożenie wiązanki kwiecia na Soldatenfriedhof (cmentarzu wojennym żołnierzy niemieckich) w Glinnej  przez Hansa-Gerta Pötteringa albowiem są tam prawdopodobnie złożone szczątki jego tatki, którego Armia Czerwona marszałka Koniewa odstrzeliła wiosną 1945 r.  Kolejnego „prostego niemieckiego żołnierza” najprawdopodobniej z orkiestry.

 Towarzystwo pana  Norberta Obryckiego nie było w tym gronie przypadkowe, albowiem był on w swoim czasie „stypendystą niemieckich i wiedeńskich uczelni” i tłumaczem przysięgłym z języka niemieckiego a w wolnych chwilach a to dyrektorem Euroregionu Pomerania, a to marszałkiem Sejmiku Zachodniopomorskiego. Zaś  w strasznych czasach „dyktatury PiS” – jest  „ministrem żeglugi w rządzie cieni Platformy Obywatelskiej”.  „Baron szczeciński PO” poseł Nitras nie bardzo nadawał się do roli cicerone, albowiem ma jakieś chwilowe problemy wizerunkowe.

Zatem pan Paul Ziemiak, zanim zostanie kanclerzem Niemiec, co przepowiada mu tabloid Bild, spotyka się na pizzy w Stettin właśnie z panem Obryckim, aby ustalić „co i jak” na „terenach administrowanych przez Polskę”.   Oraz wizytuje dziadusia Ziemiaka lat 94, który nadal mieszka w Stettin.

Świeżo upieczony poseł do Bundestagu Ziemiak ma do towarzystwa „w wielkiej polityce niemieckiej” dwie inne Niemki z „terenów administrowanych przez Polskę”: panią Katharinę Nocun (Katarzyna Nocuń) z Partii Piratów oraz posłankę do Bundestagu z ramienia  Partii Zielonych panią Agnieszkę Malczak ur. 1985 w. w Legnicy, aktualnie zamężną panią Brugger.

Pani Katharina Nocun studiowała ekonomię i politykę na Uniwersytecie w Münster i Hamburgu.
W Münster mogła spotkać Paula Ziemiaka, bowiem udziela się on w starożytnej organizacji Die Katolische Deutsche Studentenverbindung Winfridia Breslau Münster (KDStV Wibfridia Breslau) ( Katolickie Zrzeszenie Studentów Winfridia Wrocław Münster),  założonej początkowo w 1949 w Breslau przez studenta teologii o słowiańsko brzmiącym nazwisku Augustin Swientek.  

W 1854 r. organizacja dołączyła studentów z Münster i można w było spotkać zarówno katolickich książąt z rodu Wettynów (Friedrich August Georg von Sachsen i Friedrich Christian von Sachsen) jak również księdza Josepha Glowatzkiego ur. 1847 w Leschnitz (Leśnica) absolwenta liceum w Gleiwitz oraz w latach 1898-1918 posła do Deutsches Reichstag. W czasach współczesnych wśród członków odnajdujemy JE arcybiskupa Breslau ks. Mariana Gołębiewskiego.

Tak  lub podobnie niemiecki system państwowy wciągał  przez całe dekady  na listy „Niemców” – Polaków dorosłych.

Obecnie system przyspieszył i „na Niemca” „wyłapywane są” poprzez Jugendamnt na terenie Niemiec  nawet niemowlęta polskie. Pod dowolnie wydumanymi pretekstami. Decyzje są jednostronne i nieodwołalne a jedynym sposobem ratunku jest – ucieczka matki z dzieckiem – do Polski. Gdzie jest „poszukiwana” w charakterze „przestępczyni”. A polskie rodziny są stygmatyzowane jako „socjopatyczne i niewydolne wychowawczo”. Proste.  Ale średnie statystyczne niemieckie  „ajkju” się podwyższa niesamowicie.

Polacy i Polki urodzeni na terenach NIE należących przed II WW do Reichu,  jak Rózia Woźniakowska z Krakowa czy Gorzelik z Przemyśla  mogą  awansować do lepszego  narodu poprzez zamążpójście lub zwykłą kolaborację. Co ja mówię, co ja mówię. Przez walkę o demokrację i autonomię.
Tu robota jest cięższa i „brudniejsza”, chociaż dochody są porównywalne. W końcu dieta euro parlamentarzysty czy wykładowcy akademickiego czy innego „działacza organizacji pozarządowej”  to nie są jakieś grosze.  

Ale na tym odcinku wektory są mocno przesunięte. O ile nad losem „prostego niemieckiego żołnierza” położonego na cmentarzu wojennym pod lasem koło Glinnej –głowy pochylają się z szacunkiem i powagą a nawet z niejakim smutkiem, to już w Krakowie pod Wawelem możemy zaobserwować ekspresję zgoła innych emocji.

Oto już przed pochówkiem samego Prezydenta RP i jego Małżonki – bojówki „młodzieży” zainspirowane z okolic biura euro posłanki z Krakowa  – wrzeszczały, wyły i machały obraźliwymi transparentami. I pojawiają się karnie z wrzaskami, minami, obraźliwymi transparentami celem „zablokowania Wawelu” ilekroć pojawi się tam Szef największego Klubu Poselskiego w Sejmie RP w celu nawiedzenia grobu Brata i Szwagierki.

A w  ostatnich miesiącach euro posłanka  była po prostu „zarobiona” jak ten mechanik samochodowy z filmu reżysera Barei.
 
Trzeba było np. zaprotestować gorąco i udowadniać „logicznie” –niestosowność żądania przez Polskę reparacji od Niemiec za II WW. Bo to było tak dawno temu i w dodatku „widziała na własne oczy transparent z napisem „Reparationen machen frei”, co ją, jako osobę w najwyższym stopniu szlachetną i wrażliwą – przyprawiło niemal o palpitacje serca. I zrodziło w jej nad wszelkie wyobrażenie bystrym rozumie podejrzenie, że „źli Polacy chcą zgotować Niemcom” jakieś potworne prześladowania”.
No i bronić  Pałacu Kultury i Nauki im Józefa Stalina w Warszawie. We właściwy sobie, kulturalny, niemiecki sposób. Kamienic zaujmanych w Warszawie przez gangi nie obroni przed siepaczami „dyktatury PiS” ale dzięki tweetowi z użyciem figury Chrystusa Króla ze Świebodzina wyrwała profesorowi Niesiołowskiemu nie-honorowy tytuł najbardziej agresywnej przedstawicielki PO w mediach polskich.
Czy wejście do rodziny Thun und Hohenstein ma jakieś tajemnicze podteksty?  Tak pytam, bowiem na przykład szanowny małżonek Thun und Hohenstein chowa się w najgłębszym możliwym cieniu.  Żadnego życiorysu, żadnego wywiadu, żadnych kuzynów z jakiejkolwiek linii genealogicznej Thun und Hohenstein.
Aż wzdragam się na myśl, że małżonek może wywodzić się z czeskiej linii Thun und Hohenstein i co gorsza z tej od kuzyna grafa Felixa Leopolda.
Bowiem rodzina Thun und Hohenstein ma w swojej historii wielką  gałąź czesko austriacką. W czasach nie tak odległych pojawił się   w tym drzewku genealogicznym  major Erwein Sigmund von Thun und Hohenstein ur. 1896 r. z ojca  Felixa Leopolda grafa Thun und Hohenstein we Wiedniu.
Pobierał ów Erwin nauki wojskowe w cesarskiej szkole kadetów w Hranicach koło Ołomuńca. W czasie I WW walczył w galicyjskim Regimencie Ułanów księcia Szwarzenberga. A przed II WW „został Niemcem” i szczęśliwie znający język czeski, polski, słowacki, rosyjski i angielski – został wcielony do Abwehry r. i tam „rozwinął skrzydła” głównie z sabotażu i operacjom przeciwko partyzantom. Głównie jako komendant Grupy 218 Abwehry ale także jako szef oddziału 204 Abwehry, w którym zajmował się rekrutowaniem Ukraińców i Kozaków do Batalionu „Nachtigall”, którego jedną z kompanii – dowodził osobiście. Między innymi w po napaści Reichu na CCCP w - 1941 r. w „Stadt Lemberg” czyli we Lwowie – jego sokoły uczestniczyły w masakrze Żydów, słynnej na cały świat.
Pod koniec wojny jako szef 218 oddziału Abwehry „zabezpieczał” już w strukturach SS – południowo wschodni odcinek frontu – wschodniego oczywiście. Już pod nazwą SS-Jagdverband Süd-Ost. Grupa zajmowała się głównie „czyszczeniem zaplecza frontu z partyzantów” na Słowacki. Najsłynniejsza akcja przeszła do historii Słowacji i Czech jako „Masakra w Ostrym Grunie. Słowacy zapamiętali majora Erwina Thun und Hohenstein na długo.

Mógł był tam się zaprzyjaźnić z samym Otto Skorzennym. Jednak te wszystkie „niemieckie zaangażowania” ostatecznie go zgubiły. Dostał się do sowieckiej niewoli  a tam enkawede wydało jedyny możliwy wyrok. I major Erwein Sigismund von Thun und Hohenstein w dniu 12 lutego 1947 r. zawisł na słowackim  sznurze. Ale nie symbolicznie, jak pewien portret w Katowicach, tylko „we własnej osobie”.

To jest szalenie ciekawe, jak dyskretna jest euro posłanka „na tym odcinku”. Mogłaby się odciąć od „kuzyna męża”. Że nie ma związków. A tu nic. Milczenie.  
 
To znaczy nie żadne „milczenie”. Hrabina Róża Thun und Hohenstein wyszła dzisiaj w Katowicach pod pomnik polskiego patrioty Korfantego aby wraz z nędzną grupką „aktywistów PO” – „protestować przeciwko faszyzmowi”.  Że niby „w Katowicach faszyzm nie przejdzie” i „osłoni nas Tajani”.
 Bo niby te 8 portretów  tutejszych infamisów powieszonych na jakichś drążkach to „faszyzm, panie , faszyzm”.
Wg mnie „faszyzm” to był w Katowicach , niewykluczone, że z udziałem kuzyna Erwina von Thun und Hohenstein – od września 1939 r. do stycznia 1945 r. i przejawiał się w prawdziwym mordowaniu tysięcy i tysięcy porządnych Polaków, Żydów, Czechów, Słowaków. A teraz to jest próba odwracania kota ogonem.

W tych okolicznościach przyrody  fakt, iż Gorzelik z Przemyśla, żarliwy wyznawca ‘czegoś innego niż Polska” po raz  kolejny uruchomił „akcję autonomia Śląska” – to po prostu – nudy na pudy.
Jego kumple z Ruchu Autonomii Śląska i Ruchu Górnośląskiego panowie Henryk Mercik i Grzegorz Franki, kolejni „nie-Polacy” złożyli do sądu papiery w celu rejestracji partii politycznej o nazwie Śląskiej Partii Regionalnej.
 
Dzieje się to akurat w czasie, gdy zatapia projekt polityczny „Nowoczesna” pod kierunkiem Petru-Lubnauer.  Taka „trójpolówka” w  „partiach zorientowanych odśrodkowo”. Coś się kończy, coś się zaczyna.  Tylko czasem wyskakuje jakaś „nadliczbowa szubienica”. Zupełnie nieprzewidziana w scenariuszu politycznym „szlachetnej totalnej opozycji na rzecz wielkich Niemiec”.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Koniec Jamajki w Berlinie. Początek końca Angeli Merkel?



W Niemczech przemówił suweren. Niemiecki kryzys parlamentarny nie skończył się na dramatycznych zmianach w układzie sił w Bundestagu po wyborach we wrześniu 2017. Nikt nie chce „umierać za ciągłość rządów” i  w poniedziałek nad ranem szef Wolnej Partii Demokratycznej (FDP) pan Christian Lindner zgodnie z zapowiedzią, że jeżeli nie dojdzie do uzgodnień do 6 wieczorem w niedzielę, FDP rezygnuje z uczestniczenia w rządzie wraz z CDU/CSU i Zielonymi –  i nad ranem w poniedziałek 20 listopada 2017 r. – wyszedł z rozmów a FDP przeszła do „życzliwej opozycji”.

Podobno wszystko rozbiło się o „marzenia Zielonych”. Są to dwa marzenia. Pierwsze,  aby w szybkim czasie zlikwidować produkcję energii z węgla kamiennego o 8-10 gigawatów, co musiałoby się przełożyć na likwidację tysięcy miejsc pracy w górnictwie węglowym i sektorach powiązanych.   

Nie wiadomo, czy CDU/CSU poświęciłoby setki tysięcy miejsc pracy dla ciągłości władzy ale FDP, która po ciężkiej klęsce wyborczej w 2013 r. powróciła po 4 latach do Bundestagu, nie może sobie pozwolić na takie handlowanie wyborcami.

Drugie marzenie Zielonych, z którego nie chcą zrezygnować, to aby do kwoty 200 tysięcy „uchodźców” przyjmowanych do Niemiec corocznie – dodać jeszcze zgodę na „łączenie rodzin”, czyli dodatkowy przyjazd niekontrolowanej ilości imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki.
 
Takich marzeń Zielonych FDP również nie zamierza spełniać ryzykując swój byt polityczny.
Czyli marzenie Angeli Merkel o bezstresowym utworzeniu rządu na bazie koalicji CDU/CSU/FDP/Zieloni – rozwiało się po 26 dniach ciężkich negocjacji. 

Ewentualny szybki powrót do koalicji z SDP pana Schulza też nie jest prosty, albowiem w niedzielę oznajmił on w Norymberdze na konferencji prasowej, że partie biorące udział w rozmowach koalicyjnych wzięły na siebie odpowiedzialność za przyszłość Niemiec i SDP ma zamiar –pozostawać w opozycji. Czyli wariat „uzgodnienia do czwartku” wielkiej koalicji CDU/CSU/SDP – raczej nie wchodzi z rachubę.

Pani Angela Merkel, opiekunka i patronka idealnej demokracji europejskiej i totalnej opozycji w Polsce – musiała dzisiaj w południe udać się do Canossy, sorry, do prezydenta Franka-Waltera Steinmeiera z SDP – na rozmowy pod tytułem „co robić”.
 
Siedzieli tak i rozmawiali ponad 2 godziny ale nic nie wymyślili. Pan Steinmeier wyszedł do dziennikarzy po godzinie 14 i poinformował świat, że Niemcy znalazły się w takim kryzysie politycznym po raz pierwszy od 70 lat i zwrócił się do partii niemieckich w Bundestagu o dojście do porozumienia.

Niemcy po raz pierwszy od wojny czyli od 70 lat w tak ciężkim kryzysie politycznym? Taka dojrzała demokracja?
 
Odpowiedź na to pytanie jest prosta i pośrednio udzieliła jej premier RP pani Beata Szydło, kiedy w jednym ze swoich przemówień powiedziała rzecz dla wyborców oczywistą a dla polityków śmieszną: że należy słuchać suwerena czyli swojego wyborcy.

I właśnie po raz pierwszy oglądamy w Niemczech sytuację, że partie zaczęły na serio bać się własnych wyborców.  Wydaje się, że już nikt nie myśli o tym, co może ugrać w dwuznacznych kompromisach ale o tym, co może stracić, jeśli jeszcze bardziej zdenerwuje wyborców.
A odpowiedzią na tę nową sytuację „psychologiczną” jest porównanie wyników wyborów do Bundestagu w latach 2013 – 2017.

A przedstawia się to porównanie następująco:

Bundestag podział miejsc wg partii

Partia                     Ilość mandatów         2013         2017              +/_

CDU/CSU                                                  311            246             - 65
SPD                                                            193            153              -40
AfD                                                                0               94             +94
FDP                                                                0               80             +80
Left /Lewica                                                  64               69             + 5
Greens/Zieloni                                               63               67             +4
RAZEM                                                        631              709           +78 

Jak widać , przyjęcie przez Niemcy w latach 2015-2016 około 1,2 miliona tzw. „uchodźców” za zgodą koalicji CDU/CSU/SDP – kosztowało dwie największe partie w Bundestagu – aż 105 miejsc czyli spadek z  504 (79,9%) do 399 (56,3%), w sytuacji, gdy liczba miejsc w Bundestagu wzrosła o 78 miejsc.

Tragedii dopełnia fakt, iż „pożarła” te miejsca zupełnie nowa partia bez zaplecza i struktur – AfD – 94 miejsca. A partie polityczne wytworzone przez Aliantów w zdenazyfikowanych Niemczech boją się, że nie jest to jej ostatnie słowo.

  Ponadto do Bundestagu powróciła   „partia po przejściach” czyli FDP, która w roku 2013 czyli po 64 latach zasiadania w Bundestagu zwyczajnie poległa w wyborach tj. nie osiągnęła progu wyborczego. Teraz wraca z całkiem przyzwoitym wynikiem i świadomością, że nie wolno jej wykonać żadnych nieostrożnych ruchów, które zaniepokoiłyby ich wyborców.

Po ogłoszeniu przez dotychczasowego koalicjanta Unii CDU/CSU – czyli SPD – przejścia do opozycji (też ze strachu przed skutkami dotychczasowej polityki rządu, w którym uczestniczyli)  została zaproszona do żyrowania polityki coraz bardziej znienawidzonej Angeli M.
P
onieważ Zieloni też są zakładnikami własnych wyborców, wśród których widać sporo imigrantów i „wyznawców religii globalnego ocieplenia” – nikt nie czuł się na siłach aby  rzucić w oczy wyborcom, że  „dla zgody narodowej” zamierza poświęcić ludzi, którzy oddali na nich głosy. Czyli własne obietnice wyborcze.

Uporczywe wymuszanie na Niemcach polityki wyrzeczeń i to tak absurdalnych: 200 tysięcy cudzoziemców na koszt niemieckiego podatnika rocznie – a z drugiej strony kilkadziesiąt tysięcy niemieckich robotników – na bruk – mogłoby się skończyć w następnych wyborach jakimiś naprawdę strasznymi wynikami. I było oczywiste, że FDP tego nie zechce firmować.
Ale partii pana Schulza też „śmierć” zajrzała w oczy tego roku: ze 193 (30,59%)  na 153 (21,58%) czyli spadek udziału w torcie o jedną trzecią  a „dzięki” nieprzewidywalnej AfD - końca nie widać.

CDU/CSU jeszcze trzyma się mocno ( 34,7%) ale zaliczyła spadek z 49,3%. To jest poważna klęska i Angela Merkel, jeszcze 23 września 2013 r. gotowa rządzić Europą – dzisiaj musi powalczyć o swoją „nienaruszalną” posadę kanclerza.  

Wszystkiemu przyglądają się z wielką uwagą Brytyjczycy. The Guardian monitorował  dzisiaj sytuację w Niemczech non-stop i aktualizował informacje kilka razy na godzinę. Albowiem sytuacja, w której „nikt nie chce rządzić Niemcami” jest bardzo na rękę Wielkiej Brytanii, której Angela sprawiała wielkie problemy z Brexitem. Wisiała wielka faktura do zapłacania „na Boże Narodzenie”.

Jeśli nawet władze CDU/CSU zdecydują się na koalicję  z Zielonymi „z życzliwym poparciem FDP”
, które jednak do rządu wejść nie chce,  to będzie to rząd mniejszościowy czyli znakomicie słabszy w wielu sprawach. A największy przeciwnik Brytyjczyków – pan Martin Schulz – w opozycji na własne życzenie, zgodnie z długofalową kalkulacją zysków i strat – więc w Londynie już prawie otwierają szampana.

Tym bardziej chłodzą szampana, że zgodnie z tym, co pisze The Guardian dzisiaj, osłabienie Niemiec w tandemie rządzącym dzisiaj Unią Europejską czyli „Niemcy – Francja” – nie oznacza wzmocnienia w Unii władzy Francji i naszego minionka Macrona.

Francja nic nie będzie miała z osłabienia a może i upadku Angeli Merkel. A może też bez wsparcia Niemiec – zostać osaczona przez tych, którymi dotychczas poniewierała.
Za to w Polsce należy wyciągnąć wnioski z tej  nieoczekiwanej sytuacji kryzysowej w elitach władzy Niemiec. Niewątpliwie jest to skutek narastającego niezadowolenia niemieckiego Narodu, pomijanego a nawet terroryzowanego przez rząd i służby oraz okłamywanego przez media. Suweren wydaje ostrzegawcze pomruki a butne do niedawna elity partyjne w Niemczech – po prostu się boją.

Czy „noc długich noży” w Berlinie 19/20 listopada 2017 skończy się rządem mniejszościowym z Zielonymi, czy przedterminowymi wyborami wiosną 2018 r., widać wyraźnie, że polityka polskiego rządu obliczona na to – aby „nie pękać” w sprawie „uchodźców” i w paru innych sprawach –przed „cesarzową Unii Europejskiej” – okazał się strzałem w dziesiątkę.
Przeczekaliśmy najgorszy ostrzał, dwie próby zamachów i nieprzerwaną dwuletnią nagonkę medialną.

Teraz należy zastanowić się, jakie perspektywy polityczne wobec nagłego osłabienia swojej patronki – ma niejaki Donald Tusk i ta ekipa PO w Europarlamencie , która szczerzy kły na rząd PiS ale tak naprawdę – na Polskę, która nie chce być Generalnym Gubernatorstwem 2.0.

Jak bolesna jest ta sytuacja widać po tym, jak znacząco milczą niemieckie portale i gazety.

I jak wielce pouczające dla małych dzieci i dużych polityków winno być , jak to czasem pycha kroczy przed upadkiem. I nie chodzi wcale o kanclerz Angelę Merkel, która może jeszcze rządzić następne 4 lata.
 
Chodzi o te wszystkie artykuły w polskojęzycznych niemieckich mediach, które od kilku tygodni – „zwalniały Beatę Szydło” z funkcji premiera rządu RP i „mianowały” Jarosława Kaczyńskiego – na to stanowisko.

A dzisiaj mowę im odjęło w sytuacji faktów dokonanych: wszechmocna Angela Merkel – nie jest już wszechmocna.  Albo będzie musiała błagać jakichś nawiedzonych hipisów o zatwierdzenie swoich decyzji, albo czeka ją ostateczne upokorzenie w postaci przedterminowych wyborów do Bundestagu już za kilka miesięcy, bo nie zdołała skonstruować rządu.
 
Władza w Niemczech dzisiaj wygląda jak gorący kartofel – wszyscy ją od siebie odrzucają. A to się porobiło.

Czy do czwartku SPD zdecyduje się „ratować Niemcy” i wejść ponownie do „wielkiej koalicji” jako druga siła w Bundestagu? I czy pan Schulz nie zażyczy sobie za to „głowy Angeli Merkel”, którą władze CDU/CSU – z przyjemnością podadzą mu na tacy – to się jeszcze okaże.

Z pewnością nie ucieszyłoby to Brytyjczyków a i nam nie byłoby lekko. Ale „twierdza Niemcy” trzęsie się w posadach. A my widzimy, że nic nie widzimy, bo 100% prasy lokalnej należy do niemieckiego kapitału a on nie lubi chwalić się nieprzyjemnymi wpadkami swojego idealnego przecież systemu politycznego.
 
Na razie oglądamy polityczny spektakl, w którym wszyscy aktorzy są nad wyraz poważni. Żadnych uspokajających uśmiechów.

ww.zeit.de/politik/deutschland/2017-11/sondierungsgespraeche-jamaika-koalition-angela-merkel-live

środa, 15 listopada 2017

Marsz Niepodległości, Quis ut Deus, oskarżenia zastępcze i rezolucja PE.



Znaczną część soboty 11 listopada spędziłam przed dwoma ekranami  i jednocześnie oglądałam Marsz Niepodległości w TVP Info oraz w Telewizji Trwam (internet). Było to zaplanowane „świętowanie Dnia Niepodległości” po ciężkim tygodniu pracy na działkach pracowniczych, gdzie nam zakładano elektryczność.  

Roboty przebiegały standardowo czyli najpierw zabrakło kabla, potem zachorował ten, co obsługiwał mniejszą koparkę a w końcu zepsuła się duża koparka a wszystko owiewał mroźny wiatr „ze Wschodu”, więc po kilku dniach takich rozrywek świętowanie Dnia Niepodległości przed telewizorem z herbatą i polopiryną było jedynym wyjściem.

I nie był to czas stracony. Najpierw po późnym śniadanku  zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza w wykonaniu nienagannie ubranych i znakomicie wyszkolonych żołnierzy WP. Potem składanie wieńców i defilada „oddziałów i pododdziałów”. Skromna ta defilada, wojska mało, ale kiedy armaty oddały salwy honorowe, dzieciarnia była w ekstazie. A zabawa się dopiero rozkręcała.

Po obiedzie wszyscy ludzie eleganccy i światowi „udali się”, gdzie kto tam mógł – byle daleko od „Jeruzalem Avenue”. Poza małą grupką jakichś „ciotek Diduszki”, które na „Jeruzalem Avenue” się stawiły. W celu obrony cywilizacji kolorowej przed faszyzmem.
Ale o tym dowiedziałam się dopiero w poniedziałek, mimo oglądania w sobotę „Jeruzalem Avenue” jednocześnie na dwóch ekranach telewizorów.

Przekaz mediów jedynie słusznych w Polsce i na świecie był i jest tak odległy od rzeczywistości, że postanowiłam zachować dla własnej pamięci przynajmniej kilka ciekawych wątków tego historycznego Marszu.  

Bo kiedy się bliżej przyjrzeć jego  symbolice to staje   się oczywiste, że złość „oświeconej Europy i świata” musiała sięgnąć  zenitu. I nie będzie przebierania w środkach aby utopić ten Marsz w szambie. A przy okazji Polskę i Polaków.
Najciekawszą sprawą w przekazie medialnym lewactwa światowego było uporczywe pomijanie hasła przewodniego tegorocznego Marszu: „My chcemy Boga”. Hasło to  było głównym symbolem tego marszu , ale nie dało się go podać do wiadomości widzów i czytelników masowych mediów na świecie.
A jeszcze ciekawsza była oprawa plastyczna i odniesienia historyczno-ideowe, które kreatorów „deep state Europe und America” musiały przyprawić o najwyższą histerię.
Oto bowiem uczestnicy Marszu odśpiewali nie tylko hymn państwowy ale organizatorzy puścili na cały regulator Pieśń Konfederatów Barskich autorstwa niejakiego Juliusza Słowackiego (z dramatu „Ksiądz  Marek”).
Pieśń Konfederatów Barskich śpiewaliśmy w stanie wojennym w kościołach a wraz z nami poruszali ustami nasi „bracia nawróceni”, którzy po roku 1989 r. „się odwrócili” i tak im do dzisiaj pozostało.

Czytelnikom gazowni i widzom TVN24 podam tylko dla porządku informację od docenta wiki, że Konfederacja barska  (1768–1772) był to :”… zbrojny związek szlachty polskiej, utworzony w  Barze na Podolu 29 lutego 1768 roku z zaprzysiężeniem aktu założycielskiego  w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej,  skierowany przeciwko: kurateli Imperium Rosyjskiego, królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu  i popierającym go wojskom rosyjskim. Celem konfederacji było zniesienie ustaw narzuconych przez Rosję…”.

Konfederaci (ok. 100 tysięcy) stoczyli ok. 50 bitew i 500 potyczek do roku 1772 a po upadku władze rosyjskie  z niezapomnianym ambasadorem Repninem wysłały 14 tysięcy szlachty polskiej na Sybir a ocalałą resztę –siłą wcieliły do armii rosyjskiej. Władze rosyjskie utworzyły wówczas dla konfederatów obozy „przejściowo-filtracyjne” na Pradze w Warszawie i w Połonnem na Ukrainie a następnie wysłały jeńców etapami przez Kijów, Smoleńsk, Orzeł, Tułę – do Kazania i Tobolska. Nikt nie wie, ilu Konfederatów tam zginęło. Krzyż Konfederatów Barskich jest na Jasnej Górze.
A Pieśń Konfederatów Barskich ma 8 zwrotek, z których najsłynniejsza jest oczywiście pierwsza i to tę zwrotkę usłyszałam z megafonu Marszu Niepodległości 2017:
„…Nigdy z królami nie będziem w aljansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,
Bo u Chrystusa my na ordynansach —
Słudzy Maryi…”.
Następne też były niezłe:
„…Więc choć się spęka świat, i zadrży słońce,
Chociaż się chmury i morza nasrożą —
Choćby na smokach wojska latające,
Nas nie zatrwożą.

Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami!
Więc nie dopuści upaść żadnej  klęsce;
Wszak póki On był z naszymi ojcami,
Byli zwycięsce! (…)
Bóg jest ucieczką i obroną naszą!
Póki On z nami, całe piekła pękną!
Ani ogniste smoki nie ustraszą,
Ani ulękną.

Nie złamie nas głód, ni żaden frasunek,
Ani shołdują żadne świata hołdy:
Bo na Chrystusa my poszli werbunek,
Na jego żołdy. …”.
Jeśli redaktor Stasiński wysłuchał chociaż pierwszą zwrotkę, to wcale nie dziwi, że  w niedzielę gadał tak, jakby mu groziła „seria bolesnych zastrzyków”.

Oprawa plastyczna też była ciekawa.  Jak podaje portal kierunki.info.pl Obóz Narodowo Radykalny wystąpił na Marszu Niepodległości z transparentem z napisem: „Quis ut Deus”.  Jest to o tyle ciekawe, że już w poniedziałek albo wtorek Madame Buffet wystąpiła albo ogłosiła , że wystąpi o – delegalizację organizacji o nazwie Obóz Narodowo Radykalny.
Jako absolwent szkół PRL nie znam łaciny a wedle niezastąpionego docenta wiki, „Quis ut Deus” oznacza „Któż jak Bóg!”  a w języku hebrajskim „Mika’el” czyli Michał Archanioł, Dowódca Wojsk Niebieskich, który  wedle tradycji chrześcijańskiej i żydowskiej na wieść o tym, że jedna trzecia aniołów zbuntowała się pod wodzą Lucyfera przeciwko Panu Bogu – pierwszy zakrzyknął „Quis ut Deus” i spuścił buntownikom manto.
 
Dzisiaj Archanioł Michał jest patronem Białej Podlaskiej, Mszany Dolnej, Kijowa, Amsterdamu jak również Austrii, Anglii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier oraz żołnierzy i policjantów a szczególnie: 1 Pułku Powietrznodesantowego Huzarów i 1 Pułku Powietrznodesnatowego Szaserów.  
Uczestnicy Marszu nieśli również transparent z napisem „Deus vult”.  Jak mówi tradycja chrześcijańska, okrzyk „Deus Vult” czyli „ Bóg tak chce” miał wznieść  Piotr z Amiens – zakonnik i pustelnik po tym, jak Papież Urban II na Synodzie w Clermont w 1095 r. wezwał do pierwszej krucjaty dla wyzwolenia Jerozolimy od Turków Seludżyckich. Pomysł Papieża zrodzić się miał na fali  zwycięstw chrześcijańskich na Półwyspie Pirenejskim: 1085 – król Alfons VI wyzwala Toledo od Maurów, 1094 –legendarny rycerz Cyd Waleczny czyli Rodrigo Diaz de Vivar – wyzwala spod panowania Maurów – Walencję. Szczegóły w filmie „El Cyd” z 1961 r. z Charltonem Hestonem w roli głównej.

Jeśli do tych haseł dodamy sztandary z Krzyżem Jerozolimskim – na czele Marszu Niepodległości , to mamy pełny obraz „zagrożenia współczesnej cywilizacji europejskiej”.

Której „znakiem widomym na dziś” jest najnowsza wiadomość z Berlina, gdzie w tamtejszym mini zoo „Kinderbauerhof” w parku parku Görlitzer jakiś „uchodźca” na oczach dziecka i niani zgwałcił, sorry, ubogacił, ulubieńca dzieci – kucyka. Jednego  z dwóch kucyków. Imię poszkodowanego kucyka nie jest znane. Niania sfilmowała „incydent” i złożyła doniesienie na policję. Kucyk ma szansę doczekać się „lepszej sprawiedliwości” niż niemieckie dziewczęta i kobiety, które lekkomyślnie wybrały się na Sylwestra do centrum cywilizacji czyli na plac pod Katedrą w Kolonii.

Co do Krzyża Jerozolimskiego to  był on godłem Królestwa Jerozolimskiego, utworzonego podczas pierwszej krucjaty w 1099 r. przez Gotfryda de Boullion – do jego upadku w roku 1291 a obecnie jest herbem Kustodii Ziemi Świętej czyli Prowincji Zakonu Braci Mniejszych czyli franciszkanów – tradycyjnych opiekunów miejsc świętych na terenie dzisiejszego Izraela, Syrii, Libanu, Jordanii i Autonomii Palestyńskiej,  związanych z działalnością Jezusa Chrystusa i Apostołów . Oraz opieka nad miejscowymi katolikami, których jest coraz mniej.

Taka symbolika Marszu Niepodległości (odśpiewano też Bogurodzicę) wywołała to, co wywołać musiała. Świat obiegła informacja, iż Marsz Niepodległości był „marszem nazistów” a pani wicemarszałek Sejmu RP Nowicka określiła uczestników mianem „wrzeszczących nazioli”.

Epitety takie jak: rasizm, ksenofobia, chory nacjonalizm, nazizm i najpopularniejsze- faszyzm zostały powtórzone miliony razy w CNN i jej podobnych a pretekstu dostarczyli pechowcy z Młodzieży Wszechpolskiej jednym transparentem, na którym był napis o „białej Europie”.   
Transparent nie był za bardzo na temat ale też nie był jakoś specjalnie agresywny i dosłowny.  Nic w rodzaju darcia Pisma Świętego czy ekscesów antykatolickich na scenie Teatru Powszechnego w Warszawie w tzw. przedstawieniu „Klątwa”.

Wg mnie te wszystkie oskarżenia są „zastępcze” – aby nie przebiło się do świadomości masowej – prawdziwe przesłanie Marszu Niepodległości 2017 r.

Znamienne jest, iż uczestnicy i organizatorzy Marszu byli absolutnie świadomi zagrożeń. Kiedy mocno młodociany uczestnik Marszu Niepodległości – tuż przed jego rozpoczęciem został zapytany przez panią dziennikarkę jakiegoś niszowego portalu o to, czego boi się najbardziej w związku z Marszem Niepodległości i podpowiedziała, że „może awantur”, ten wytarł był buzię z czekolady, chwilę się zastanowił i odpowiedział spokojnie :”Nie, prowokacji”.

Czy transparent z napisem o „białej Europie” i oświadczenie byłego już rzecznika Młodzieży Wszechpolskiej o „separacji rasowej” – był niezręcznością czy prowokacją i złamaniem prawa – na to odpowie policja.

Natomiast konsekwencja, z jaką tutejsze polskojęzyczne media objęły totalną cenzurą jak za najcięższej komuny – prawdziwe przesłanie Marszu Niepodległości i jego hasła - a zawyły o „faszyzmie i nazizmie” – jest bardzo znamienna.  Tak jak znamienne jest to, że słynny profesor Norman Davies, który od lat poklepuje nas protekcjonalnie po pleckach udzielił gazowni wywiadu, w którym zatroskał się o co najmniej dwie rzeczy: że tegoroczne obchody Święta Niepodległości są „uderzaniem w tony triumfalne”  i że „…wierni w Polsce łykają truciznę dotyczącą "bezbożnych liberałów", którą podaje na niedzielnych mszach Kościół katolicki (…) a  po upadku PRL-u polscy duchowni liczyli, że nastanie czas teokracji…”

Uderz w stół , nożyce się odezwą. Obywatel państwa teokratycznego, którego głową jest jednocześnie głowa Kościoła Anglikańskiego nie pierwszy już raz wyraża zaniepokojenie z powodu nadmiernie wysokiego autorytetu i znaczenia w życiu publicznym Polski – Kościoła Rzymsko Katolickiego.  No i zbyt dobrego samopoczucia Polaków. Chwilowo pedagogika wstydu nie działa a nie tak miało być.

W sumie ja mu się nie dziwię. Europa nie widziała chyba od czasów Rewolucji Francuskiej – tak wielkiego publicznego wystąpienia katolików w ulicznej „imprezie” nie będącej uroczystością kościelną. Pond 60 tysięcy uczestników a może i ponad 100 tysięcy – z wizerunkiem Chrystusa Króla nad głowami, śpiewający średniowieczny hymn „Bogurodzica” i obnoszący się po mieście z symboliką średniowiecznych zwycięskich krucjat???!!! Luudzie!! 
To po co ta cała heretycka Elżbieta I – wymordowała 30 tysięcy katolików  na wyspie i wygłodziła 30 tysięcy Irlandczyków i spiskowała z muzułmanami marokańskimi przeciwko katolickiej Hiszpanii  a  jej niecnotliwy tatko mordował własne żony i „zrobił się głową kościoła”?

To po to był eksportowany z Wyspy cały ten „oświeceniowy zabobon” upudrowany przez francuskich encyklopedystów? To po to zamordowano katolickiego Króla Francji, prawosławnego cara Rosji i całe katolickie państwo – I Rzeczpospolitą???? Żeby teraz  jacyś Polacy  publicznie wyrażały dumę z faktu, że są katolikami, że ich korzenie tkwią w cywilizacji mającej 2000 lat, i że nie zamierzają oddać swojej cywilizacji „na zmarnowanie” brukselskiej jaczejce pod berlińskim zarządem?

W kraju   jedyne, co może „wystawić anty-kościół” przeciwko „katolom- faszystom”  to „10 ciotek Diduszki” a do  tego kilkunastu dojrzałych „antyfaszystów” z problemami ze słuchem, którzy nie usłyszeli, że to „Kulson miał siadać” a nie ktoś zupełnie inny – dało się wsadzić do policyjnych furgonetek  w 20 minut i było „po rozruchach”.
Ale po co oświecona Europa ma Parlament Europejski. Ta zniewaga krwi wymaga i właśnie kilka godzin temu szanowni euro parlamentarzyści przegłosowali rezolucję :”…wzywającą polski rząd do przestrzegania zasad praworządności i praw podstawowych, zapisanych w Traktacie o UE. Europosłowie zainicjowali też procedurę zmierzającą do uruchomienia wobec Polski art. 7 traktatu. Oznacza, że Polskę mogą objąć sankcje, w tym zawieszenie jej prawa głosu. Za rezolucją głosowało 438 eurodeputowanych; 152 - przeciw; 71 wstrzymało się od głosu. 
Przegłosował również poprawkę do rezolucji wzywającą polskie władze do "potępienia faszystowskiego, ksenofobicznego marszu 11 listopada w Warszawie"…”.

Za poprawką głosowała euro posłanka Róża Maria Barbara Gräfin von Thun und Hohenstein. Komentarze wydają się zbędne.

W oczekiwaniu na „sankcje, w tym zawieszenie prawa głosu w PE dla Polski” warto  sięgnąć do książek Zofii Kossak Szczuckiej. A konkretnie do niesłychanie popularnego cyklu powieści z epoki krucjat: czterotomowej „Krzyżowcy” z 1936 r. a zwłaszcza do przejmującej „Król Trędowaty” (1937 r.) o nieuleczalnie chorym na trąd młodocianym królu Jerozolimy Baldwinie IV (1174-1185)  i jego przeciwniku Saladynie.

PS. Oczywiście nieprawdą jest informacja podana przez niejakiego Drew Hinshawa w The Wall Street Journal, iż w tegorocznym Marszu Niepodległości organizacja o nazwie ONR niosła banner z napisem Módlmy się o islamski holokaust”.  Taki banner nie był niesiony nigdy na ŻADNYM Marszu Niepodległości, natomiast taki banner został powieszony w 2015 r. w Poznaniu na wiadukcie nad ulicą bodajże Chocimską 17 listopada czyli 4 dni po masakrze w paryskim teatrze Bataclan. Szczegółowo pisze o tym bloger @Szpak80 w notce z 13 listopada 2017 r. pt. „Kłamstwo czyli #fakenews CNN – transparent “Pray for Islamic Holocaust” na MN 2017”.
https://pl.wikisource.org/wiki/Pie%C5%9B%C5%84_Konfederat%C3%B3w_Barskich_(S%C5%82owacki)